amarak
15.05.03, 00:53
Pisze, bo nie wiem co robic, chcialabym miec jakis punt zaczepienia, a moze
uspokoic sie, ze wszystko w porzadku. Od kilku dobrych miesiecy czuje sie
bardzo zle. Nawet nie wiem jak to opisac. Zyje w ciaglym strachu, ze nie dam
rady dotrwac do konca dnia, ze za chwile wydarzy sie jakas katastrofa, ze
zmiazdzy mnie moje wlasne zycie. Kazdego dnia boje sie wstac z lozka, zebym
nie nawalila w jakiejs sytuacji- chocby nawet najprostszej. Boje sie dzwonic
do ludzi, boje sie momentu, w ktorym mam sie przedstawic i powiedziec po co
dzwonie. Panikuje kiedy mam cos zalatwic, pojsc do nowego miejsca.
Bezpiecznie czuje sie jedynie w obecnosci mamy lub narzeczonego. Kazde inne
towarzystwo napawa mnie strachem i szybko meczy, nudzi, przeraza, odstrecza.
Mam wrazenie, ze coraz bardziej oddalam sie od zycia. Nie pamietam kiedy
ostatni raz wyszlam gdzies ze znajomymi (ktorych tak naprawde wydaje mi sie,
ze juz nie mam), kiedy po prostu bylam miedzy ludzmi- bez strachu i
niepokoju, bez walacego jak mlot serca. Prawie codziennie spie po 10, 11
godzin a mimo to wstaje niewyspana, boli mnie glowa, czesto brzuch i miesnie,
jestem stale zmeczona, nie chce mi sie zrobic czegos do jedzenia, choc
umieram z glodu, nie chce mi scielic lozka, choc padam z nog. Najchetniej
siedzialabym w jednym miejscu, wegetowala po prostu. Zawsze uwazalam, ze
marna ze mnie optymistka, ale ostatnio moje mysli troche wykraczaja poza
standardowy pesymizm. Wyzej opisane uczucia towarzysza mi kazdego dnia,
natomiast falami uderzaja we mnie jeszcze inne stany. Czasem raz na dwa dni,
czasem pare razy dziennie. Czuje sie zupelnie otepiala, pusta w srodku,
jednoczesnie ciezka i nic nie wazaca. Z reguly nie potrafie sie wtedy w ogole
poruszyc, ogarnia mnie jakas niemoc. Wtedy wlasnie najczesciej pojawiaja sie
tez mysli samobojcze, choc jednoczesnie przeklinam siebie za nie, nie pragne
niczego innego jak „nie-bycia”. W tych momentach strach i przerazenie
swiatem, codziennoscia, najblizsza przyszloscia osiaga swoje apogeum. Po
prostu czuje sie sparalizowana, placze histerycznie i boje sie ruszyc palcem.
Te stany trwaja od parunastu minut do paru godzin, otepienie i apatia
pozostaja na dlugi czas. Powinnam uwazac sie za szczesliwa osobe: dwie
najwazniejsze osoby w moim zyciu kochaja mnie bezgranicznie. Ale ja nie czuje
sie bezpieczna, przeklinam siebie za to, ze moje mysli krzywdza ich, ze nie
potrafie im okazac wdziecznosci. Przeklinam siebie kiedy mysle o
samobojstwie. Jestem osoba wierzaca, kiedys pomagalo mi to przezwyciezyc
te „fale”, ale z czasem staly sie one silniejsze i nie potrafie im zaradzic.
Po prostu przychodza i sa, a po nich zostaje mi jeszcze wiekszy strach,
otepienie i przygnebienie. Wciaz meczy mnie strach, ze popelnie samobojstwo,
ze kiedys ta fala nie odejdzie. Wydaje mi sie, ze mecze kazdego czlowieka, z
ktorym mam stycznosc, ze ludzie uwazaja mnie za gorsza, za glupsza, czuje sie
slaba i do niczego. Zwykle umycie zebow to dla mnie wysilek rzedu wspinaczki
na Mont Blanc. Codzienne czynnosci mecza mnie, wciaz musze odpoczywac, nie
moge zlapac oddechu, nie moge przypomniec sobie wydarzen sprzed dwoch dni,
zapominam podstawowe slowa i zwroty. Zyje w swiecie zbudowanym z wydarzen z
przeszlosci, tylko tak nie wariuje na mysl o jutrze. Wymyslam sobie
zdarzenia, ktore nigdy nie mialy miejsca i usiluje wplesc je w swoje
wspomnienia, uczynic je elementem mnie. Podstawa mojego funkcjonowania sa
wspomnienia i te urojone marzenia. Coraz bardziej zamykam sie przed swiatem
zewnetrznym, nie potrafie rozmawiac z ludzmi. Nie potrafie nawet opisac tego,
co czuje, mam wrazenie ze wciaz pisze i mowie bzdury, wiec coraz bardziej
zamykam sie w sobie, kazda rozmowa z ludzmi to dla mnie dawka strachu, stres,
chec ucieczki. A pomiedzy tymi zlymi momentami, ktore sa prawie na stale
obecne w moim zyciu, pojawiaja sie chwile absolutnej euforii, podniecenia
rzeczywistoscia, prawdziwego szczescia, upicia sie swiatem, przeswiadczeniem,
ze moge gory przenosic. Tych jest jednak zdecydowanie mniej i trwaja krocej,
a upadek po nich bywa z reguly bardzo bardzo bolesny. Zyje w ciaglym strachu
przed kolejna fala przerazenia i otepienia i nie wiem kiedy bede mogla wyjsc
z tej karuzeli. Czy ot tak minie? Nie potrafie rozpoznac w sobie tej
cieszacej sie zyciem i otwartej na swiat osoby sprzed parunastu miesiecy.
Gdzie ona jest??? Kiedys mialam mnostwo zainteresowan, teraz nawet nie chce
mi sie czytac ksiazki ani ogladac telewizji, nie mowiac o rozrywkach
wymagajacych wiekszego zaangazowania umyslowego i psychicznego.
Z tego, co czytalam o roznych dolegliwosciach psychicznych wynikalo, ze takie
stany trwaja bardzo dlugo, ze nie ma tak jak u mnie: przygnebienie i spolka
uderzaja we mnie jak piorun, po czym mijaja. Stad moja watpliwosc, czy takie
hustawki to problem, z ktorym powinnam sie zwrocic do kogos (do kogo?), czy
raczej przeczekac, miec nadzieje, ze moje strachy sie nie spelnia, ze
wszystko minie?
Prosze, pomozcie, jestem akurat swiezo po silnym ataku histerii i nie wiem,
kiedy „to” powroci.