diabollo
21.09.13, 12:45
Tadeusz Jasiński
Dała przykład nam Korea jak pracować mamy.
Mija właśnie 5 lat od czasu gdy wraz z bankiem inwestycyjnym Lehman Brothers padła na pysk nie tylko gospodarka świata, ale przede wszystkim neoliberalna recepta na świetlaną przyszłość.
Co mądrzejsi ekonomiści w rodzaju Sachsa przechrzcili się na zmodyfikowanych zwolenników udziału państwa w trzymaniu niewidzialnej ręki rynku za rękę. Szejnfeldy i Balcerowicze na to wszystko są zaimpregnowani. Powtarzają mantry sprzed 20 lat i zaklinają rzeczywistość. Pierdolenie typu „Najlepszą polityką przemysłową jest jej brak” poza Polską wzbudza wśród ekonomistów uśmiech politowania.
Tymczasem prawda jest dla neoliberałów bolesna. Historia pokazuje, że na ekonomiczną niezależność wybijają się tylko ci, za którymi murem stoi państwo. Rozpieprzona w drzazgi po wojnie Japonia rzuciła się początkowo w wolny rynek. Dostała po łapach i zaczęła wspierać to, co według rządów miało państwu zapewnić przyszłość. Ulgi, dofinansowania, zwolnienia i inne działania, które w prawdziwym liberale wywołują obrzydzenie, zaczęły skutkować już po kilku latach. Jeszcze pół wieku temu „japońszczyzna” była synonimem nietrwałego, ale taniego badziewia. Na początku lat 70. japońskie samochody i motocykle gwarantowały comiesięczne wizyty w serwisie. A jednak na początku lat 80. Wałęsa nie chciał budować drugiej Irlandii, Grecji czy Włoch, ale właśnie Japonię. Po 30 latach inwestowania - kraj Kwitnącej Wiśni stał się marką.
Z pewnym opóźnieniem tą drogą podążył Tajwan, a potem kraj, który pół wieku temu był klasyfikowany pośród potęg ekonomicznych typu Burundi czy Botswany. Kraj o nazwie Korea Południowa. Ponad ćwierć wieku zajęło jej dogonienie w połowie lat 80. Polski.
I to mimo to, że rządzili tam źli generałowie, a jedyne, co docierało stamtąd do nas, to kolejne napierdalanki studentów z wojskiem i policją.
Przemysł państwowy głupcze
Kapitalistyczna Korea miała wtedy gospodarkę podobną do naszej. Dominowały w niej parapaństwowe firmy giganty, czyli czebole. Czebole zajmowały się produkowaniem wszystkiego i eksportowaniem tego za wszelką cenę. Tyle że Korea eksportowała na cały świat, a my głównie do krajów RWPG. Korea miała dostęp do najnowszych zdobyczy technologii komputerowej. My niekoniecznie, bo obowiązywało embargo na transfer informatyki dla sojuszników ZSRR.
Przy takim samym PKB w roku 1985 Koreańczyk zarabiał na godzinę jednego dolara. My według czarnorynkowego kursu zarabialiśmy co prawda dolara dziennie, ale peerelowskie ceny na szczęście nie miały nic wspólnego z notowaniami wolnorynkowymi. Gdyby zestawić wartość siły nabywczej tam i tu, wyszłoby na jedno. Władze PRL do końca traktowały zresztą ten kraj jako biedę z nędzą. Jeszcze w roku 1989 wyroby z Korei miały zerową stawkę cła przynależną krajom Trzeciego Świata! Miały, choć nad Wisłę trafiały tysiącami magnetowidy i telewizory marki Lucky i Gold Star.
Ale i na Koreę, i na Polskę spłynęła demokracja. W Korei rządy wybrane w demokratycznych wyborach są od 1987 r., u nas od 1989. Koreańczycy nie mieli Balcerowicza, nie miał więc kto rozparcelować czeboli, które kwitły w najlepsze. Koreańskie produkty zaczęły być rozpoznawalne na świecie, a koreańskie firmy zaczęły inwestować za granicą. W Polsce pojawiło się Daewoo, a z nim leganza, nubira, matiz i tico.
Dzięki inteligentnym posunięciom rządów odreagowywaliśmy komunizm i rozwijaliśmy twórczo koncepcję międzynarodowych bazarów i „szczęk” ulicznych. Korea okazała się przykładem sukcesu (wyznawcy Balcerowicza o słabych nerwach lepiej niech opuszczą resztę tego akapitu) gospodarki planowej. Kolejne południowokoreańskie plany 5-letnie – szósty z lat 1987-1991 i siódmy z lat 1991-1996 – zakładały rozwój elektroniki i nowych technologii. Na inwestycje przeznaczano ponad jedną trzecią PKB rocznie. U nas cieszono się, gdy powstawała kolejna montownia do skręcania przywiezionych zza granicy podzespołów.
CDN...