Dodaj do ulubionych

Polityka historyczna

07.11.21, 09:22

wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,27773170,sukces-niemcow-nie-polega-na-tym-ze-chca-obarczyc-polakow.html#S.W-K.C-B.5-L.1.maly
Obserwuj wątek
    • diabollo Re: Polityka historyczna 11.11.21, 20:29
      Sukces Niemców nie polega na tym, że chcą obarczyć Polaków winą za zbrodnie mitycznych nazistów
      Klaus Bachmann

      Uczestniczyłem kiedyś w poufnej naradzie liberalnej redakcji z konserwatywnym politykiem. Wezwał, by Niemcy były dumne ze swoich osiągnięć i przestały ciągle wszystkich przepraszać. Tym, co w końcu rozbroiło naszego gościa, nie było ani oburzenie, ani argumenty za przepraszaniem.

      Fragment książki Klausa Bachmana "Problem z Guliwerem. Dlaczego Niemcy stają się coraz większe, a Europa coraz mniejsza", Atut Oficyna Wydawnicza.

      Jeden z mitów o niemieckim rozliczeniu przeszłości głosi, że przełom w myśleniu o Trzeciej Rzeszy nastąpił w późnych latach 60. po masowych protestach młodzieży. Wtedy faktycznie nastąpiła gwałtowna zmiana wartości, ale ona nie skłoniła niemieckich rodzin do tego, aby więcej rozmawiać o wojnie i o tym, co dziadkowie wtedy robili.

      Rok '68 tylko stworzył podatny grunt dla takich rozmów, zastępując myślenie w kategoriach zbiorowych, takich jak naród, rodzina, klasa i Kościół, myśleniem indywidualistycznym. W logice indywidualizacji każdy może się dystansować od czynów swoich przodków, swojego narodu, gdyż każdy jest tylko kowalem swojego losu. Znika nie tylko wstyd za czyny przodków, ale też duma z ich dokonań. (...)

      Ale w społeczeństwie indywidualistycznym atak na poprzednie pokolenia nie jest odbierany jako atak na każdego pojedynczego obywatela, tu i teraz, wręcz przeciwnie, on pomaga odciąć się od tej złej, odrzuconej przeszłości i dowodzi innym, jak bardzo pozytywnie różnimy się od tych przodków i ich niecnych czynów. (...)

      Dlaczego „pedagogika wstydu" wygrywa z „polityką godności"?
      Tu tkwi źródło konfliktów i nieporozumień między polską polityką historyczną (historiografia jest znacznie bardziej różnorodna) a podejściem do historii nie tylko w Niemczech, ale w całej Europie Zachodniej. Tam politycy nieustannie szukają wątków, postaci i wydarzeń, które mogą potępiać, od których mogą się odciąć, aby pokazać, ile się nauczyli z historii, jak bardzo się różnią od złoczyńców z przeszłości i jak ważne są dla nich ofiary (a nie, jak dawno temu, bohaterowie). A w Polsce nieustannie szukają niezłomnych, wyklętych bohaterów, zakładając, że ich splendor udziela się potomnym i buduje prestiż państwa i narodu na świecie, gdzie te zabiegi wywołują albo politowanie, albo podejrzenia o nacjonalizm.

      Powód, dla którego sposób obchodzenia się z najnowszą historią różni się tak bardzo w Polsce i w Niemczech, nie tkwi w tym, że historia obu krajów i społeczeństw była inna. Historia Belgii, Francji, Hiszpanii, Austrii i Holandii podczas drugiej wojny światowej też była inna (niektóre rządy tych państw kolaborowały z Niemcami, niektóre inne udały się na emigrację i stawiały opór, a niektóre nawet rozpadły się z powodu rozkroku między kolaboracją a oporem), ale mimo to w bardzo podobny sposób je rozliczały: najpierw lansowano wersje o tym, jak mała klika kolaborantów zdradziła dzielny naród, potem, w miarę upływu czasu i utraty wpływu przez stare pokolenia, symbolicznie wykluczano coraz większe grono osób ze wspólnoty i potępiono ich działania, aż w końcu większość Francuzów, Belgów i Austriaków razem z ich elitami rządzącymi doszły do wniosku, że kolaboracja i uczestnictwo w zagładzie Żydów były powszechne, a tylko nieliczne grupy ruchu oporu stanowiły wyjątek od tej reguły.

      Powód tego, że media, politycy i historycy w tych krajach ze zdziwieniem patrzą na próby polskich rządów (robił to przecież nie tylko PiS) wybielania przeszłości kraju i narodu, wyrugowania w Polsce politycznie niepoprawnych sformułowań, takich jak „polskie obozy" albo „kolaboracja Polaków w zagładzie Żydów", jest inny.

      CDN...
      • diabollo Re: Polityka historyczna 11.11.21, 20:31
        Europa Zachodnia też przerobiła ów proces społecznej indywidualizacji, jaki prowadził w Niemczech do rozszczepienia indywidualnej od zbiorowej odpowiedzialności za dawne niecne czyny i dobre uczynki, za zbrodnie i za bohaterstwo. Ten proces też spowodował, że dziś już nie czcimy bohaterów, lecz ofiary. Ale ponieważ w Polsce lata 60. i 70. umocniły paradygmat narodowy i myślenie w kategoriach zbiorowych (takich jak naród, rodzina, Kościół), społeczna indywidualizacja nastąpiła o wiele później i wolniej, długo po 1989 roku, jako skutek uboczny liberalizacji gospodarki, otwarcia granic i rosnącego dobrobytu po milenium.

        Teraz mamy w Polsce zjawiska typowe dla indywidualizacji: sekularyzacja, zmiany wartości, dążenie do emancypacji i do samorealizacji jednostki. I dlatego tyle lat to trwało, zanim w Polsce pojawił się odpowiednik Fritza Fischera, historyka, który jak mało kto przyczynił się do przewartościowania (zachodnio-)niemieckiego stosunku do najnowszej historii, kiedy – na podstawie niemieckich i austriackich akt – dowiódł, że Niemcy nie „wśliznęli się" do pierwszej wojny światowej wbrew woli (jak powiedział później brytyjski premier Lloyd George), lecz z premedytacją dążyli do wywołania wojny, wiedząc, że kilka lat później byłyby w beznadziejnej sytuacji demograficznej wobec Rosji, wobec której generalicja niemiecka miała daleko idące plany aneksyjne. Fischer był też jednym z pierwszych, który zakwestionował mit o „godzinie zero" – i swoimi tezami wzbudził przynajmniej tyle samo kontrowersji, wściekłości i oburzenia jak Jan Tomasz Gross, Jan Grabowski i Barbara Engelking swoimi książkami o polskim antysemityzmie, kolaboracji Polaków w zagładzie Żydów i powojennych pogromach.

        W Polsce spór o to toczy się przeważnie wzdłuż dwóch osi: czy to, co oni ujawniają, odpowiada prawdzie, i (często zupełnie niezależnie od tej kwestii) czy ono szkodzi Polsce, to znaczy jej wizerunkowi za granicą. W tych kategoriach przebiega cała dyskusja i zarówno argumenty zwolenników, jak i przeciwników „pedagogiki wstydu" albo „rozliczenia przeszłości" krążą wokół tych pytań. Ale w ten sposób nie da się rozstrzygnąć tego sporu. Kategoria „prawdy historycznej" jest tu tak samo nieadekwatna, jak przy ocenie polityki historycznej. Polityka historyczna może być „prawdziwa" i szkodzić danemu krajowi albo może być fałszywa (to znaczy stać w jaskrawiej sprzeczności z ustalonymi przez historyków faktami) i być skuteczna.

        Prawda historyczna, której nie ma
        W międzynarodowym środowisku historyków można łatwo odróżnić złych historyków i historyków-hobbystów z jednej strony i profesjonalnych badaczy dziejów z drugiej strony. Ci pierwsi zawsze twierdzą, że mówią i piszą prawdę, a ci drudzy co najwyżej skromnie wspominają o tym, że starają się o to, aby dotrzeć do prawdy, wiedząc, że jest to nieosiągalne. Ci pierwsi traktują „prawdę" jako przeciwieństwo kłamstwa (a więc świadomego podania czegoś, co autor sam uznaje za fałszywe), ci drudzy uważają taką „prawdę" za przejściowy wynik badań, który w każdej chwili może zostać podważony w wyniku nowych badań, stosowania nowych metod albo po prostu w wyniku dyskusji i nowych interpretacji. Tej prawdy, której szukali historycy w XIX wieku i która miała opisać, „jak naprawdę było", tej prawdy, którą można opisać w jednym wielkim dziele, stawiać na cokół i kazać podziwiać uczniom i studentom, tej prawdy już od dawna nie ma. Ona dogorywa tylko wśród hobbystów, którzy piszą według z góry założonej tezy. (...)

        Problem polega jednak na tym, że taką trwałą prawdą historyczną operują w Polsce przedstawiciele obu obozów – tego, który zamierza teraz budować „polską narrację historyczną" (to cytat z IPN), która ma krzepić serca Polaków, krzewić patriotyzm i zapewnić Polsce i Polakom „dobrą reputację" za granicą, ale też tego obozu, który uważa, że oprócz wydarzeń wzniosłych (jak na przykład powstanie „Solidarności") należy koniecznie opisać ciemne strony polskich dziejów, potępić mroczne okresy i ujawnić to, co było złe i dotąd ukryte albo nieznane.

        CDN...
        • diabollo Re: Polityka historyczna 11.11.21, 20:33
          Obie strony tego sporu mają wiele ze sobą wspólnego: aby osiągnąć swoje cele, muszą moralizować i to z dzisiejszej perspektywy i na podstawie dzisiejszych wartości, którymi Polacy wtedy się nie kierowali i kierować nie mogli. Taka ocena wstecz jest ahistoryczna, i nawet arogancka wobec tych, których działania się ocenia. Ona nic nie wnosi do zrozumienia ich ówczesnych dylematów.

          Jeśli na przykład prawdą jest, że podczas niemieckiej okupacji i krótko po niej antysemityzm w Polsce był tak silny i szeroko rozpowszechniony, że ludzie ratujący Żydów musieli swój heroizm ukrywać przed sąsiadami jeszcze długo po upadku Trzeciej Rzeszy, to trudno zarzucić powojennym antysemitom ich antysemityzm.
          Oni po prostu zachowali się zgodnie z obowiązującymi wtedy normami społecznymi i domagania się niejako wstecz innego zachowania nie ma sensu, bo oznaczałoby oczekiwanie, aby większość społeczeństwa była nonkonformistyczna. Można ich potępić, ale tylko z dzisiejszej perspektywy, na podstawie naszych dzisiejszych norm, wedle których antysemityzm jest zdyskredytowany i poza naszym kanonem wartości. Można ich potępić, ale dla profesjonalnego historyka z takiego emocjonalnego napięcia nic nie wynika, ponieważ ono nie pomaga mu w zrozumieniu, dlaczego tamci ludzie się zachowali tak, a nie inaczej. (...)

          Oba obozy, zwolenników „pedagogiki wstydu" i ich przeciwników, łączy moralizatorstwo i to, że mniej niż o zrozumienie przeszłości chodzi im o polityczne wnioski, które na dziś można z niej wyciągnąć. Łączy ich też to, że ich – bardzo różne – wnioski noszą w sobie poważne wewnętrzne sprzeczności. Konieczność rozliczenia ciemnych kart z przeszłości jego zwolennicy uważają za tak bezsporną, że prawie nigdy jej nie uzasadniają. Ciemne karty trzeba rozliczyć, aby zapobiec ich powtórce i móc budować jaśniejszą przyszłość. W dzisiejszym świecie to przekonanie jest niemal wszechobecne i prowadzi do przeświadczenia, że z historii można wyciągnąć określone wnioski, że młodzież musi się uczyć historii, aby nie powtórzyć błędów (albo nawet zbrodni) poprzednich pokoleń, i że powszechna wiedza o Holokauście (albo innych zbrodniczych okresach przeszłości) zapobiegnie ponownym zbrodniom. Ale co przemawia przeciwko założeniu, że szerzenie wiedzy o dawnych zbrodniach może też służyć przyszłym sprawcom do bardziej wyrafinowanego przeprowadzenia nowych zbrodni? Trzeba wierzyć w to, że wiedza o zbrodniach tylko i wyłącznie sprzyja tym, którzy chcą zapobiec ich powtórce, udowodnić się tego nie da. W wymiarze indywidualnym postulat rozliczenia ciemnej przeszłości ma swoje źródła w psychoanalizie, która zakłada, że tylko psychiczna konfrontacja z dawnymi demonami pozwoli je uspokoić i odzyskać psychiczną równowagę. Jej zwolennicy przenoszą to na poziom grup i całych społeczeństw (co samo w sobie jest już problematyczne), twierdząc, że tylko rozliczenie, potępienie i rozrachunek zbiorowy dawnego zła pozwoli społeczeństwom na odzyskanie zbiorowej równowagi psychicznej. Z tego wyrasta potem postulowany tak często „obowiązek pamięci", teza, że kto nie rozlicza swojej historii, jest skazany ją powtarzać, obowiązek „przeproszenia i zadośćuczynienia", „ukarania sprawców" (albo przynajmniej, jeśli już nie żyją, symbolicznego potępienia) i na końcu – i to oczywiście na podstawie „prawdy historycznej" – pojednania z dawnymi wrogami, które, jak twierdzą zwolennicy tego podejścia, bez tego wszystkiego jest niemożliwe.

          Można tak twierdzić, ale trzeba mieć świadomość, że można to podważyć i że są to tezy relatywnie świeżej daty. (...) Nie jesteśmy zakładnikami naszych zbrodni ani zbrodni naszych przodków, możemy się od nich dystansować, je rozliczyć, za nie przeprosić, ale możemy je też przemilczeć, pogrzebać, o nich zapomnieć. Są badania, które wskazują na to, że taki „brak pamięci" może przenieść traumę na następne pokolenia, są też badania, które pokazują, że tak nie jest.

          Empirycznych podstaw twierdzenia, że ciemne karty historii trzeba przerabiać, nie ma ani w ujęciu zbiorowym, ani indywidualnym. Nieujęty morderca może się męczyć ze swoją winą albo żyć długo i szczęśliwie.
          Zarówno hitlerowscy oprawcy, jak i mordercy z byłej Jugosławii okazali się w zadziwiająco dobrym stanie psychicznym i fizycznym, kiedy ich osądzono po latach, tylko nielicznych męczyły wyrzuty sumienia i tylko bardzo nieliczni popełnili samobójstwo, a to przeważnie ci, którzy żałowali swoich czynów.

          Z tego punktu widzenia nic nie stałoby na przeszkodzie, aby budować taką IPN-owską albo PiS-owską „polską narrację historyczną", opierając się na bohaterstwie Narodu Polskiego. Problem z nią nie polega na tym, że byłaby ona psychicznie szkodliwa. Problem jest inny, dwojaki: po pierwsze jest to wizja niepluralistyczna, wedle której państwo stoi po jednej stronie sporu politycznego i angażuje swoje zasoby tylko na rzecz tej strony. Po drugie, stoi to w całkowitej sprzeczności z jednym z najważniejszych celów zwolenników tego podejścia, jakim jest poprawa wizerunku Polski i Polaków na świecie. To ostatnie akurat nie wynika z polityki w Polsce, lecz ze sposobu, w jaki inne społeczeństwa w Europie traktowały swoją niedawną przeszłość.

          Pułapki godnościowej polityki historycznej
          W okresie powojennym można było w państwach okupowanych i sprzymierzonych z hitlerowskimi Niemcami obserwować bardzo podobną tendencję do traktowania tego okresu. Ta tendencja później kształtowała też ich stosunek do innych „ciemnych kart", na przykład do kolonializmu albo do (nieudanych) interwencji w innych krajach w ramach mandatów ONZ. Tendencja ta polega na tym, że tuż po tych wydarzeniach, które z późniejszej perspektywy uważano za haniebne albo zbrodnicze, winę za to rzucono na bardzo wąski krąg najważniejszych liderów kraju.

          CDN...
          • diabollo Re: Polityka historyczna 11.11.21, 20:34
            Dominująca interpretacja dziejów Trzeciej Rzeszy w latach 50. polegała na twierdzeniu, że mała zbrodnicza klika nazistów oszukała niemiecki naród i dzięki temu mogła przeprowadzić zbrodnie (które więc tego narodu nie obciążają). Wtedy generał de Gaulle we Francji deklarował na przykład wszystkich Francuzów, którzy podczas wojny pracowali w Niemczech (przymusowo lub dobrowolnie), za członków ruchu oporu, którzy nie pracowali dla Niemiec, lecz wykorzystali swoją pozycję do sabotażu niemieckiego przemysłu wojennego. W Holandii przyjęto, że przed 1944 rokiem „cały kraj trwał w oporze".

            Dziś może się to wydawać śmiesznie, ale tylko dlatego, że patrzymy na to z dzisiejszej perspektywy. Wówczas alternatywy nie było: jeśli chciało się odbudować kraj, nie można było wykluczyć ze wspólnoty setek tysięcy mężczyzn za kolaborację. Uznano ich więc – z nielicznymi i szybko amnestiowanymi wyjątkami – za bohaterów i zakasano rękawy. Im dalej od wojny, tym krytyczniejszy stał się ten stosunek do ciemnych kart przeszłości, bo tym mniej dawnych sprawców było na ważnych stanowiskach. I tak krok po kroku doliczono kolejne grupy do tych sprawców: w Niemczech członków SS, potem Wehrmachtu, potem tych wszystkich, którzy pomagali organizować Holocaust (włącznie z personelem kolei państwowych). Teraz już niemal każde ministerstwo rozliczyło swoją przeszłość nazistowską, zlecając historykom opracowanie monografii na ten temat. A we Francji prezydent Jacques Chirac w swoim słynnym przemówieniu z 1995 roku przewrócił stosunek de Gaulle’a do kolaboracji do góry nogami i naród bohaterów ruchu oporu przemianował w naród kolaborujący przy zagładzie Żydów.

            - Zbrodniczemu szaleństwu okupanta wtórowali Francuzi, państwo francuskie - powiedział Jacques Chirac 16 lipca 1995 r. w 53. rocznicę aresztowania francuskich Żydów

            Podczas gdy kraje Europy Zachodniej zmieniły swój stosunek do przeszłości w coraz bardziej samokrytyczny, w Polsce działo się coś odwrotnego: coraz więcej grup zaliczano do bohaterów. Teraz mamy apogeum tej tendencji i nawet NSZ powoli wracają do łaski w postaci żołnierzy wyklętych. Z punktu widzenia nauki nic nie przemawia przeciwko temu, aby tak robić. Zbiorowa psychika (jeśli coś takiego istnieje) na tym nie ucierpi. Ucierpi pluralizm debaty o przeszłości, ale to kwestia polityki, nie psychologii. Taka polityka historyczna mogłaby faktycznie służyć „tworzeniu wspólnoty" – gdyby powstała oddolnie. Jej wewnętrzna sprzeczność polega na tym, że postuluje ona też polepszenie wizerunku Polski w świecie, co w przypadku Europy Zachodniej (ale też takich krajów jak USA, Kanada i Australia) okazuje się przeciwskuteczne. Tam taka odgórnie narzucona polityka historyczna jest odbierana jako niepluralistyczna (co też oznacza niedemokratyczna), archaiczna i przede wszystkim nienowoczesna.

            Kraje Europy Zachodniej nie czerpią dumy z rzekomo krystalicznej, nieskażonej żadnymi zbrodniami bohaterskiej przeszłości, lecz z tego, że potrafili skutecznie i rygorystycznie rozliczyć swoje ciemne karty historii za pomocą przeprosin, odszkodowań, komisji śledczych i popieranych przez państwo krytycznych badań.
            Niemcy tu górują, przez wypowiedzi wielu dziennikarzy, polityków i historyków często przemawia przekonanie, że świat byłby lepszy, gdyby wszyscy tak rozliczyli swoje ciemne karty jak Niemcy.

            CDN...
            • diabollo Re: Polityka historyczna 11.11.21, 20:35
              Dumę z niemieckiej historii zastąpiła duma z rozliczenia niemieckiej historii, a świata już nie ratuje niemieckość (jak mawiano w czasach Rzeszy Cesarskiej), lecz rozliczenie niemieckości ze zbrodni. Podobnie jest w całym zindywidualizowanym świecie. Wchodzenie z tezą o własnej nieskazitelności w towarzystwo, w którym króluje tak samokrytyczny stosunek do przeszłości, jak w europejskich elitach politycznych, może wywołać co najmniej zdziwienie, jeśli nie obrzydzenie. Kiedy w 1995 roku francuski prezydent Jacques Chirac wygłosił orędzie, w którym przypisał Francji współodpowiedzialność za Holocaust, to był powszechnie chwalony. Kto obecnie w Europie chwaliłby premiera Morawieckiego i prezydenta Dudę za ich wypowiedzi o bohaterskiej przeszłości Polaków? (...)

              Mówiąc w konwencji PiS-owskiej polityki historycznej: w świecie, w którym wszyscy poza nacjonalistami uprawiają „pedagogikę wstydu" i „kalają własne gniazdo", samochwalcy nawet wtedy byliby niewiarygodni, gdyby źródła i badania historyczne potwierdziły ich twierdzenia o krystalicznej przeszłości Polski.

              Przyczyny sukcesu niemieckiej polityki historycznej
              Na tym polega też sukces niemieckiej polityki zagranicznej. Nie na tym, że Niemcy wymyślili mitycznych nazistów, aby ich (a potem Polaków) obarczyć winą za swoje zbrodnie. To byłby zabieg mało przekonujący dla innych krajów. Ten sukces spoczywa na czterech filarach: na wiarygodnym prowadzeniu „pedagogiki wstydu", publicznym przepraszaniu i wypłacaniu odszkodowań tym krajom, których zgoda była konieczna, aby (zachodnie) Niemcy z powrotem przyjąć do grona uznanych, cywilizowanych państw, i na rozliczeniu własnej przeszłości jako inwestycję we własną wiarygodność.

              Dlatego dziś na całym świecie są instytuty Goethego, niemieckie instytuty historyczne i fundacje partyjne, które organizują sympozja, konferencje, wystawy i dyskusje o ciemnych kartach niemieckiej historii. Czasami, ale skromniej i rzadziej, za rogiem stoi Instytut Polski, ambasada albo konsulat polski (i od niedawna Instytut Pileckiego), który promuje przekaz o bohaterstwie, ofiarności i krzywdzie Polaków. Jeśli robi to w kraju, którego proces społecznej indywidualizacji dotknął jedynie pobieżnie, to taki przekaz natychmiast zderzy się z konkurencyjnym przekazem i zaczyna się albo wyścig ofiar, albo wyścig bohaterów. Jeśli robi to w silnie zindywidualizowanym kraju, to napotyka zdziwienie, brak zrozumienia i podejrzenia o nacjonalizm i uprawianie propagandy. Tak czy owak, ten przekaz będzie mało skuteczny. Tak czy owak, skuteczności takiej polityki nie da się mierzyć za pomocą kategorii „prawdy" albo „fałszu" lub „kłamstwa".

              Jako młody reporter uczestniczyłem kiedyś w poufnej naradzie liberalnej redakcji z bardzo konserwatywnym bawarskim politykiem, który swoje wystąpienia zaczął od wezwania, aby skończyć z „pedagogiką wstydu". On tych słów nie używał, on mówił o tym, że Niemcy powinny być dumne ze swoich osiągnięć i przestać ciągle wszystkich przepraszać. Mimo że ów polityk był znany z takich wypowiedzi, jego słowa wywołały zaskoczenie i oburzenie wśród moich kolegów. Rozgorzał spór o to, czy takie stawianie sprawy nie oznacza relatywizacji zbrodni, kpiny z ich ofiar, czy politycy, którzy w przeszłości przepraszali, robili to słusznie lub nie. To, co w końcu rozbroiło naszego gościa, nie było ani oburzenie, ani argumenty za przepraszaniem, ponieważ do takich argumentów był przyzwyczajony. Ale w pewnym momencie odezwał się mój sąsiad na sali, redaktor działu kultury, od którego chyba nikt się nie spodziewał takiej wypowiedzi. „Załóżmy, że ma Pan rację", zaczął, „załóżmy, że Niemcy w przeszłości za dużo przepraszali i wykazali, że są za mało dumni ze swojego kraju. Czy ma Pan wrażenie, że za granicą to nam szkodziło? Ja mam wrażenie, że z tego powodu jesteśmy teraz szanowani, zupełnie niezależnie od tego, czy robiliśmy to zgodnie z prawdą czy nie". Na tym dyskusja się zakończyła.

              Tezy o tym, jak Niemcy prowadzili i prowadzą tajne spiski celem dyskredytowania Polski są chybione jeszcze z innego powodu: one kompletnie przeceniają znaczenie Polski dla niemieckiej dyplomacji.
              (...) W Polsce można wygrać wybory, grając kartą antyniemiecką, i nawet gdy nie można w ten sposób wygrać (jest to w świetle sondaży coraz trudniejsze), to można w ten sposób moralnie szantażować opozycję. Odwrotnie to nie działa. W Niemczech kartą antypolską nie można zdobyć punktów w polityce wewnętrznej, gdyż ludzi, których to interesuje, jest zbyt mało. (...)

              CDN...
              • diabollo Re: Polityka historyczna 11.11.21, 20:36
                Innymi słowy, takiej polityki, jaką im imputują rządowe i partyjne media w Polsce, Niemcy nigdy wobec Polski nie prowadziły, bo głównym adresatem niemieckiej polityki historycznej były zupełnie inne państwa i audytoria: zachodni alianci, których chciano przekonać, że warto przywrócić Niemcom suwerenność, ponieważ dorośli do demokracji, odżegnując się od „odrębnej niemieckiej drogi" między Wschodem a Zachodem i pozostaną trwale zakotwiczeni na Zachodzie, i Izrael, który w sferze publicznej uchodził za rodzaj strażnika niemieckiego sumienia, który mógł RFN wystawić swoiste świadectwo moralności na arenie międzynarodowej.

                Po 1990 roku adresatem stał się niemal cały świat, gdyż pozytywny wizerunek Niemiec miał ten świat przekonać o tym, że przystąpienie NRD do RFN i powstanie takiego kolosa w środku Europy nie stanowi zagrożenia dla pokoju (...). Ta polityka była sukcesem, który nawet jego twórców czasami wprawia w osłupienie.

                Według sondażu opinii publicznej, przeprowadzonego na zlecenie BBC w latach 2013 i 2014 w 18 krajach, Niemcy stały się „najbardziej lubianym krajem na świecie". Do podobnego wyniku doszła redakcja US News and World Report, która we współpracy z amerykańskimi uniwersytetami przebadała 60 krajów, stosując 10 kategorii, w tym jakość życia, siłę gospodarki, skuteczność polityki i przedsiębiorczość. Niemiecki paszport do wybuchu pandemii w lutym 2020 roku miał największą siłę przebicia (to znaczy umożliwił jego posiadaczowi więcej bezwizowych przekroczeń granicy niż jakikolwiek inny, wliczając w to paszport amerykański). Do czego Niemcom w takiej sytuacji byłoby jeszcze potrzebne dyskredytowanie Polski?

                wyborcza.pl/alehistoria/7,121681,27773170,sukces-niemcow-nie-polega-na-tym-ze-chca-obarczyc-polakow.html#S.W-K.C-B.5-L.1.maly

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka