Dodaj do ulubionych

jeszcze o Bogu

23.10.06, 09:16
to ja mam pytanie do annaberta. Jak to twoim zdaniem jest z tym Bogiem? Czy
to, że Bóg pozwala na to zeby ludzie tak cierpieli, to jest jego świadectwo
jego istnienia? Chodzi mi o to, że przeciez wg koscioła Bóg jest miłosierny.
W zwiaku z tym nie powinien pozwalać na to, żeby ludzie tak cierpieli. czy
to, ze ja mam depresję i nerwicę to moja wina? czy zasłuzyłam sobie na ojca
alkoholika? dlaczego ja mam tak cierpieć? Nie zgadzam sie tez ze
stwierdzeniem, ze Bóg daje tylko tyle ile człowiek potrafi unieść. to
dlaczego są samobójstwa? Chyba wtedy człowiek juz nie daje rady. Ja codzień
sie budzę i myslę: jak przeżyć ten dzień, jak przetrwać do wieczora? I to m
byc życie? Mam życ po to zęby cierpieć. Co mi sie tu nie zgadza z tym Bogiem.
Obserwuj wątek
    • dorcia1974 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 09:31
      nie jestem annaberta ale moge postarac ci sie odpowiedziec jak to jest z tym
      Bogiem.Otóż gdy pierwsi ludzie Adam i Ewa sprzeciwili sie MU słuchając szatana
      w postaci węża,Bóg dał wolną wolę ludziom,zeby stanęli po czyjejs ze
      stron.Teraz nad ziemią panuje szatan,więc dlatego są cierpienia,choroby.To ze
      masz depresję to nie jest twoja wina ani wina Boga,to samo z ojcem
      alkoholikiem.Inaczej byłoby gdyby panował Bóg :)))
    • scarlett_80 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 09:33
      to bzdura, ze Bog zwala na nas tylko tyle cierpienia ile jestesmy w stanie
      uniesc. przeciez sa zywe przyklady na to ze tak nie jest. ludzie popelniaja
      samobojstwa, wpadaja w choroby psychiczne,a nawet umieraja z
      rozpaczy.najgorsze, ze nie kazde cierpienie jest przejsciowe i nie kazde ma cos
      wyzszego na celu.moze za to zniszczyc duchowo i calkiem zatrzymac czlowieka w
      rozwoju.na przyklad w moim wypadku i pewnie wielu innych ludzi jest to meka dla
      meki i nic wiecej.
    • scarlett_80 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 09:37
      a najbardziej przeraza mnie ta niesprawiedliwosc. zupelnie jakby jedni
      zasluzyli na nie bardziej niz inni.przeciez czesto tak jest,ze na jednego
      czlowieka zwalaja sie wszystkie nieszczescia i to zupelnie niezaleznie od niego.
    • na_fe Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 12:32
      ja też nie jestem osobą wzywaną przez Ciebie do tablicy ale wrzucę swoje 3
      grosze, jeżli pozwolisz?

      wysuwasz tezy na poziomie podstawówki, niewiele wyżej od argumentów w niedawnej
      polemice. przed Tobą długa? droga do zrozumienia ale jak sama wspominasz >Bóg
      jest miłosierny, więc szansa istnieje.

      tak stawiane pytania mają zero szans na satysfakcjonujące odpowiedzi.
      i nie będę tego komentować,

      chciałam tylko abyś spojrzała na rzecz z innej strony...

      spotkałaś się pewnie z terminem: reinkarnacja i zapewne nie budzi on w Tobie
      takiej niechęci jak: miłosierdzie, prawda?

      wytłumacz więc sobie własne przypadki wplatając je w tę tęskną melodię o
      wędrówce dusz:

      pomyśl > taką rodzinę wybrałam sobie sama, przeżywając takie historie mam
      jedyną szansę na szczebelek wyżej.
      nikt nie mówił, że będzie łatwo, bo rozwój wymaga poświęceń.
      pociesz się tym, że jesteś "starą" duszą{to taka, która już wcześniej wiele
      przerobiła}a one zawsze mają najtrudniej, bo cięzko przechodzi sie przez ucho
      igielne.
      ciesz się, że jesteś wybrana, bo mogłabyś przejść przez życie z kwietnym
      wiankiem na głowie i nie natrafić na żadną szansę zebrania doświadczeń.
      nie staraj sie analizować życia innych- nigdy nie zdobędziesz w nie wglądu,
      zapomnij sen.

      n_f
      • dolor Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 12:54
        > ja też nie jestem osobą wzywaną przez Ciebie do tablicy
        > spotkałaś się pewnie z terminem: reinkarnacja i zapewne nie budzi on w Tobie
        > takiej niechęci jak: miłosierdzie, prawda?

        We mnie budzi. Oraz astrologia, hiromancja, homeopatia, medycyna Tybetańska i
        czego tam człowiek sobie nie wymyślił, żeby tylko oddalić się od weryfikowalnej
        rzeczywistości.
        • na_fe Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 13:11
          > We mnie budzi. Oraz astrologia, hiromancja, homeopatia, medycyna Tybetańska i
          > czego tam człowiek sobie nie wymyślił, żeby tylko oddalić się od weryfikowalnej
          >
          > rzeczywistości.


          weryfikowana rzeczywistość, no cóż...
          nie samym chlebem człowiek się karmi,
          a 'pytanie' było takie, jakie było.

          n_f
          • dolor Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 13:32

            > weryfikowana rzeczywistość, no cóż...
            > nie samym chlebem człowiek się karmi,
            > a 'pytanie' było takie, jakie było.
            >
            Czyli w tych samych warunkach te same efekty. Ale człowiek karmi się jeszcze
            złudzeniami, chodliwy towar. "Pytanie" było niebezpieczne, z doświadczenia
            wiem, że dyskusje o bogach rozrastają się do kuriozalnych rozmiarów.
            • na_fe Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 19:39
              > Czyli w tych samych warunkach te same efekty.

              no nie bardzo rozumiem,
              toż ja nie o weryfikowalnej rzeczywistości ale o nieweryfikowalnym, bo o
              będącej czystą substancją, Idei.

              natomiast najgorsze złudzenia, proszę kolegi, dotyczą zawsze naszej
              codzienności, tej dającej się zweryfikować i są, rzeczywiście, bardzo chodliwe.


              n_f
      • kachaa17 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 13:21
        to, że nazwałam Boga miłosiernym, to było troche ironicznie. Powtrzam za
        wierzącymi. Nie umiem się cieszyc z mego losu, w którym są dwie ciężkie do
        wylecznia choroby
    • annaberta Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 12:41
      Po pierwsze cierpienie jest czyms w tym życiu co musimy zaakceptować, bo ono
      jest i będzie ( patrz wyżej - grzech Adama i Ewy, wpływ szatana ) i tylko
      akceptacje może przynieść nam zrozumienie cierpienia i uczynienie z niego wartości.
      Jeżeli nie akceptuje się tego swojego cierpienia np choroby to nigdy nie
      osiągnie się równowagi i pokoju duchowego. NIgdy nie poczuje się człowiek wolny
      od tego cierpinia jednocześnie, bo tylko przez akcetacje to cierpienie można
      oddać Jezusowi.

      Czy znasz fragment Pisma Sw

      Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. I kto kocha
      syna lub córkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien. Kto nie bierze swego
      krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć swe życie,
      straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je.

      Z tego co piszesz wynika jasno, że nie akceptujesz, że chcesz się go pozbyć, i
      walczysz z Bogiem, aby pozwolił Ci go porzucić.... Tak niestety nie zajdzesz
      daleko. Tak nie pracuje się nad sobą, tak nie wypracujesz nic dobrego. To nie
      przyniesie dobrych owoców. To pogłębi tylko Twoją frustrację, niecheć do Boga i
      rozpacz.

      Pewnie powiesz, zę Twój krzyż jest najcięższy, że inni mają lżejszy itp, itd.
      ALE TEGO NIE WIESZ co mają inni. Nie wiesz czy ktoś obok Ciebie kto wygląda na
      szcześliwego nie jest czasem nieuleczalnie chory, i zostało mu kilka miesięcy
      życia. Bo można być chorym i wyglądać zdrowo i szczęśliwie, ale tylko wtedy
      kiedy się zaakceptuje swój krzyż, wtedy nie ma znaczenia tak naprawdę, czy jest
      się chorym, zdrowym , czy umrze się dziś, za kilka miesięcy czy lat. Taki
      człowiek żyje w zgodzie z wolą Boga i jest szczesliwy, nie ma w nim buntu, ani
      żalu, ani nawet tego, że chciałby życ inaczej. Pewnie powiesz, że nie ma takich
      ludzi, ale ja wiem, że są. To są najszczęśliwsi ludzie, choć mogą cierpieć i to
      bardzo, ale jeżeli zaakceptują swój krzyż, to spełnią się słowa Jezusa "jażmo
      moje jest słodkie a brzemię lekkie".

      Możesz nadal w tym być następnymi latami i żaden ksiądz, czy pyscholog tego nie
      zmieni, bo nikt nie może wziąśc twojego krzyża, tylko ty sama. I nikt nie może
      tego krzyża za Ciebie też zaakceptować. Tutaj tkwisz w martwym punkcie i sama
      sobie pogłębiasz cierpienia. I to będzie trwać, jeżeli naprawdę nie
      zaakceptujesz tego krzyża., Ale nawet jak powiesz, że się starasz, to też nie
      bedzie postępu, bo starać się można i nic z tego może nie wychodzić.

      Po prostu jest tak - ALBO SIĘ AKCEPTUJE, ALBO SIĘ NIE AKCEPTUJE. nie ma
      trzeciego wyjścia.... Jeżeli zaakceptujesz to poczujesz się wolna i szczęśliwa i
      spokojna duchowo - po tym poznasz, że zaakceptowałaś swój krzyż. Jeżeli nie
      poczujesz się wolna, szczęśliwa i spokojna duchowo to znaczy, że nie akceptujesz
      swojego krzyża. To są niezawodne kryteria.

      Jak zaakceptować krzyż?.. czytać lektury duchowe, dzienniczki świętych, Pismo
      sw. , jeździć na rekolekcje. To wszystko pomoże przygotować człowieka do
      akceptacji swego stanu, swego krzyża.
      Ale jak nie ma się chęci do zaakceptowania to i to nie pomoże!....
      Najpierw trzeba znaleźć w sobie dobrą wole i powiedzieć - Boże chcę tego! Chcę
      zaakcetować i nieść swój krzyż, choćby do końca życia!
      Jeżeli znajdzie się ta dobra wola, to będzie ona fundamentem pod tą akceptacje.
      Ale dopóki ciąglę bedzie coś takiego - Boże weź to proszę ode mnie, daj mi co
      innego, byle nie to, To nie będzie lepiej.
      -----------------------------------------------------------
      Nauka krzyża

      Chrystusowy krzyż, jak całe chrześcijaństwo, jest znakiem sprzeciwu wobec
      ludzkiej logiki i "światowej" mentalności. Mimo to bez niego nie można zrozumieć
      ludzkiego życia na ziemi, ani dziejów świata. Stanowi on bowiem niezbywalny
      epizod historii, stabilny punkt odniesienia. Stat crux dum volvitur orbis (krzyż
      stoi podczas gdy świat się obraca). Nie można go wyrwać z gleby doczesnej
      historii, nie naruszając jej fundamentów.
      Na późnorenesansowym obrazie (znajdującym się w rzymskim Palazzo Cancelleria)
      anonimowy malarz przedstawił cztery osoby: Matkę Bożą, św. Annę, Dzieciątko
      Jezus i św. Jana Chrzciciela. Uwaga wszystkich skupia się na małym, świetlistym
      krzyżu, stanowiącym centrum obrazu. Główną postacią jest niewątpliwie Pan Jezus.
      On właśnie znajduje się najbliżej krzyża, z radością wyciąga doń ręce i niemal
      go dotyka. Maryja patrzy z zatroskaniem na Syna i składa ręce do twy. Św. Anna,
      wyraźnie zaniepokojona, czyni taki ruch, jakby chciała powstrzymać rękę Jezusa.
      Natomiast uśmiechnięty św. Jan dziwi się nieoczekiwanym roztargnieniem swego
      towarzysza zabawy.
      Obraz ilustruje ważną prawdę; żaden chrześcijanin nie może zignorować krzyża,
      musi w jakiś sposób do niego się ustosunkować.

      Zgoda na krzyż

      Krzyż znajduje się w centrum nauki chrześcijańskiej. Cała Ewangelia prowadzi do
      krzyża. Jesteśmy w lepszej sytuacji niż Apostołowie, którzy na początku nie
      wiedzieli, że finałem Chrystusowego nauczania będzie Jego okrutna śmierć na
      drzewie hańby. Piotr z oburzeniem odrzucał taką możliwość (Panie, nie przyjdzie
      to nigdy na Ciebie), bo myślał nie na sposób Boży, lecz na ludzki (Mt 16,
      22-23). Surowa reprymenda, jaką usłyszał, była skierowana do każdego, kto
      chciałby odwieść Chrystusa od Jego zamiaru wykupienia grzeszników własną krwią.
      Taka sama reprymenda jest nieustannie kierowana do tych, którzy chcieliby
      przeszkodzić Chrystusowym uczniom w naśladowaniu Go i uczestniczeniu w Jego
      zbawczej misji, trwającej aż do końca czasów.
      Chrystusowe pouczenia są trudne, ale realne, bo potwierdzone Jego życiem i
      przypieczętowane Jego śmiercią. Wszystko, co czynił, nie czynił On dla siebie,
      ale "dla nas i dla naszego zbawienia", dla nas się narodził, nauczał i poniósł
      śmierć. Chrystus nie umarł za bezimienny tłum czy za bliskich mu przyjaciół,
      lecz za każdego z nas, jako za jedyną i niepowtarzalną osobę. Taki osobowy akt
      domaga się w odpowiedzi aktu suwerennej osoby. Nie odpowie za nas żadna
      instytucja czy wspólnota, chociaż Kościół pomaga znaleźć właściwą odpowiedź, a
      wspólnota wierzących pomaga wcielić ją w życie. Poprawną, idealną odpowiedź
      sformułował sam Mistrz: Kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie,
      niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje (Mt 16, 24). Kto postępuje
      inaczej nie jest nawet godzien nazwać się Jego uczniem; Kto nie bierze swego
      krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien (Mt. 10, 38). Nie można pozostać
      obojętnym wobec krzyża, można go zaakceptować z miłością lub odrzucić z odrazą.

      Własny krzyż

      Kto chce być uczniem Ukrzyżowanego musi zatem iść za Nim ze swoim własnym
      krzyżem. Oznacza to, iż przed wyruszeniem w ślad za Chrystusem, należy podjąć
      wysiłek poznania i dokonać właściwego wyboru. Chodzi o to, żeby przez pomyłkę
      nie wziąć zamiast krzyża jakiegoś nieużytecznego ciężaru. Po rozeznaniu
      stojącego przed nami krzyża winniśmy podjąć wolną decyzję przyjęcia go i
      niesienia dopóty, dopóki Bóg nie zdejmie go z naszych ramion.
      Uczeń godzien swego Boskiego Mistrza nie jest przygodnym gapiem ani litościwym
      pomocnikiem na Jego Drodze Krzyżowej, lecz tym, który świadomie i dobrowolnie
      idzie aż na Golgotę ze swoim własnym krzyżem. Nie jest jak Cyrenejczyk, który
      niesie Chrystusowy krzyż zmuszony do tego przez uzbrojonych żołnierzy i jedynie
      na krótko (por. Mt. 27, 32). Cyrenejczykiem nie można być przez całe życie,
      natomiast wierny uczeń Chrystusa idzie za Nim ze swoim krzyżem przez całe życie.
      W gruncie rzeczy łatwiej jest być Cyrenejczykiem niż wiernym uczniem. Może
      dlatego chętnie pomagamy Ukrzyżowanemu (nawet dobrowolnie, ale na krótko), a
      potem oddawszy Mu Jego krzyż, wracamy pospiesznie do swoich domów i pól w
      poczuciu dobrze spełnionego chrześcijańskiego obowiązku. Własny krzyż często
      budzi niechęć czy lęk. Czasem wydaje się niegodny tej nazwy, bo przybiera
      "nieatrakcyjną" formę banalnego ciężaru trudnej codzienności, czasem znowu nie
      budzi współczucia bliźnich, bo jest niewidzialną dla postronnych obserwatorów
      udręką duchową.
      Cho
      • annaberta Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 12:47
        cd. artykułu:
        Chociaż "własny krzyż" jawi się w zupełnie innej postaci aniżeli krzyż
        Chrystusa, to jednak można i trzeba dźwigać go tak samo jak Mistrz, bez buntu, z
        miłością i aż na Golgotę. Akceptacja krzyża nie umniejsza jego ciężaru, ale
        dodaje sił i nadaje zbawczy sens utrudzeniu. Doskonałe naśladowanie
        ukrzyżowanego Mistrza polega na tym, że akceptacja krzyża nie ogranicza się do
        tego, co zewnętrzne, lecz wyraża się także - a raczej przede wszystkim - w
        duchowej postawie zgody na wolę Boga. Niestety wielu uczniów poprzestaje na
        odruchu współczucia, fizycznej bliskości, nie podejmując duchowego wysiłku
        zrozumienia sensu męki i dzielenia cierpień Zbawiciela. Wielu dochodzi na szczyt
        Golgoty i staje tuż obok Chrystusa, ale duchem są od Niego bardzo daleko. Obaj
        łotrzy byli tak samo blisko Ukrzyżowanego, ale tylko jeden z nich uznał zbawczy
        sens Jego cierpień i zaakceptował Jego pomoc, za co otrzymał niezwykłe
        zapewnienie niemal natychmiastowego ("jeszcze dziś" - por.Łk 23, 43) wejścia w
        krainę życia. Dobry uczeń Chrystusa winien naśladować dobrego łotra.

        Za Chrystusem i z Chrystusem

        Aby iść za Chrystusem trzeba Go widzieć, albo przynajmniej dostrzec zostawione
        przez Niego ślady. Aby osiągnąć duchową jedność ze Zbawicielem trzeba uważnie
        śledzić Jego ślady na własnej drodze krzyżowej, bowiem łatwiej iść za kimś, kto
        dobrze zna drogę niż samemu jej szukać, wahać się na każdym skrzyżowaniu,
        błądzić i wątpić w celowość męczącej wędrówki. Kto stawia stopy w ślady
        odciśnięte przez Chrystusa, czuje się bezpiecznie.
        Dźwiganie krzyża za Chrystusem formuje nasz sposób myślenia i działania według
        paradoksalnej Bożej logiki. Przestajemy bać się cierpienia i śmierci, a
        zaczynamy uznawać je za środki upodobnienia się do Chrystusa. Zaczynamy wierzyć,
        że cierpienie jest owocne, że tracąc życie - zyskujemy je. Nie koncentrujemy się
        już dłużej ani na cierpieniu ani na umieraniu, ale na odczytywaniu Bożych
        zamiarów i realizowaniu ich. Powoli stajemy się uczniami Ukrzyżowanego, których
        doskonałą postawę charakteryzują słowa św. Pawła od Krzyża, który w jednym z
        listów pisze: "Ani cierpieć ani umierać, ale jak najdoskonalej stosować się do
        woli Bożej".
        Kroczenie śladami Ukrzyżowanego jest postępowaniem na drodze duchowego
        doskonalenia. "Jeśli chcesz być doskonały - radzi św. Jan od Krzyża - sprzedaj
        swą wolę, daj ją ubogim duchem i idź za Chrystusem w cichości i pokorze, aż na
        Kalwarię i do grobu" .
        Idąc krok w krok za Chrystusem, coraz lepiej Go poznajemy i rozumiemy sercem a
        nie intelektem. Dzięki temu duchowo dojrzewamy do osiągnięcia celu drogi
        krzyżowej. Uczeń Chrystusa nie zachowuje się jak postronny obserwator czy uczony
        analizujący wydarzenia na Golgocie; bierze krzyż i wbija go w ziemię swojego
        doczesnego życia. "Krzyż wbity na Golgocie tego nie wybawi/, Kto sam w sercu
        swoim krzyża nie wystawi" mówił Angelus Silesius. Jedynie takie bolesne
        naśladownictwo całkowicie przemienia słabego człowieka, czyniąc go doskonałym
        uczniem ukrzyżowanego Mistrza. Gdy ktoś postawi w swoim sercu krzyż, nikt nie
        można go stamtąd wyrwać nie rozszarpując serca.
        Niesienie własnego krzyża za Ukrzyżowanym może być tylko biernym
        naśladownictwem, ale może też stać się czynnym współ-uczestnictwem w Jego
        zbawczej misji. Podstawowym warunkiem takiej jedności działania jest
        naśladowanie Chrystusa w przeżywaniu cierpienia. Wszyscy doświadczamy fizycznego
        bólu i duchowej udręki, ale tylko chrześcijaństwo umożliwia przeżycie ich razem
        z Synem Bożym i ofiarowanie w intencji wiecznego szczęścia. Chrystus ukrzyżowany
        głosi rewolucyjną doktrynę o zbawczej mocy cierpienia podjętego w sposób wolny,
        nie z przymusu a jedynie z miłości do innych. Dla pogan i mędrców cierpienie
        jest powodem buntu i jałowego smutku, a dla uczniów Chrystusa staje się realnym,
        bolesnym i miłosnym dopełnianiem tego, czego nie dostawało Jego męce. Cierpienie
        razem z Chrystusem nie jest sentymentalnym współczuciem, lecz realną współpracą
        z Chrystusem w Jego zbawczej misji. Zbawca tę współpracę chętnie przyjmuje i
        hojnie wynagradza. Dobrowolnie, przymuszony jedynie wielką miłością pomaga
        każdemu uczniowi upadającemu pod ciężarem własnego krzyża. Żaden człowiek bez
        pomocy Syna Bożego nie jest w stanie dojść na szczyt Golgoty i powiedzieć
        Bogu-Ojcu: "w ręce Twoje oddaję ducha mego"(por. Łk, 23, 46). .

        Scientia crucis (nauka krzyża)

        Z pewnością łatwiej jest wyjaśniać innym naukę krzyża, niż według niej żyć. Aby
        móc ją głosić, czy próbować zrozumieć trzeba wpierw nią żyć. Krzyż domaga się
        świadectwa, toteż jedynie świadek (martyr) potrafi przekonująco głosić naukę
        krzyża (scientia crucis). "Mądrość słowa" może zafałszować fundamentalne prawdy
        tej nauki i utrudnić jej realizację w życiu.
        Zafascynowani nauką i zniewoleni techniką, nie mamy dziś wprawy w studiowaniu
        nauki krzyża. Doskonałą metodą jego poznania jest kontemplacja Ukrzyżowanego,
        który nie mówi dużo, ale poucza wiele. Św. Katarzyna ze Sieny dobrze to
        zrozumiała, mówiąc często o Chrystusie nauczającym z "katedry krzyża". Aby z
        pożytkiem studiować u takiego Mistrza, trzeba przyjąć Jego metody wychowawcze i
        reguły Jego nauki. Scientia crucis nie jest zbiorem teoretycznych wiadomości,
        ale bezpośrednio przeżytą, bogatą i tajemniczą rzeczywistością, której nie można
        ująć w naukowy system ani przekazać w logicznym wykładzie. "Scientia Crucis
        zdobywa się tylko wtedy, gdy się samemu do głębi doświadczy krzyża", pisała
        Edyta Stein, inteligentna uczennica w szkole Ukrzyżowanego. Wiedzę tę zdobywa
        się przez całe życie, ale nigdy nie pozna się wszystkich jej tajników. Nigdy nie
        możemy powiedzieć, że już wszystko o krzyżu wiemy, że potrafimy iść drogą
        krzyżową pewnym krokiem i ominąć każdy kamyk, aby nie upaść. Trzeba wytrwale
        studiować naukę krzyża, żyć według niej przez krótki czas swego ziemskiego życia
        i tak umrzeć, aby zasłużyć na niekończące się nigdy życie. Twierdzenie, że
        utrata życia stanowi gwarancję życia, które się nigdy nie kończy stanowi
        fundamentalną prawdę nie-rozumnej wiedzy krzyża.
        Wiedza krzyża zawiera skandaliczną dla mędrców tego świata wizję cierpienia,
        przyjętego w sposób wolny i ofiarowanego z miłości do tych, którzy popełniwszy
        zło, ryzykują utratę wiecznego życia. Wiedza krzyża nie kieruje się naukowymi
        prawami - lecz nie-logicznymi regułami miłości. To miłość sprawia, że
        chrześcijanin nie patrzy z daleka na Ukrzyżowanego, lecz idzie za Nim krok w
        krok aż na Kalwarię, aż pod krzyż. To miłość sprawia, że nie gorszymy się
        skandalem krzyża, lecz odważnie go głosimy. To miłość pomaga zrozumieć niepojęty
        dla uczonych Boży plan zbawienia; każdy, kto miłuje narodził się z Boga i zna
        Boga (1 J 4,7)
        Miłość prowadzi nas do takiego zjednoczenia z Chrystusem, które umożliwia
        współpracę z Nim w zbawianiu nie tylko siebie samego, ale także innych
        grzeszników, wręcz całego świata.

        Scientia amoris (nauka miłości)

        Wiedza krzyża zawiera paradoksalną prawdę o konieczności ścisłego związku
        miłości i cierpienia. Przeżyli to intensywnie i częściowo przekazali wielcy
        mistycy. Siostra Faustyna napisała zdanie, wynikające z osobistego
        doświadczenia, a mogące służyć za dewizę wszystkich uczniów ukrzyżowanego
        Mistrza; "Miłość i boleść idą w parze" (Dz. 881). Każda miłość rodzi ból, gdyż
        prowadzi na krzyż ogołocenia i wyrzeczenia się siebie. Cierpienie, które "idzie
        w parze" z miłością, nie osłabia jej, lecz potęguje i oczyszcza. W naszej epoce
        dominuje kult pięknego ciała i strach przed cierpieniem, dlatego szczególnie
        trudno jest okazać miłość i naśladować Syna Bożego, okrutnie pobitego i
        zranionego. Tym bardziej, że naśladowanie Go musi trwać przez całe życie, składa
        się nań bezpośrednio doświadczany fizyczny ból i poczucie opuszczenia, wysiłek
        zgłębiania tajemnicy straszliwie umęczonego i sponiewieranego "najpiękniejszego
        z synów ludzkich"(por. Ps 45, 3). Jedynie umocnieni miłością do Chrystusa
        potrafimy znieść ból i trud oraz przejść całą drogę krzyżową, cier
        • annaberta Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 12:51
          Jedynie umocnieni miłością do Chrystusa potrafimy znieść ból i trud oraz przejść
          całą drogę krzyżową, cierpiąc i miłując.
          Nie można iść za Ukrzyżowanym, nie miłując Go. To miłość nie pozwala nam
          zostawić Chrystusa samego, jest tą "siłą ciążenia", która prowadzi nas na Górę
          Kalwarię. Na Golgocie stali ci, którzy nikogo się nie bali i niczego nie
          kalkulowali, ale jedynie bardzo mocno kochali. Bo tylko miłość pozwala pokonać
          lęk przed drwiną uczonych tego świata zgorszonych skandalem krzyża.
          Wiedza krzyża i wiedza miłości tworzą jednolity "system naukowy". Jedynym
          uzasadnieniem głupstwa krzyża jest szaleństwo miłości. Śmierć Chrystusa, nazwana
          przez św. Teresę z Lisieux "najpiękniejszą śmiercią z miłości" stanowi
          "pokazową" lekcję takiej szalonej miłości. Pokazuje, że umierać z miłości nie
          znaczy umierać bez fizycznego bólu, duchowej udręki, doświadczenia opuszczenia
          przez Boga. Umierać z miłości to znaczy akceptować paradoksalne plany Boga,
          który nie chroni od bólu ludzi, których miłuje, ale wysyła swego Jedynego Syna,
          by cierpiał razem z nimi i umarł za nich. Idąc na Golgotę, Chrystus nie oddala
          się od nas, ale łączy się z każdym z nas w naszym bólu i rozterce, doświadcza
          naszych słabości. Dzięki swej niemocy Chrystus okazuje zbawczą moc i zbawia mnie
          nie z obowiązku, lecz z miłości. Z miłości do mnie pozwala się biczować i
          ukrzyżować za każdym razem, gdy popełniam grzech. Trzeba więc odpowiedzieć
          miłością; z miłości do Zbawiciela wyrzec się śmiercionośnego grzechu i pokornie
          prosić o otwarcie bramy do krainy życia.

          Skandal śmierci i paradoks zmartwychwstania

          Krzyż objawia niepojęte dla rozumu postępowanie Syna Bożego, który umiera po to,
          aby człowiek żył wiecznie, uniża się jedynie po to, aby wywyższyć człowieka, aby
          pociągnąć go za sobą do Ojca. "Pierworodny spośród umarłych" (por. Kol 1, 18)
          jest zarazem Pierwszym Zmartwychwstałym, który człowieka umarłego na skutek
          występków (Kol 2, 13) wprowadza do krainy życia. Pociąga do siebie najpierw na
          krzyżu, a potem w akcie wniebowstąpienia
          Chrześcijaństwo bez krzyża jest nieprawdziwe, ale bez zmartwychwstania i
          wniebowstąpienia jest kalekie i niepełne. Również zmartwychwstanie i
          wniebowstąpienie jest głupstwem dla uczonych i skandalem dla niewierzących.
          Chrystus, wzywając swych uczniów do pójścia za nim, nie chce, aby zatrzymali się
          pod krzyżem, ale szli za Nim dalej. Wierny uczeń nie zostaje więc na Golgocie,
          lecz idzie do grobu, by odkryć, że jest on pusty. Szukając Umarłego spotyka
          Zmartwychwstałego. Droga krzyżowa biegnie od Ogrodu Oliwnego do ogrodu, w którym
          o poranku "Apostołka Apostołów" spotyka Zmartwychwstałego. Stosunek do
          Ukrzyżowanego determinuje stosunek do Zmartwychwstałego. Magdalena, która z
          miłością wytrwała pod krzyżem aż do końca, radośnie powitała Zmartwychwstałego,
          i chociaż Go nie dotknęła to jednak z absolutną pewnością oznajmiła Jego powrót
          do życia. Natomiast Tomasz, który bał się wejść na Golgotę, nie uwierzył
          Zmartwychwstałemu, dopóki Go nie dotknął. Chrystus okazuje niezwykle wyrozumiałą
          miłość Apostołowi zniewolonemu scjentystycznym myśleniem, pozwalając mu
          "empirycznie" sprawdzić wiarogodność swoich słów. Jaśniejący chwałą
          Zmartwychwstania okazuje się bardziej dostępny niż Ukrzyżowany, którego nie
          mogła dosięgnąć ani Matka, ani uczniowie stojący u stóp krzyża. Zmartwychwstały
          pozwala jednemu wątpiącemu dotknąć swych ran, aby wszyscy ci, którzy nie
          zobaczą, nie poddawali się naukowo uzasadnionym wątpliwościom.
          Wierny uczeń nie musi włożyć ręki do przebitego boku Chrystusa, ale musi duchowo
          jednoczyć się z Nim przez miłość i boleść. Takiej jedności nie osłabi żadna
          teoria naukowa ani nie zniszczy śmierć. Kiedy umieramy w jedności z
          Ukrzyżowanym, mamy prawo oczekiwać na swoje osobowe spotkanie ze
          Zmartwychwstałym. Skoro Chrystus zmartwychwstaje i żyje dzięki mocy Bożej (2 Kor
          13, 4), to Jego uczniowie, którzy są "niemocni w Nim" mają prawo ufać, że będą
          "żyć z Nim przez moc Bożą" (por. 2 Kor 13,4). Zaakceptować z intelektualną
          pokorą paradoksalną prawdę o mocy Boga w niemocy to znaczy otworzyć sobie drogę
          do nieśmiertelności, której każdy pragnie, ale nie każdy potrafi do niej wejść,
          gdyż - jak mówił św. Jan od Krzyża - omija prowadzącą do niej "wąską bramę krzyża".
          Śmierć tych, którzy umierają w jedności z Ukrzyżowanym nie jest tragicznym
          końcem trudnego życia, lecz błogosławionym początkiem szczęśliwego życia.
          Dlatego wierni uczniowie ukrzyżowanego Mistrza, chociaż tak samo jak poganie
          żyją krótko i cierpią wiele, to jednak nie poddają się zwątpieniu i nieustannie
          trwają w postawie dziękczynienia i zawierzenia. Mogą powtarzać za Zygmuntem
          Krasińskim: "wszystko nam dałeś, co dać mogłeś Panie./ My nad otchłanią, na
          ciasnym przesmyku/Skrzydła nam rosną już na zmartwychwstanie". Ciasny przesmyk
          doczesnego życia jest dla chrześcijan miejscem, skąd można poderwać się do lotu
          ku "wyżynom niebieskim" (por. Ef. 2, 4-6). Kiedy idziemy za Chrystusem ze swoim
          krzyżem, nie powinniśmy koncentrować się na drodze krzyżowej, lecz na jej celu.
          Chrześcijaństwo nigdy nie zamyka się w teraźniejszości, lecz jest stale otwarte
          ku przyszłości, obejmującej także przyszłość wiekuistą.

          Bądź pozdrowiony krzyżu

          Człowiek naśladujący Chrystusa po to się rodzi, aby po śmierci wejść do krainy
          życia. Dlatego od urodzenia powinien wyciągać rękę ku krzyżowi, jak Dzieciątko
          Jezus na wspomnianym obrazie.
          Bóg, stwarzając nas na swój obraz i podobieństwo, równocześnie uzdalnia do
          takiego naśladowania i wspiera w jego realizacji, ratuje przed zniewoleniem
          przez różnych bożków szybkiego sukcesu i proroków łatwego szczęścia. Zdarza się
          jednak, że w sposób wolny odrzucamy Bożą pomoc; zdradzamy swego Stwórcę, tworząc
          sobie bogów podobnych do siebie. Gdy jednak wpadamy w pułapkę idolatrii,
          cierpimy bez miłości i umieramy bez nadziei na trwałe życie.
          Chrystus, umierając na krzyżu, umożliwia zrozumienie paradoksalnej odpowiedzi
          Miłosiernego Boga, odpowiedzi na ludzki grzech. Na krzyżu umierają ludzkie,
          uczone teorie o Bogu i człowieku. Syn Boży z "katedry krzyża" poucza wszystkich,
          nawet tych, którym się wydaje, że posiedli całą wiedzę o Bogu i człowieku, o
          życiu i śmierci.
          Dziś grozi nam wielka ignorancja w dziedzinie wiedzy krzyża, bowiem postęp
          techniczny i rozwój nauk przyrodniczych stwarza iluzję, że można wszystko poznać
          i zrozumieć bez pomocy Boga. Współcześnie, bardziej niż w epoce św. Pawła, krzyż
          budzi zgorszenie i sprzeciw, gdyż nie podlega regułom ekonomii i polityki, nie
          można go wytłumaczyć w kategoriach sukcesu i zysku. Dlatego naśladując
          Ukrzyżowanego nieustannie jesteśmy narażeni na szyderstwa i pogardę. Może
          bardziej niż za czasów św. Pawła musimy się liczyć z faktem, że głosząc
          "tajemnicę mądrości Bożej" (por. 1 Kor 2, 7), żyjąc według paradoksalnej logiki
          krzyża oraz głupiej nadziei na zmartwychwstanie, zostaniemy wyszydzeni przez
          sławnych mędrców, wywołamy skandal w środowisku dobrze ułożonych faryzeuszy i
          będziemy prześladowani przez władców tego świata.
          Mimo wszystko nauka krzyża jest nam dziś niezbędnie potrzebna. W świecie, w
          którym odczuwamy dumę ze swych osiągnięć, doświadczamy zarazem lęku i
          niepewności, bo rozwój nauki i postęp techniczny nie uwalnia nas od cierpienia i
          nie ratuje od śmierci, a dobrobyt nie zapewnia duchowego pokoju i trwałego
          szczęścia. Dzięki temu jednak łatwiej niż Apostołom przychodzi nam docenić
          wartość wiedzy krzyża i jej zbawienne skutki w życiu. Łatwiej niż Apostołom
          przychodzi nam stwierdzić, że wiedza krzyża daje taką mądrość, jakiej żaden
          naukowiec dać nie może, napawa taką nadzieją, jakiej żaden terapeuta nie może
          przekazać. Gdy więc w Trzecim Tysiącleciu na naszej drodze staje krzyż,
          wyciągamy ku niemu ręce i odważnie bierzemy go na ramiona, powtarzając z
          radością: Ave crux spes unica (Bądź pozdrowiony krzyżu, jedyna nadziejo). Dla
          współczesnych mędrców i pogan, którzy chcieliby skutecznie znieczulić każdy ból
          i zapomnieć o śmierci, taka postawa jes
          • annaberta Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 12:54

            Dla współczesnych mędrców i pogan, którzy chcieliby skutecznie znieczulić każdy
            ból i zapomnieć o śmierci, taka postawa jest skandaliczna i głupia. Tak więc i w
            XXI wieku krzyż nie przestaje być jedynym znakiem nadziei dla chrześcijan a dla
            innych - niepojętym paradoksem i przeszkodą w zdobyciu szczęścia bez ofiary
            cierpienia i daru bezinteresownej miłości.
            Ludmiła Grygiel

            Psalm 91
            Szukając ulgi w cierpieniu

            Kto przebywa pod opieką Najwyższego i w cieniu Wszechmocnego odpoczywa, ten może
            mówić do Pana:Tyś ucieczką i twierdzą moją, i Bogiem, któremu zaufałem.
            On cię wyzwala z sideł myśliwego i ratuje od wszelkiej zguby. Osłania cię swoimi
            skrzydłami, pod Jego piórami znajdujesz schronienie, a Jego wierność jest Ci
            puklerzem i tarczą.
            Nie musisz się lękać nocnych widziadeł ani żadnych strzał za dnia latających,
            ani śmierci, co zagraża w południe. Choćby tysiąc padło tuż obok ciebie, a
            dziesięć tysięcy po twojej prawicy, ciebie nie spotka nic złego. Własnymi oczyma
            będziesz patrzył, będziesz widział, jak się odpłaca bezbożnym. Pan jest
            schronieniem dla ciebie, a za obrońcę masz Najwyższego. Żadne nieszczęście na
            ciebie nie spadnie, nic nie zagraża twemu namiotowi. Bo On rozkazał swoim
            aniołom, aby cię strzegli na wszystkich drogach. Będą cię więc nosić na swoich
            rękach, żebyś nie skaleczył nogi o kamień. Będziesz stąpał po wężach i żmijach,
            będziesz deptał nawet lwy i smoki. Ponieważ liczy na Mnie, będę go ratował, będę
            bronił, bo zna moje imię. Gdy będzie mnie wzywał, zechcę go wysłuchać, będę z
            nim w nieszczęściu, ocalę go i zgotuję mu chwałę. Obdarzę go także bardzo długim
            życiem i pozwolę mu ujrzeć moje zbawienie.

            Trzeba pamietac jednak o złym duchu, ktory bedzie zawsze krązył blisko nas i
            podjudzał przeciw Bogu...bedzie kusił. Jak kusił Jezusa poprzez usta jego
            oprawców :

            Ci zaś, którzy przechodzili obok, przeklinali Go i potrząsali głowami,

            mówiąc: «Ty, który burzysz przybytek i w trzech dniach go odbudowujesz, wybaw
            sam siebie; jeśli jesteś Synem Bożym, zejdź z krzyża!»

            Podobnie arcykapłani z uczonymi w Piśmie i starszymi, szydząc, powtarzali:

            «Innych wybawiał, siebie nie może wybawić. Jest królem Izraela: niechże teraz
            zejdzie z krzyża, a uwierzymy w Niego.

            Zaufał Bogu: niechże Go teraz wybawi, jeśli Go miłuje. Przecież powiedział:
            "Jestem Synem Bożym"».

            Tak samo lżyli Go i złoczyńcy, którzy byli z Nim ukrzyżowani.

            Nie daj się wiec złemu duchowi i nie ulegaj jego namowom aby iśc inna drogą,
            niż drogą krzyża.

            Na koniec powiem Ci prawdziwą historię. Pewiem człowiek był niewidomy. I
            powiedział sobie, że kto go ma uzdrowić jak nie Pan Jezus?
            Więc codziennie przychodził na msze do koscioła i modlił się. Przychodził
            codziennie przez tygodnie, miesiące i nic, nadal był niewidomy. NIkt nie
            wierzył, że może być uzdrowiony, ale on nie rezygnował, przychodził już rok i
            nic... I po dwóch latach stał się cud. Odzyskał wzrok. Bo tak pisze Pismo Sw : "
            Wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego (Jk 5,16)."
            • suchyxxx2 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 13:14
              że odzyskał wzrok to takie przypadki się zdarzają.Mój wujek oślepł jak miał koło
              30 lat i przez rok nie widział-nie dawano mu szans i nagle po roku odzyskał
              wzrok-dzisiaj wujek ma 70 lat i widzi bardzo dobrze-więc to wcale nie musi być
              zasługa Boga tylko cud w postaci regeneracji nerwu wzrokowego i tyle-takie
              przypadki są w medycynie i nie miaszaj do tego Boga
            • kachaa17 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 13:19
              wiem, że inni ludzie mają gorzej, ale nie obchodzi mnie to, moja mama tez tak
              zawsze powtarzała: zobacz jak jest u innych, u nas nie jest tak źle. I do czego
              to doprowadziło? Ojciec sobie pił w najlepsze a ja miałam sie cieszyc, że nas
              nie bije. No bo inni to maja gorzej. Nie akceptuję takiego myslenia. Wiem, że
              nie akceptuję tez mojej choroby. Jestem w fazie buntu. bo wkurza mnie też, że u
              mnei w domu zawsze sie mówiło tzreba wierzyc w Boga, z Bogiem lżej. A ja jakos
              nie umiem uwierzyc. Mimo, ze trzeba, a mozę właśnie dlatego. Odwróciłam sie od
              Boga i jestem na niego zła. Nie widzę sensu cierpienia.
              • ollaboga77 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 19:48
                Kacha dobrze mówisz. ja też nie widze sensu cierpienia. wogóle.

                Nie widzę sensu samotnosci itp!!!

                Raj jest tu na ziemii i trzeba go tworzyć trzeba przede wszystkim chcieć!!

                Ja już nie słucham ludzi. Słucham siebie i robię tak jak wiem, że będzie
                dobrze. I naprawde wiem, że urodziłam się mądra, ale dobre rady innych częstro
                mąco nasze wewnętrzne plany.
              • bszalacha Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 20:16
                Dziecko! Wiarę buduje się w oparciu o rzeczywistość,szczególnie tę dotyczącą
                wczesnych relacji.Zabrakło tam chyba zaufania/czyli wiary/.Nie zmuszaj się do
                niej abstrakcyjnie.Idż do terapeuty i popracuj nad prawdziwą odbudową więzi z
                innymi ludzmi.Nie zmarnuj tej potrzeby,póki ją masz.Tylko żywy człowiek moze
                dać drugiemu szczęście.
          • ollaboga77 Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 19:44
            Aniu możesz mi napisać ile Ty masz lat Drogie Dziecko?

        • bszalacha Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 20:19
          CZŁOWIEKU!!!jak od tego można nabrać ufności!Daj jej spokój ze swoimi lękami.
    • night_breeze Re: jeszcze o Bogu 23.10.06, 21:51
      Moze powiem tylko tyle:Czy to Bog sprawil ze twoj ojciec jest alkoholikiem?
      Nie dobrze jest gdy probujemy wlasnymi winami obarczyc Boga-dal nam prawa
      wedlug ktorych powinnismy zyc,lamiac je-przytrafiaja sie niestety przykrosci,
      ktore sa konsekwencjami nieprzestrzegania Bozych praw i zalecen.Ty nie musisz
      nasladowac kogos i popelniac te same bledy,masz szanse zyc inaczej,wg.wlasnego
      scenariusz.Twoje owczesne zycie jest wynikiem nieprzestrzegania przykazan przez
      Twojego ojca i to jego obwiniaj a nie Boga :)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka