diabollo
12.08.14, 10:34
Wciąż to Zachód służy nam modelem instytucji i praworządności – to nie europejski trybunał powinien się zająć sprawą tajnych więzień, a polski wymiar sprawiedliwości.
Jakub Dymek: Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, że Polska złamała Konwencję Praw Człowieka, nie zapewniając przetrzymywanym nielegalnie na polskim terytorium więźniom uczciwego procesu, wolności od bycia wydalonym do kraju, gdzie grozi im kara śmierci i, przede wszystkim, gwałcąc zapis o niestosowaniu tortur. „Mamy do czynienia z głęboko niemoralnym orzeczeniem, które stawia prawa islamskich morderców wyżej niż ofiar tychże morderców” – mówił wtedy Leszek Miller, co nie tylko daje obraz poglądów szefa SLD – te są niestety niezmienne od lat – ale i dojrzałości debaty o sprawach bezpieczeństwa narodowego i sojuszu z Ameryką.
Józef Pinior: W Polsce tę rozmowę trzeba zacząć od przypomnienia jednej rzeczy: ETPC to nie jest jakiś egzotyczny sąd, którego opinie interesują jedynie prawników. Praktycznie rzecz biorąc, Trybunał jest na gruncie polskiego prawa jednym z sądów najwyższych – obok Sądu Najwyższego, Naczelnego Sądu Administracyjnego i Trybunału Konstytucyjnego – tak działają jego orzeczenia. Co więc mogę w tej sytuacji Leszkowi Millerowi powiedzieć? „Sorry, taki mamy system”. Wezwania szefa Sojuszu do niepłacenia przyznanych przez ETPC odszkodowań są, szczerze mówiąc, żenujące. I uderzają tym bardziej, że pochodzą od szefa partii socjaldemokratycznej.
Przyjmuję to z ubolewaniem, bo o Leszku Millerze wcale nie myślę źle – wiem, że to w moich ustach brzmi dziś może zaskakująco – jako o polityku interesującym, zasłużonym dla wejścia Polski do UE i, co było tego wynikiem, całego demokratycznego systemu w tym kraju. A mówię dziś o tej sytuacji z ubolewaniem dlatego, że jako człowiek lewicy liczę wciąż na jej odrodzenie. To się nie wydarzy z Leszkiem Millerem i takim SLD, szczególnie gdy ten pierwszy wpisuje się w najbardziej reakcyjny nurt polityki europejskiej.
Kopiując język amerykańskich neokonserwatystów?
Gorzej! Amerykańscy neocons byli oryginalną formacją intelektualną. Nie byli ksenofobami, nie byli rasistami, nie byli banalni. I dlatego też mimo że neokonserwatyzm jest dziś głęboko podzielony, wywarł tak wielki wpływ na życie polityczne USA. Dziś część z nich może flirtować z Hillary Clinton, próbując znaleźć się bliżej centrum władzy i przyszłej prezydentury, część woli alians bliższy Tea Party, ale nie można ich lekceważyć w żadnym z tych dwóch wydań. To natomiast, co mówi się dziś w Polsce o sprawie więzień, to wyrażona wprost i najgorszego gatunku ksenofobia, reakcjonizm i nienawiść do muzułmanów – przykrojone na potrzeby żądnego takich postaw elektoratu.
Ale jeśli pamiętamy polską medialną i polityczną koalicję wobec tak zwanej „wojny z terrorem” i konsensus w sprawie inwazji na Irak i Afganistan, to była to koalicja niemalże jedności narodowej, od polskiego liberalizmu i jego paladynów w rodzaju Tomasza Lisa, przez postsolidarnościową i skrajną prawicę, po parlamentarną lewicę w osobie rządzącego wówczas Leszka Millera. Można dziś mieć nadzieję, że cokolwiek się zmieniło?
Co się zmieniło?
Nie ma w Polsce lewicy – intelektualnej, parlamentarnej, elektoralnej – czy raczej ośrodki lewicowe nie posiadają większego wpływu na szkoły, uniwersytety, instytucje publiczne, główne media, na funkcjonowanie państwa narodowego.
Wiele mówiący jest przykład Palikota – on podniósł kwestię więzień CIA w Polsce i to mogło budzić nadzieję, ale okazało się szybko, że chodzi mu o sensację i że nie jest zdolny tego epatowania ludzi sensacją przekuć na politykę. Czyli wprost: zająć się tą sprawą na poważnie i sprawić, by zafunkcjonowała choćby w kampanii do europarlamentu. A przecież trudno będzie ją postawić w kampanii samorządowej, prawda? Była jednak niejedna okazja, by ktoś zapytał: jak wyglądają w Polsce działania antyterrorystyczne, jak powinny działać służby, czym jest demokratyczna kontrola nad nimi w dobie walki z terroryzmem? I to lewica, gdyby po drodze ostatecznie nie zniknęła, zadawałaby dziś te pytania. Ale jej nie ma i te kwestie pozostają nietknięte.
W Ameryce też nie ma lewicy w tym sensie, a jednak łamanie prawa przez agencje wywiadowcze stało się przedmiotem badania komisji Senatu. I bez tej komisji zresztą klika niezależnych od siebie oficjalnych źródeł, aż po Baracka Obamę w końcu, potwierdziło, że tajne więzienia istniały. A my się spieramy, czy one w ogóle były, nawet już po wyroku, który Polskę za nie karze. To absurd.
Mamy do czynienia z paradoksem – Ameryka, mimo kontrowersyjności prowadzonej przez nią polityki, to państwo prawa. Wielką różnicą jest też to, że w Ameryce mamy do czynienia z potężnym społeczeństwem obywatelskim, a instytucje państwa wciąż są monitorowane przez instytucje demokracji i społeczeństwa. Choć mamy oczywiście do czynienia także z kryzysem demokracji w USA i coraz większą świadomością tego, że coś niedobrego dzieje się z całym amerykańskim systemem politycznym. Mówiłem już nieraz, w moich rozmowach z „Dziennikiem Opinii”, o diagnozie, którą w eseju Anatomy of the Deep State stawia wieloletni pracownik i znawca mechaniki amerykańskiego Kongresu, Mike Lofgren – to świetna analiza! Lofgren mówi o przejęciu władzy przez głęboki – ale nie w sensie spisku, bynajmniej, tylko zakorzenienia i pozostawania niejako poza kontrolą instytucji demokratycznych (rządu czy parlamentu) – system służb, wojska, biznesu i ludzi wpływu (coś, co w bardziej tradycyjnym i jawnym wydaniu nazywano także kompleksem militarno-przemysłowym), który dysponuje największą wiedzą i najnowocześniejszymi technologiami. Instytucje państwa zostają przez ten deep state, dysponujący tak wielką siłą, osłabione i wypchnięte. Lofgren opisuje to w kontekście amerykańskim, ale do pewnego stopnia przejęcie władzy przez deep state obserwujemy wszędzie, także w Polsce.
Jeśli tak, to u nas trzeba byłoby analizować to w sytuacji peryferyjności i słabej pozycji międzynarodowej, w jakiej znajduje się Polska. A nie powtarzać wprost diagnozę o deep state.
Oczywiście, bo w Polsce dochodzi problem słabości demokracji, a właściwie braku czasu – w przeciwieństwie do historii Ameryki – na jej wykształcenie się. Jeśli liczyć czas pomiędzy konstytucją marcową a zamachem stanu Piłsudskiego, to nasze doświadczenie demokratyczne liczy nieco ponad 10 lat. Tym się oczywiście różni demokracja polska od demokracji sprawdzonych struktur państwowych i silnych instytucji – takich, które wiedzą, że jeśli w konstytucji jest zapisany zakaz tortur, to tortur po prostu być nie może! Na tej różnicy zasadza się dziś także różnica między państwami centrum i peryferii.
Dalej: nie mamy samoświadomej burżuazji, która wiedziałaby, że w jej interesie jest to, by deep state nie przejął władzy. Przecież sam Lofgren jest związany z konserwatystami i jest przedstawicielem upper middle class, ale wie przy tym, że niezależnie od stosunku do wojny czy bezpieczeństwa narodowego niejawne działania i decyzje nie mogą rządzić nowoczesnym, demokratycznym państwem. U nas tego nie ma, zamiast silnej klasy średniej jest kilku oligarchów – którzy słabość państwa dobrze dla siebie wykorzystują – peryferyjny kapitalizm, gospodarcza niesamodzielność. W czym to się objawia? Choćby i w tym, że wciąż to Zachód służy nam modelem instytucji i praworządności – to nie europejski trybunał powinien się zająć sprawą tajnych więzień, a polski wymiar sprawiedliwości.
całość:
www.krytykapolityczna.pl/artykuly/rozmowa-dnia/20140811/pinior-smutek-peryferii