nocny.lot
28.02.06, 16:35
Poczytalem wczoraj sneeper na FD i mialem skasowany wieczor. Nie to, zebym czul sie
wstrzasniety tym, co byla napisala. Malo wiem o psychuszkach, wyjatkiem jest to, co
widywalem na spacerniaku jednego z nich w dziecinstwie. Nie potrafilbym juz tego dobrze i
rozumnie przywolac lub przemyslec. Walnelo mnie co innego, owa tytulowa pokusa do
traktowania depresji jako stanu, ktory daje uprzywilejowany wglad w kondycje ludzka, ze tak
powiem. Od razu dodam, ze mowie o wlasnej pokusie, nie wiem, jak to jest u Was i u innych.
Wiecie, jak mialem takie pierwsze doly, to mialem glebokie poczucie uprzywilejowanego
ogladu swiata, ktory ukazal mi sie w nowych barwach, ksztaltach, logice. Co ciekawe, bez
zadnej pragmatyki. To sie chyba nazywa "derealizacja". Ale jak sie juz wybilem, stanalem na
nogi - bylem w tych nastych latach w jakims niebywalym gazie i umialem zyc ku szczesciu.
I tu sie zaczyna najgorsze oraz najwieksza pokusa.
Jak juz dolowalem pozniej - nigdy nie wyszedlem na taka prosta. Malo tego, zdarzalo mi sie i
zdarza nadal upatrywac w epizodach depresyjnych jakiegos pie..nego czaru, jakiegos
dobrego punktu obserwacyjnego swiata. To tak, jak gdybym stal na granicy glebi na jeziorze.
Nie wiem, czy znacie to wrazenie, kiedy ta glebia jeziora zdaje sie ciagnac ku sobie. To sie
chyba nawet daje wyjasnic hydrodynamika, ale psychologicznie to jest klopot. Jak gdyby
ciagnelo mnie postrzeganie swiata w tych prostych kategoriach, mimo calego ciezaru
cierpienia, pod ktory mozna wejsc.
Nie daje mi to spokoju..