Dodaj do ulubionych

Polska W i Polska M

11.10.21, 21:32
Polska wiejska i miejska: czym się różnią i jak się w nich żyje

„Do prezydenta miasta nie wejdzie ktoś z ulicy: trzeba się zapisywać w dni przyjęć. Są obstawieni sekretarkami, rzecznikami, prawnikami. Do wójta wejdzie czy zahaczy go poza urzędem każdy.”

Rozmowa z Dorotą Zmarzlak, wójtem gminy Izabelin, o różnicach między Polską miejską i wiejską, o tym, jak zaangażować mieszkańców we współrządzenie.

EWA SIEDLECKA: – Samorządy jakoś masowo nie protestują przeciwko planowanej ustawie, tzw. lex Czarnek, mającej ograniczyć ich wpływ na szkoły. A przecież je prowadzą i finansują. Do akcji protestu „Czerwona Ekierka” przyłączyło się niewiele samorządów. Podobnie przeciwko Polskiemu Ładowi, który ma odebrać samorządom dochody. Krajowy Plan Odbudowy będzie dzielił pieniądze po uważaniu, a nie według potrzeb i pomysłów. I to samo: jest krytyka – głównie ze strony prezydentów miast – nie ma akcji protestacyjnych. Dlaczego?

DOROTA ZMARZLAK: – Do akcji „Czerwona Ekierka” przyłączyło się stowarzyszenie samorządowe „Tak! Samorządy dla Polski” oraz dwie korporacje: Unia Metropolii Polskich i Związek Miast Polskich. Ale największej liczebnie korporacji samorządowej, czyli Związku Gmin Wiejskich RP, próżno szukać wśród organizacji wspierających ten protest. Dlaczego? Ja uważam, że ze strachu. Szczególnie na poziomie wójtów gmin i burmistrzów małych miasteczek. Działając w środowisku samorządowym, ciągle słyszę, że nie chcą się wychylać.

Po pierwsze ze strachu przed opresyjnym państwem. Krytyka posunięć władzy może się skończyć uruchomieniem aparatu tego państwa. Żeby pozbawić wójta, burmistrza, prezydenta miasta stanowiska, wystarczy tylko akt oskarżenia, nie trzeba skazania. Np. w Niepołomicach burmistrz dostał zarzut nieprawidłowości przy wyborze autora koncepcji budowy szkoły podstawowej: naruszenie ustawy o zamówieniach publicznych. Wprowadzono komisarza. Trzysta dni to trwało, zanim sprawę, którą zaczęło CBA, umorzono, a burmistrz mógł wrócić. Więc lepiej siedzieć cicho. Nawet za cenę rezygnacji z walki ze złym prawem uderzającym w samorząd. Zresztą wiadomo, że PiS jest antysamorządowy: propaguje ideę centralizacji, takiej dosłownej; wszyscy wiemy, gdzie zlokalizowane jest centrum dowodzenia naszego państwa.

Po drugie: łatwo jest narazić się na zarzut naruszenia prawa. Pamiętam, kiedy planowano wybory „kopertowe”, wojewoda pisał do nas o obowiązku przekazania danych wyborców Poczcie Polskiej. W różnych regionach kraju do wójtów wydzwaniali posłowie i naciskali, żeby te listy przekazać. Z drugiej strony była, rozsyłana mailowo, opinia prawników z Watchdog Polska – że to żądanie narusza ustawę o danych osobowych. Zamówiłam opinię prawnika i postąpiłam zgodnie z nią. Ale są urzędy gmin, które nie mają prawnika na etacie, i tam wójt musiał podjąć decyzję na własne ryzyko.

Kolejny straszak to oczywiście pieniądze. Lepiej się nie wychylać, bo gmina czy miasto ich nie dostanie od władzy centralnej.

Kościoła wójtowie się boją? Np. w kontekście oprotestowywania lex Czarnek?

Z Kościołem to osobna historia. Szczególnie jeśli w gminie mieszka „kościelny” poseł czy senator, potrafią stworzyć z księdzem tandem o wielkiej sile rażenia. Rzadko który wójt odważy się zadrzeć z Kościołem, zwłaszcza lokalnym.

Są przypadki wyklinania z ambony?

Ustrzyki Dolne, Bartek Romowicz w 2019 r. Za niewinność. Poprosił, jak wiele innych samorządów, o to, aby jedna godzina religii była opłacana z budżetu, a jedna to był wolontariat; było to spowodowane likwidacją gimnazjów. Np. metropolita warszawski odniósł się do podobnej propozycji ze zrozumieniem. A w Ustrzykach tamtejszy biskup oskarżył burmistrza o to, że chce zlikwidować lekcje religii. I w kościołach odczytywano list w tej sprawie, zbierano podpisy pod petycją.

A strach przed mieszkańcami?

Kiedy stajesz za wolnością wyboru w sprawie aborcji, przeciw lex Czarnek, za konstytucją przeciw niszczeniu sądów, przeciw wyborom kopertowym – cokolwiek – to jednocześnie stajesz przeciwko części mieszkańców swojej gminy i jesteś wpisywany w konkretny kontekst polityczny. Im mniejsza społeczność lokalna, tym trudniej jest to zrobić. Jak wójt podpadnie, to mu ludzie nie odpowiadają „dzień dobry” na ulicy. Albo pani w sklepie się krzywo patrzy…

W małej wiejskiej gminie jest szczególnie ciężko. Do prezydenta miasta nie wejdzie ktoś z ulicy: trzeba się zapisywać w dni przyjęć. Są obstawieni sekretarkami, rzecznikami, prawnikami. Do wójta wejdzie czy zahaczy go poza urzędem każdy. Dlatego prezydentom miast łatwiej decydować się na gesty, które u części ludzi wywołają kontrowersję czy też sprzeciw. Kiedy był protest przeciwko wyrokowi antyaborcyjnemu, poszłam na demonstrację, która odbywała się na rondzie w Izabelinie. Było nas ze 12 osób. No i nie czułam się komfortowo. To dużo trudniejsze, niż będąc prezydentem miasta, wziąć udział np. w Paradzie Równości. Dużo łatwiej jest robić rozmaite działania w kontrowersyjnych sprawach ze sztabem ludzi.

Jest jeszcze jeden strach: przed zarzutem upolitycznienia. Bo protesty przeciwko temu, co robi władza centralna, są odbierane jako manifestacja polityczna. A ja myślę, że jak ktoś już dał się wybrać – także na wójta czy burmistrza – to nie może być obojętny na takie sprawy, jak łamanie konstytucji, praw człowieka czy propagujące seksizm i dyskryminację lex Czarnek. I, oczywiście – na godzenie w interesy samorządności, jak to ma miejsce w Polskim Ładzie. Wójtowie i burmistrzowie nie mają prawa nie rozmawiać o tym z mieszkańcami i udawać, że nie będą krytykować władzy, bo cnotą jest polityczna neutralność. Jak mówił Marian Turski, jedenaste przykazanie to „Nie bądź obojętny”. Możesz się bać, na własne emocje trudno wpłynąć, ale nie stój z boku.

Obserwuj wątek
    • walmart.ca Re: Polska W i Polska M 11.10.21, 21:36
      Ideą samorządności ma być tworzenie – przez dialog – małych ojczyzn, dobrego miejsca do życia, wspólnoty. Chodzi np. o udogodnienia, jak droga czy gazociąg, ale też o to, żeby w gminnej szkole nie propagowano ksenofobii, nie wychowywano w duchu seksizmu i dyskryminacji. Dlaczego samorządy – poza wyjątkami – nie tworzą takich wspólnot?

      Ludzie nie wiedzą, co należy do samorządów. A samorządowcy nie są liderami lokalnych społeczności, a najczęściej „włodarzami” (bardzo nie lubię tego słowa), i przez 30 lat nie nauczyli ludzi współrządzenia. Takich ludzi jak Paweł Adamowicz, który urządzał panele obywatelskie, jest wśród samorządowców kilku. Większość ma, czy miała, przekonanie, że samorządność kończy się na nich. Na ich wyborze. „Ja tu rządzę i nie będzie mi tu rada sołecka i mieszkańcy mówić, jak mam rządzić”.

      Niedawno rozmawiałam o tym z Wadimem Tyszkiewiczem, byłym prezydentem Nowej Soli – ikoną ruchu samorządowego. Powiedział, że takie historie, jak konsultacje społeczne, dzieją się w Nowej Soli od niedawna. Wcześniej on po prostu rządził. Dobrze rządził, bo go wciąż wybierano, ale jednak sam. Podobnie Tadeusz Truskolaski, kolejna ikona samorządności: jaka partycypacja? Ja jestem od roboty i robię. Tak więc bierność społeczności lokalnej my, samorządowcy, mamy na własne życzenie.

      Nie przekazujemy władzy w dół, nie pytamy ludzi, nie nakłaniamy do zajęcia stanowiska: jaka ma być ta szkoła czy ulica w naszej gminie? Część samorządowców postrzega mieszkańców jako zasób do wykorzystania, ale wielu – jako dopust boży.

      Ten paternalizm zaczyna być w odwrocie tam, gdzie pojawiają się młodzi samorządowcy, często refleksja nachodzi już też wielokadencyjnych prezydentów. Np. nie najeżają się na narzędzia, które włączają mieszkańców w rządzenie. Np. takie, jak wprowadzony w tej kadencji roczny raport o stanie gminy, przedstawiany na radzie gminy, nad którym się dyskutuje, najlepiej z udziałem mieszkańców. Niektórzy przygotowują kilkusetstronicowy dokument, z którego nic nie wynika i nikt go nie przeczyta. Ja piszę na osiem stron i dostarczam wszystkim mieszkańcom do domu. Jak wiadomo: „Demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu”. No to pracujmy wspólnie.

      Pani z grupą radnych i aktywistów robicie sobie dobre miejsce do życia: „Republikę Izabelin”.

      Taki był nasz program wyborczy. Realizujemy go, starając się namówić mieszkańców do współrządzenia. Jest mnóstwo udanych inicjatyw zrealizowanych przez nas; mieszkańcy w ramach swojego wolnego czasu prowadzą wymienialnię ubrań, organizują imprezy, sprzątanie gminy, zbierają elektrośmieci czy prowadzą animacje dla dzieci. Zapraszamy też do uczestniczenia w projektowaniu budżetu gminy, rady sołeckie wybierają ulice do przebudowy. Ale w jednym muszę się przyznać do porażki. Startując w wyborach, miałam ideę, żeby przezwyciężyć podziały. Nie do końca się to udało. Z racji zaangażowania w obronę samorządności w Polsce jestem szeregowana po konkretnej stronie sceny politycznej i jest grupa osób, której się nie podobam. I niezależnie od tego, co bym zrobiła, to są na nie.

      Nam się wydawało, że jak wyjdziemy do ludzi z konsultacjami – to się jakoś dogadamy. Nie w sprawie aborcji, ale w sprawie śmieci, drogi, domu kultury. Ale oni nie przychodzą rozmawiać. Wszystko jest na nie. I nie znalazłam jeszcze do nich klucza. Zapraszałam lokalnego lidera PiS do organizowania imprez w domu kultury – cokolwiek zechce, np. koncert w stulecie Jana Pawła II. Nic nie zorganizowali. Mamy sporo pieniędzy na granty dla inicjatyw społecznych – dowolnych, co kto wymyśli – nic nie zgłosili. Zapraszamy na spotkania organizacje pozarządowe, takie, powiedzmy, bardziej z „drugiej strony” – nie przychodzą. Po prostu nas ignorują.

      Druga strona koncentruje się na negacji, proteście. Protestują non stop. Począwszy od punktu selektywnego odbioru śmieci po budowę drogi. Tonę pod petycjami „tamtej strony”. Zbierają podpisy, czasem wprowadzając ludzi w błąd – np., że chcę zlikwidować oddział banku. I potem taka babcia, która podpisała, dzwoni do mnie i mówi: „Dorotko (bo ja w Izabelinie mieszkam od urodzenia i ludzie mnie znają), ja podpisałam, przepraszam, nalegali, a ja miałam gorączkę”.

      Czy wśród samorządowców jest podział „klasowy”? Czy problemy dużych i małych samorządów są podobne?
      Jak już się uda gdzieś razem zebrać, to mamy ze sobą wiele wspólnego, ale każdy jednak siada ze sobą: wójtowie z wójtami, prezydenci z prezydentami. Wieś ze wsią, miastowi razem. Pomimo zapisania ton papieru na temat pomijania Polski wiejskiej i powiatowej w debacie publicznej, to się nadal dzieje. Poza nielicznymi wyjątkami robi to także cała tzw. demokratyczna opozycja, wliczając kolegów prezydentów. W tej miejskiej Polsce spędziłam 20 lat zawodowego życia. A potem nagle postanowiłam zostać wójtem. I niezależnie od tego, jak bogata i miejska jest gmina Izabelin, stanowisko „wójt” eliminuje mnie z elitarnego życia publicznego.

      Oczywiście samorządowcy współpracują. Są korporacje samorządowe, reprezentowane w Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu. Ale z 1,5 tys. gmin wiejskich do Związku Gmin Wiejskich należy ok. 600, czyli mniej niż połowa. Jest związek gmin, związek powiatów, związek województw, Związek Miast Polskich, Unia Metropolii Polskich. Oprócz tego są stowarzyszenia samorządowe, do których należą nie jednostki terytorialne, tylko wójtowie, burmistrzowie, prezydenci miast. Większość powstała w ciągu ostatnich dwóch lat jako reakcja na centralistyczne rządy PiS. Ja należę do Stowarzyszenia „Tak! Samorządy dla Polski”. Powstało w 40. rocznicę porozumień sierpniowych, na bazie postulatów dotyczących samorządów. Takie zrzeszenie osób, a nie jednostek terytorialnych daje większą swobodę działania, zajmowania stanowiska, bo reprezentuję tylko siebie samą.

      I udaje się coś zdziałać?

      Dziewięć takich stowarzyszeń na początku sierpnia wypowiedziało się krytycznie na temat Polskiego Ładu. Robimy akcję informacyjną: filmiki, plakaty, żeby wciągnąć jak najwięcej samorządów. Ale widzę, że im niżej, im mniejsza jednostka, tym trudniej ludzi ruszyć.

      Wielu wójtów nie ma do tego ludzi i głowy. Trzeba zdobyć do nich telefon, zadzwonić, wytłumaczyć osobiście, o co chodzi.

      W grudniu zeszłego roku robiliśmy akcję „Tylko ciemność”. W 110 miastach i miasteczkach wyłączono oświetlenie w przestrzeni publicznej, żeby zwrócić uwagę na ograniczanie dochodów samorządów. Wszystkich jednostek samorządowych jest w Polsce 2,8 tys., czyli udało się ruszyć niecałe 4 proc. samorządów. Trochę wójtów wtedy udało się zaangażować – ale to duże wyzwanie logistycznie. I ten strach przed „politycznym” zaangażowaniem, utratą dotacji.

      W 21 postulatach samorządowców z 2019 r. chodzi o więcej władzy dla samorządów oraz o ich reprezentację w Senacie. Tamten kongres samorządowców miał z nich uczynić nową siłę polityczną. Mieliście przygotować projekty ustaw realizujących postulaty. I co?

      W październiku 2020 r. Stowarzyszenie „Tak! Samorządy dla Polski”, złożyło na ręce marszałka Senatu projekt zmieniający ustawę o dochodach gmin, powiatów i województw. W grudniu ubiegłego roku Senat uchwalił podniesienie udziału w podatku PIT dla poszczególnych jednostek samorządu terytorialnego, od tego czasu ustawa leży w sejmowej zamrażarce. Odbyliśmy też spotkania z przedstawicielami całej tzw. demokratycznej opozycji, która zadeklarowała poparcie dla tej inicjatywy. Przedstawiciele klubu PiS niestety nie znaleźli dla nas czasu. Cała aktywność stowarzyszenia jest skoncentrowana wokół promocji i pracy nad 21 postulatami: upominamy się o finanse mieszkańców naszych wspólnot, o zdrowie i edukację czy wolne media, wzywamy do przeciwdziałania wykluczeniom, do przyjęcia uchodźców.

      Samorządowcy zasiadający w tej chwili w parlamencie świetnie merytorycznie pracują. I dokładnie o to chodzi, a nie o zakładanie partii. Dlatego chcemy, aby przedstawiciele samorządów mieli zapewnione miejsca na listach wyborczych i rozmawiamy o tym
      • walmart.ca Re: Polska W i Polska M 11.10.21, 21:38
        Samorządowcy zasiadający w tej chwili w parlamencie świetnie merytorycznie pracują. I dokładnie o to chodzi, a nie o zakładanie partii. Dlatego chcemy, aby przedstawiciele samorządów mieli zapewnione miejsca na listach wyborczych i rozmawiamy o tym z przedstawicielami partii opozycyjnych. „Na szczęście”, dzięki działaniom rządu, który usiłuje wszystko scentralizować, samoświadomość samorządowców, a także wspólnot lokalnych, że samorząd to właśnie oni i jakość ich codziennego życia, rośnie. I to się zaczyna przekładać na naszą siłę polityczną.

        ROZMAWIAŁA EWA SIEDLECKA

        ***

        Dorota Zmarzlak – wójt podwarszawskiej gminy Izabelin, członkini zarządu Stowarzyszenia „Tak! Samorządy dla Polski” oraz Związku Gmin Wiejskich. Anglistka z wykształcenia, prowadziła firmę public relations. Była zaangażowana w kooperatywy spożywcze. W wyborach samorządowych w 2018 r. startowała z komitetu wyborczego „Mieszkańcy Razem”.

        Polityka 41.2021 (3333) z dnia 05.10.2021; Społeczeństwo; s. 37
        Oryginalny tytuł tekstu: "Nie bijta wójta"

        www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/2137356,1,polska-wiejska-i-miejska-czym-sie-roznia-i-jak-sie-w-nich-zyje.read?src=mt

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka