diabollo
14.08.10, 10:29
Jak umiera ateista
Piątek, 13 sierpnia
Chcąc się oderwać od polskiego podwórka, na którym chłopcy i dziewczęta
bawią się krzyżem pod tablicą i wciąż nie ma dzwonka na przerwę, zajrzałem tu
i ówdzie i trafiłem na poruszające wywiady z Christopherem Hitchensem.
Wieloletni reporter „Vanity Fair”, bardziej znany jako walczący,
bezkompromisowy ateista i autor m.in. książki „Bóg nie jest wielki. Jak
religia wszystko zatruwa” przechodzi obecnie fazę chemioterapii w walce z
rakiem przełyku. Ma 61 lat i świadomość, że jego szanse na zwycięstwo z
rakiem, który atakuje już także węzły chłonne, są marne. Warto zobaczyć, jak
odpowiada na pytania o to, czy nie ma ochoty zacząć się modlić (nie wierzy w
modlitwę i nie miał takiego odruchu ani teraz, ani nigdy, gdy był w sytuacji
poważnego zagrożenia); co myśli o ludziach, którzy się za niego modlą (zwraca
uwagę, że są tacy, co modlą się, by umarł, ale nikomu nie odmawia prawa do
modlitwy w czyjejkolwiek intencji, jeśli tylko ktoś się z tym lepiej czuje),
czy nie nawróci się — tu bardzo wyraźnie i trzeźwo podkreśla: dopóki będzie
przy zdrowych zmysłach (czyli dopóki np. chemia nie naruszy jego integralności
umysłowej) nic takiego nie nastąpi i przestrzega, by nie wierzyć w opowieści o
jego nawróceniu na łożu śmierci, bo — podkreśla — zbyt wiele razy zmyślano
takie historie na temat znanych postaci, próbując w ten sposób zdewaluować ich
życiową filozofię i postawę. To wszystko nie znaczy, że nie ma w nim emocji i
buntu, a zarazem zrozumienia, że ponosi skutki własnego trybu życia i zestawu
genów (ojciec umarł na raka przełyku). Nie ukrywa także poczucia bezsilności.
Jak mam walczyć z rakiem — pyta — skoro rzecz polega na wpatrywaniu się w
rurkę, przez którą sączy się we mnie trucizna?
Piszę o tym m.in. dlatego, że jeden z gości bloga zwrócił (angielskim
cytatem) uwagę, że bezbożnicy zbyt dużo mówią, co złego robi religia, a za
mało, co dobrego robią oni sami. Otóż, niezależnie od tego, w jakim stopniu
zgadzam się z politycznymi poglądami Hitchensa i czy uważam jego książkę o
bogu za szczególnie wartościową (nie uważam), widzę w tym człowieku klasę i
odwagę. To wielka i bardzo trudna sztuka umieć godnie umrzeć bez szukania
wsparcia w zaświatach i zmyślonych przez ludzi bóstwach. Co w tym dobrego?
Przykład.
kowalczyk.blog.polityka.pl/?p=80