Dodaj do ulubionych

Hurghada(Aida)+Sharm(Palmyra)28.08-14.09 Alfastar

17.09.04, 13:30
Witam,
Chciałbym się podzielić wrażeniami z pobytu w Egipcie z biurem Alfa Star.
Napomknę też tutaj jak do tego akurat biura trafiłem i jakie były plusy i
minusy.
Zacznę może od początku. ;)))))
W tym roku, jako, że braliśmy ślub, wymyśliliśmy sobie, że warunkiem
koniecznym podróży poślubnej będą delfiny. Nie ważne gdzie, nie ważne jak –
mają być delfiny i koniec, bo jeszcze tych zwierzaków nie widzieliśmy na
oczy. Jeden ze znajomych polecił mi Portugalię, jak zapewniał – tam delfiny z
ręki jedzą, itp. itd. Jako, że nigdzie nie znalazłem jednak w necie
informacji o jakichkolwiek delfinach w Portugalii, zaczęliśmy się rozglądać
za innym krajem. W grę wchodziły Włochy i Hiszpania. Kraje arabskie – z racji
nieciekawej sytuacji politycznej, jak i obaw „samych w sobie” – w ogóle nie
były brane pod uwagę. Pochodziliśmy więc po biurach, popytaliśmy i z
przerażeniem spostrzegliśmy, że jedynym miejscem, które spełniłoby wszystkie
nasze wymagania byłby EGIPT!!! Tak, ni mniej, ni więcej, tylko Egipt.
Wybraliśmy sobie biuro – Ecco Holiday (nie wiem czemu, akurat to, nie
pytajcie – chyba dlatego, że mieli najładniejszy folder) i zaczęliśmy żmudne
wyłuszczanie naszego punktu widzenia i oczekiwań wobec takiej wycieczki. A
oczekiwania były prozaiczne: wylot 23.08.2004, Tydzień w Hurghadzie, tydzień
w Sharmie, gdzie chcielibyśmy mieć zagwarantowane pływanie z delfinami.
Bardzo było nam przykro, jak okazało się, że Pan w biurze i owszem, sprzeda
nam tygodniowe wycieczki w HRG i SHA (hotele Palma de Mirette HB w HRG i
Palmyra Resort AI w SHA - w sumie ok. 6000 PLN/2 os.), ale od razu zaznaczył,
że bez delfinów i że nie ma szans przeprawienia się z Hurghady do Sharmy.
Mniej więcej właśnie wtedy odkryłem forum „Wyborczej”. No i zapytałem, jak to
jest z tą przeprawą (mój wątek gdzieś tam leży w czeluściach forum). Z
wielką radością przyjąłem odpowiedzi, że problem nie istnieje. W tamtym wątku
pojawił się też tajemniczy wpis o treści mniej więcej takiej „my takie
wycieczki organizujemy bez problemu”... i prośba o kontakt.
Nie czekając zbyt długo napisałem, znowu informując co bym chciał. Osobą, z
którą się wtedy kontaktowałem, był sam (baczność) szef biura Alfa Star
(spocznij), a odpowiedź przyszła nadzwyczaj szybko (i to telefonicznie). Otóż
zaproponowano mi tydzień w Hurghadzie (Aida Verdi AI), tydzień w Sharmie
(Palmyra Resort AI), delfinarium, przeprawę. Cena za całość: 4800 zł/2 os.
Byłem w takim szoku, że ciężko było mi się podnieść. Wypytałem więc o takie
rzeczy jak ubezpieczenie, przelot, opłaty lotniskowe... Okazało się, że
wszystko było w cenie. Jedynym minusem było to, że wylot miał być z Warszawy,
ale powrót już do Poznania (jestem z Poznania). Jednak stwierdziłem, że
przejażdżka do Wawy dobrze i mi zrobi i nawet tego jako minusa nie liczyłem.
Więc oczywiście się zgodziłem.
Papiery musiałem podpisać do końca kwietnia – to był jeden z wymogów
wycieczki (takie tam różne sprawy organizacyjno-finansowe) ;) i udało się to
nam prawie bez problemu. Jedynym problemem było to, że na podstawie jednej
umowy dostałem 3 rezerwacje!!! Przez prawie cały dzień tłumaczyłem, że nie
interesuje mnie wylot 23.08 do Hurghady, tydzień w hotelu w Hurghadzie i
powrót 11.09 (po dwóch tygodniach) z Sharmu ;))). A i takie „kwiatki” były...
Na szczęście jedna z rezeracji była poprawna (ostatnią lepiej przemilczeć).
Trochę się wtedy podłamałem, ale stwierdziłem, że nie będę robił scen – w
końcu jesteśmy tylko ludźmi i takie rzeczy się mogą zdarzyć. Acha, dodam, że
osobą, z którą się kontaktowałem odnośnie szczegółów był Pan Łukasz Skowron.

Poczytałem sobie forum na temat rzeczonych hoteli i okazało się, że w skład
Aidy Verdi wchodzą 2 hotele: dobry i bardzo dobry. W połowie maja zadzwoniłem
do Pana Łukasza po raz kolejny z mała sugestią, że wolałbym ten lepszy (z
balkonem , większy pokój itp.). Różnica cenowa okazała się dosłownie
śmieszna – 200 PLN. Bez wahania zdecydowałem się na to rozwiązanie (w końcu
to podróż poślubna) i szczęśliwy znowu czekałem na wylot.

Mniej więcej w czerwcu zdarzył się głośny problem turystów z Alfą. Był to
sławetny konflikt z Air Polonią i wycofaniem się przez linie lotnicze z
części czarterów. Poczekałem, aż ciśnienie opadało i po raz kolejny
zatelefonowałem sobie do Pana Łukasza. Ten potwierdził, ze są problemy, ale
że do końca czerwca sprawa się wyjaśni i prosił o kontakt wtedy. OK.,
czekałem. Kolejny raz zadzwoniłem na początku lipca. Okazało się, że sprawa
nie jest taka prosta. Air Polonia nie dorzuciła samolotów, LOT się nie kwapił
także – no i nadal nie wiadomo było ani czym i kiedy polecę, ani jak wrócę.
Przewijały się linie Memphis, ale (mimo, ze miały dobre opinie) jakoś wolałem
nasze rodzime, poczciwe samoloty. W połowie lipca (miesiąc przed wylotem!!!)
sprawa zaczynała mnie niepokoić – co prawda wylot z Wawy 23.08. w sobotę był
jak najbardziej możliwy, ale powrót już nie. Pasował tylko powrót do Wawy w
sobotę 11.09 (nie uśmiechało mi się to) albo w środę 14.09. do Poznania (to z
kolei było przedłużenie urlopu o 2 dni robocze – ryzyko jak cholera). W końcu
jednak zdecydowałem się wybrać rozwiązanie 2-gie. Zawsze to parę dni dłużej
odpoczynku od naszej socjalistycznej ojczyzny, co mogło mieć tylko dodatni
wpływ na samopoczucie ;). Pozostała kwestia ceny. Biuro chciało 5700 za dwie
osoby w sumie, ja oferowałem 5500. To jest mniej więcej o tyle mniej, ile
musieliby mi oddać, gdybym zdecydował się na powrót do Warszawy. Tutaj jednak
nieoczekiwanie zaczęły się schody. Pan Łukasz, mimo, że bardzo chciał, nie
potrafił mi przez 2 tygodnie (dzwoniłem codziennie!) podać jakiejś konkretnej
decyzji. W końcu zdecydowałem się na mail do samego szefa (w końcu on mnie w
to wciągnął) ;). Sprawa została załatwiona w dosłownie 24 h. Moja oferta
została zaakceptowana!!! Kiedy myślałem, że to już koniec przygód – znowu
zaczęły się schody z potwierdzeniami (zmienionych już) rezerwacji.
Przyzwyczajony dałem tydzień Alfie na przesyłanie codziennie faksu. W końcu w
pewnym momencie dotarła do mnie rezerwacja, która miała już prawie wszystko
dopięte – brakowało tylko i wyłącznie małego szczegółu – ubezpieczenia. Na
szczęście po mojej interwencji i to zostało poprawione – co prawda
ręcznie ;), ale już dla świętego spokoju się na to zgodziłem. Jak zresztą
pisałem – nie lubię się kłócić (chyba że muszę) i jestem raczej ugodową osobą.

Po tych wszystkich sprawach formalnych zostało nam tylko czekać ostatnie dwa
tygodnie na wylot (tydzień przed wylotem braliśmy ślub, ale to szczegół ;] ).
No i mieć nadzieję, że nie zmienią nam hoteli ani jeszcze przed wylotem, ani
po przylocie na miejsce...
Obserwuj wątek
    • kacpere Część 2: TRANSFER WARSZAWA-HURGHADA i 1 dzień 17.09.04, 13:31
      Był to nasz pierwszy lot samolotem w życiu, więc na lotnisku zamiast o
      wymaganej 7:00 byliśmy już ok. 6:30. Okazało się to całkiem niepotrzebne.
      Rozdawanie voucherów i biletów lotniczych przebiegło bardzo sprawnie. To samo z
      oddaniem bagażu i całą odprawą. Samolot, Boeing 737-300 linii AirPolonia zrobił
      na nas piorunujące wrażenie. Cała załoga była polska. Start odbył się w taki
      sposób, że nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się na 10.000 metrów. Dalej już
      zapomniałem o wszystkim, tylko gapiłem się w okno i podziwialiśmy Polskę z
      góry – niestety bardzo mocno zachmurzoną akurat tego dnia. Na pokładzie podano
      kanapki, zimne napoje, oraz kawę i herbatę. Skromnie, ale wystarczająco
      (przynajmniej dla nas – ściśnięty żołądek). Po ok. 3 godzinach lotu zobaczyłem
      po raz pierwszy w życiu Afrykę, której żółty piach bardzo mocno kontrastował z
      błękitem Morza Śródziemnego. Piramid nie widzieliśmy, bo były po prawej stronie
      samolotu, a my siedzieliśmy po lewej. Lądowanie w Hurghadzie było rónie
      delikatne, co start – wielkie brawa dla pilota. Na lotnisku w Hurghadzie czekał
      już człowiek z Alfastar, który tłumaczył co trzeba zrobić, aby szybko przejść
      odprawę celną. Kilkakrotnie powtarzał, że wiza kosztuje dokładnie 15$ i ani
      grosza więcej. Ukłon w stronę biura, że nie wyciąga dodatkowo pieniędzy od
      klientów, jak to niektóre czynią. A więc kupiliśmy znaczki, nakleiliśmy,
      wypełniliśmy wniosek wizowy, uśmiechnięty Pan wbił pieczątkę do paszportu i już
      byliśmy po drugiej „granicy”. Dalej również poszło bardzo sprawnie – chyba z 10
      osób w koszulkach Alfastar pokazywało gdzie trzeba się udać do autobusów i do
      którego z nich wejść, aby dojechać do wybranego przez siebie hotelu. Przywitała
      nas rezydentka Magda i jechała z nami do pierwszego z hoteli – Sindbad (jeśli
      dobrze pamiętam). Dalej zatrzymaliśmy się gdzieś jeszcze i następny był już
      Aida Verdi. O samym hotelu napiszę w Egipt-Hotele. Generalnie hotel już na
      pierwszy rzut oka sprawia wspaniałe wrażenie – basen, palmy, zielono, czysto.
      Poszliśmy do recepcji i tutaj nieprzyjemna niespodzianka – okazało się, że na
      voucherze mamy Aida Standard, a nie Aida Verdi Superior, który był droższy
      (czemu ja tego nie sprawdziłem na lotnisku???). Ale spokojnie, miałem umowę
      przy sobie, jak i potwierdzenie rezerwacji, pokazałem to Egipcjaninowi z
      Alfastar, który nas lokował w hotelu i sprawa została załatwiona od ręki, bez
      najmniejszego szemrania. Dostaliśmy pokój na parterze, co nam niezbyt
      odpowiadało. Poczekaliśmy więc na rezydenta, który przyszedł o 18.00 - był to
      Pan Łabędowicz. Bardzo w porządku gość, załatwił od ręki 1 piętro i mogliśmy
      się rozpakowywać. Potem była pierwsza kolacja w Egipcie, pierwsza kąpiel w
      basenie, pierwszy drink przy basenie i pierwsza noc.
      • kacpere Część 3: KILKA SŁÓW O HURGHADZIE 17.09.04, 13:31
        O Hurghadzie na forum powiedziano już wszystko. Ja tylko dorzucę swoje 3
        grosze. Miasteczko jest przecudne. Podczas wycieczki objazdowej za jedyne 5$ (z
        Alfastar) pokzazno nam najważniejsze miejsca w Hurghadzie, kilka ciekawostek
        itp. Wycieczkę prowadziła Pani Magda. Było naprawdę sympatycznie, wesoło, ale i
        ciekawie. Widzieliśmy:
        - Akwarium – wstęp za 2 osoby z aparatem 12 LE. Warto. Można zobaczyć z
        bliska czego się spodziewać na rafach.
        - Meczet – zamknięty dla turystów, ale można zrobić sobie przy nim fotki.
        Akurat jak podjechaliśmy zaczął nawoływać muezin, więc był to dla nas dodatkowy
        smaczek. Nasi kochani rodacy oczywiście nie zawiedli i pokazali pełnię kultury
        i poszanowania dla zwyczajów religijnych muzułmanów. W meczecie modlą się
        ludzie, a obok się słyszy, jak ktoś ryczy na cały głos „ku..a, jak nie
        przestaną drzeć tych mord, to im wp...dole!”... Smutne, ale prawdziwe.
        - Kościół Koptyjski – czyli miejsce modlitw miejscowych chrześcijan.
        Bardzo specyficzny w środku. Oczywiście „nasi” nie omieszkali się wejść tam
        (nie zważajac na modlących się tam ludzi) z puszkami Coli i pozwalali sobie na
        teksty typu „k...wa, ale nudno”... Bez komentarza...
        - Muzeum papirusów, czyli stały punkt wycieczek J Takie „dawanie zarobić”
        miejscowym. Trzeba przyznać, że Pani Magda okazała się bardzo fair, bo mimo, że
        zachęcała do zakupu tych papirusów, to powiedziała, że jak ktoś ma liczną
        rodzinę, to niech kupi lepiej na mieście tańsze papirusy z bananowca.
        Poza wycieczką byliśmy oczywiście też „indywidualnie” w McDonaldzie (ale tylko
        jako charakterystyczny punkt spotkań), w China Town (wspaniała shisha
        truskawkowa!), w jakiejś kawiarence (świetna herbata miętowa)... Ech... To se
        ne wrati L Co do cen, to oczywiście o wszystko trzeba się targować, ale było
        wesoło co nie miara i często dawałem bakszysz znacznie za wysoki jak na to co
        się normalnie daje. Ale niech tam – ja się dobrze bawiłem, niech i oni coś
        mają! Acha – bus do Sekali to ok. 2-3 LE za osobę. Grosze, ale litr benzyny w
        Egipcie do 60 gr...
        • kacpere Część 4: WYCIECZKI: Kair 1d i Luxor 1d z Alibabą 17.09.04, 13:32
          Na wycieczki mieliśmy jechać z Alfastar, ale w związku z tym, że się
          zgapiliśmy, pojechaliśmy z Hannym Alibabą. Koszt: Kair 30$/os, Luxor: 25$/os.
          Ogólnie oceniam je bardzo dobrze – bardzo fajni przewodnicy, sympatyczni,
          opowiadali ciekawie, dowcipnie. Naprawdę, nie czuło się, że człowiek nie śpi od
          2.00 w nocy i ma za sobą cały dzień na nogach. Za kazdym razem podawano obiad –
          szwedzki stół – bardzo pyszny zresztą. Jedyne nieprzyjemne zdarzenie miało
          miejsce na samym poczatku. Otóż do Kairu mieli jechać z nami nasi znajomi z
          hotelu Sea Garden. Egipski pilot całej wycieczki natomiast zanotował sobie Sea
          Gull.

          KAIR:
          Wyjazd o 3:00 spod hotelu, potem konwój, 8,5 godz. Jazdy wzdłuż brzegu Morza
          Czerwonego przez pustynię do Kairu. Na miejscu wsiada mówiący po polsku
          Egipcjanin. Wspaniały gość. Wiedział kiedy rozśmieszyć, kiedy wprowadzić
          nastrój, opowiadał bardzo ciekawie. Naprawdę – gwiazda wycieczki. A co
          widzieliśmy w Kairze:
          - najpierw Muzeum Kairskie (oczywiście w dużym pośpiechu), ze złotą maską
          Tutenkhamona na czele. Jako jedyni z całej wycieczki (chyba z 50 osób)
          wykupiliśmy bilet do zamkniętej części z mumiami faraonów (Ramzes II
          rządzi!!!). Koszt: 40 LE od osoby. Nie rozumiem, jak można lecieć parę tysięcy
          kilometrów, potem jechać całą noc i nie zobaczyć najsłynniejszych mumii?! Na
          szczęście to nie mój problem. Acha – w muzeum jest zakaz robienia zdjęć i
          wnoszenia aparatów fotograficznych.
          - Przejazd przez miasto, koło budynków państwowych, meczetów, dzielnic
          bogatych i biednych. To trzeba zobaczyć!
          - Piramidy i Sphinx... No chyba komentować nie trzeba. Uśmiech Sphinxa
          jest dla mnie po prostu zapierający dech w piersiach. Acha, zdecydowaliśmy się
          wejść do Piramidy Mykerynosa (10 LE od osoby). Chciałbym tutaj zdementować
          nieco to, co się naczytałem, że w piramidzie śmierdzi nie do wytrzymania, że
          jest gorąco jak w piecu i że jest tak duszno, że nie idzie wytrzymać. Powiem
          tak: jest gorąco – człowiek robi się od razu mokry, ale spokojnie da się
          wytrzymać. To, że śmierdzi jesteśmy chyba w stanie ocenić dopiero jak
          wyjdziemy. A czym śmierdzi, to wiadomo – nami samymi J. Namawiam do wejścia,
          chociaż kawałek, jak ktoś nie lubi. Oczywiście ludzie z chorobami serca i
          podobnymi niech sobie odpuszczą. Jak wyjeżdżaliśmy od piramid udało mi się
          zrobić zdjęcie, które jest dosłownie pocztówkowe i jest niebywałą ozdobą. Otóż
          mam na nim piramidy, a za piramidą Cheopsa właśnie zachodzi słońce i cała
          piramida jest w czerwonej poświacie. Szok!
          - Sklep z perfumami i instytut papirusów – czyli możliwość zostawienia
          kilku funtów tubylcom.
          Z Kairu nie wraca się w konwoju.

          LUXOR:
          Trochę przegięliśmy. Wróciliśmy z Kairu o 2:00, a już o 5:00 podjechał po nas
          autobus do Luxoru. Ale mus to mus. Ten sam autobus co poprzednio, ten sam
          kierowca, który poznał mnie (po charakterystycznym kapeluszu w amerykańskim
          stylu) i za każdym razem zaczepaił i nie mógł wyjść z podziwu, że ktokolwiek
          może być tak szalony, żeby jednego dnia jechać do Kairu, a drugiego do Luxoru.
          Ale daliśmy radę! Jedzie się ok. 3,5 h. Po drodze w pewnym momencie wjeżdża się
          z pustyni do innego świata. Pojawia się kanał Nilu i robi się zielono, jak w
          oazie. Palmy, krzaki, pola, tłumy ludzi, kolorowo. Super! Na miejscu
          oprowadzała nas przewodniczka Joanna – bardzo sympatyczna. Opowiadała z takim
          przejęciem, że nie miało się wrażenia, że przychodzi tam po raz setny i klepie
          to samo. Naprawdę, nic nie mogę jej zarzucić. Co widzieliśmy:
          - świątynia w Karnaku. Pylony, wnętrze świątyni, skarabeusz, słynna aleja
          ze sphinxami o baranich głowach... Jak patrzę na zdjęcia nadal nie wierzę, że
          tam byłem... Acha – bardzo gorąco – tutaj pierwsi ludzie mdleli od upału.
          Polecam wynalazek PC_maniac’a – czyli wodę w spryskiwaczu. Sprawdza się i
          przydaje!
          - przepłynęliśmy sobie łódkami Nil!
          - kolosy Memnona – na ich widok aż dostałem gęsiej skórki. Tyle razy się
          je oglądało w przewodnikach, a jednak – robią wrażenie!
          - Ramesseum tylko z autobusu
          - Dolina Królów – Upał niemiłosierny kolejni ludzie tutaj miękną. Jednak
          wejście do grobowców, całych wysmarowanych hieroglifami powala. Naprawdę! Tego
          nie da się opisać. Mały minus, że nie było czasu na wejście do grobowca
          Tutenkhamona (koszt: 40 LE od osoby), ale to chyba dla dobra ogółu. Po prostu
          tutaj upał ludzi wykańczał. My jednak mieliśmy spryskiwacz z wodą (by
          PC_maniac) i dzięki temu trzymaliśmy się całkiem dobrze J.
          - Dom Cartera widzieliśmy z autobusu
          - Świątynia Hatshepsut. To jeden z moich ulubionych zabytków Egiptu.
          Nawet mi się nie śniło, że będę go kiedykolwiek widział na własne oczy!!!
          Polecam! Kosztowało nas to 7$, ale warto. Taka oaza spokoju (nie jest mocno
          zawalona przez turystów), a znajomi, którzy z nami byli, stwierdzili wręcz, że
          to miejsce zrobiło na nich największe wrażenie. Acha – tutaj nie jest tak
          gorąco, spokojnie da się wytrzymać.
          - Do wyboru zamiast Hastshepsut była Wyspa Bananowa. Być może, że jest to
          dobre miejsce dla ludzi, którzy wymiękli po Dolinie Królów. Ale za cholerę
          (przepraszam za wyrażenie) nie mogę pojąć – jak zdrowy człowiek może przyjechać
          do Egiptu i zamiast oglądać jedną z najciekawszych świątyni jedzie oglądać
          banany??? Przecież to w każdym supermarkecie można zobaczyć!!! Niebywałe...
          - Świątynia Luxorska tylko z autobusu. Niestety – było już późno.
          - Oczywiście instytut papirusu i zakład obróbki kamieni – alabastrów
          itp. – kolejne kilka funtów dla miejscowych.

          Odnośnie wycieczek, takie przemyślenie – szkoda, że cały czas jest się
          odgrodzonym szybą autobusu od ludzi po drodze. Wyglądają na bardzo ciekawych
          nas, a my (bynajmniej ja) chętnie bym zobaczył to wszystko z bliska. No cóż,
          może innym razem.
          Powrót z Luxoru do Hurghady również w konwoju.
          • kacpere Część 5: PRZEPRAWA HURGHADA & & #35; 8211; SHARM EL SHEIK 17.09.04, 13:33
            To był to! W piątek wysyłamy SMSa do rezydentki Magdy (pozdrowienia przy
            okazji!) z pytaniem co z naszym sobotnim promem do Sharmu i kto (i kiedy) nam
            kiedy da bilety. Okazało się, że centrala Alfastar w Radomiu NIE PRZEKAZAŁA
            żadnej informacji odnośnie naszego transferu do rezydentów! Na szczęście Pani
            Basia (jeszcze raz pozdrowienia i podziękowania!) załatwiła sprawę w iście
            expressowym tempie i w sobotę o 7.00 czekał na nas bus z Egipskim kierowcą i
            Egipskim rezydentem (tak na nazwijmy). Port w Hurghadzie wyglada jak istnie
            wyjęty z filmów o bliskim wschodzie. Tłumy ludzi, wszystcy za kilka funtów chcą
            Ci ponieść walizkę. Jednocześnie nikt nic nie wie. Biegniemy w kierunku statku,
            który stoi najbliżej i pytamy: „Sharm El Sheikh?” a wszyscy kręcą głowami, że
            tak. Przed samym statkiem jednak jakiś gościu delikatnie nam tłumaczy, że ten
            prom płynie do Arabii Saudyjskiej, a do Sharmu stoi przycumowany obok. Prom
            typowy – kilka rzędów krzeseł. Prawie sami Egipcjaniu, dosłownie kilku
            Europejczyków. My usiedliśmy koło pani, która okazała się Ukrainką. Bardzo
            dobrze mówiła po polsku, bo pracowała kiedyś w Polsce. Płynie się ok. 2 godzin.
            Podczas rejsu puszczali jakieś filmy na ekranie, między innymi Jasia Fasolę,
            Człowiek bez twarzy. W pewnym momencie przerwali wszystko i nadali jakieś
            przemówienie Muktady as-Sadra. O Boże! Nie wiedzieliśmy co zrobić z oczami i
            gdzie się podziać. Na szczęście spłynęło to po nich, jak zeszłoroczny śnieg – w
            ogóle nie zareagowali! Uf... Podczas rejsu ponad połowę czasu stałem przy
            wielkiej szybie z tyłu i filmowałem – miałem nadzieję, że gdzieś zobaczę
            jakiegoś delfina. Niestety - nie było nic L. Wypytałem też sklepikarza, czy
            kiedykolwiek widział tutaj delfiny. Kiedy odpowiedział, ze wiele razy, dostałem
            takiego power’u, że myślałem, że mnie rozsadzi. Acha – prom strasznie buja.
            Prawie wszyscy (łącznie z moją żoną i częścią załogi) rzygali jak koty. A ja
            nie!!! J
            Półwysep Synaj z łódki wygląda tyle pięknie, co nieprzyjaźnie. Wysokie,
            skaliste góry, surowy wygląd. Równie gorąco jak w Hurghadzie, ale chyba
            powietrze mniej przyjazne.
            Co dziwne – w Sharmie NIKT nie przejął się naszymi bagażami. Nie było nikogo,
            kto za bakszysz pomógłby wnieść cokolwiek. Już to na zaszokowało. A kiedy
            zobaczyliśmy pustą ulicę koło portu zatkało nas. Koło portu czekał na nas bus z
            Egipcjaninem w koszulce Alfastar. Taki wesoły jegomość. Władowaliśmy się na
            pakę i pojechaliśmy do hotelu. Pierwsze wrażenie Sharmu nas przeraziło. Toż to
            Europa! Ale niech tam, zobaczymy sobie ją dokładniej kiedy indziej. Za to
            zapytałem Egipcjanina, czy Palmyra Resort ma dostęp do morza. Na co ten zrobił
            taaakie oczy i powiedział: „Palmyra? Chyba El Diwan?”...!!! Wyśmialiśmy
            biedaka – ten natomiast gdzieś zadzwonił i okazało się, że rzeczywiście mamy
            Palmyrę. Kiedy zobaczyliśmy recepcję hotelu, zamarliśmy. High Lifa normalnie.
            Jak czekaliśmy na rezydentkę, to żona się prawie popłakała za Hurghadą.
            Naprawdę!
            Ale mniejsza o to. Naszą rezydentką okazała się Pani Lucyna. Bardzo konkretna
            osoba dodam. Wszystko załatwiała od ręki, toczyła spory z recepcjonistami nawet
            jak nam już było wszystko jedno. Można śmiało powiedzieć, że jest to mocny
            punkt Alfastar i że współpraca z nią była naprawdę świetna. Pozdrawiamy, Pani
            Lucyno!
            W pierwszym dniu spadła na nas jeszcze jedna bardzo zła wiadomość. Otóż kiedy
            pokazaliśmy Pani Lucynie voucher z wypisanym pływaniem z delfinami – zrobiła
            wielkie oczy i pogratulowała wyobraźni Panu Łukaszowi Skowronowi, który ten
            voucher wypisał. Nie było szans zapisać nas na pływanie w najbliższych 10
            dniach, a dokładnie tyle mieliśmy być w Sharmie. Okazało się, że w XXI wieku
            Pan Łukasz nie znalazł sposobu na powiadomienie ANI RAZU rezydentki, że trzeba
            coś takiego zaklepać. Szok! Podpowiem więc Panu Łukaszowi na przyszłość, że
            istnieje internet, istnieją telefony, a od ponad 10 lat w Polsce ludzie mają
            też i telefony mobilne, zwane komórkowymi! Nawet Pani Lucyna ma jeden taki i go
            używa! Naprawdę!
            Od razu powiem, że cel mojej podróży, czyli delfiny, został jednak osiągnięty i
            zdjęcie mojej żony, delfina i mnie, zdobi teraz pulpit mojego komputera. Ech,
            popłaczę się.... Kap! Kap! Kap!
            • kacpere Część 6: KILKA SŁÓW O SHARMIE 17.09.04, 13:33
              Tak jak i o Hurghadzie, o Sharmie napisano na forum tyle, że nie ma sensu
              powtarzać. Ja może napiszę tylko kilka swoich wrażeń. Mimo, że Hurghada
              wydawała się większym bałaganem, to jednak była taka inna. Chaos, jaki tam
              panował, wydawał się być jednak jednocześnie taki swojski, klimatyczny. Naszym
              zdaniem, w Sharmie tego nie ma. Naama Bay - jest to kurort w zasadzie o
              wyglądzie Europejskim, z dyskotekami i wielkim CCCP górującym nad placem obok
              Azara Gardenia... To nie jest to, czego szukałem w Egipcie. Nawet targowanie
              się tutaj jest jakieś takie inne, smętne, wręcz nieprzyjemne. Aczkolwiek, nie
              przeczę, będzie to wymarzone miejsce dla ludzi, którzy lubią kurorty w naszym
              stylu. Miejscem, o którym myślałem, że będzie bardziej zbliżone do Hurghady
              było Old Sharm, Old Market. Jechałem tam z nadziejami, a wróciłem zawiedziony.
              No cóż, są gusta i guściki. Generalnie jednak zgadzam się z opinią rezydentki,
              że Sharm jest budowane pod „wysokie obcasy”. Jest jednak jedna rzecz, która
              powoduje, że i tak tutaj wrócę. Są to rafy. Widziałem tylko jedną, w Blue Hole,
              ale z wrażenia otworzyłem gębę pod wodą i bym się utopił. To było coś tak
              niesamowitego, że MUSZĘ wrócić tutaj w przyszłym roku i wybrać się na Ras
              Mohamed i na Tiran. Po prostu MUSZĘ!!!
              • kacpere Część 7: WYCIECZKI W SHARM: Góra Mojżesza i Safari 17.09.04, 13:34
                Obie wycieczki kupiłem w Alfastar i nie żałuję. Szczególnie Wielkie Safari,
                które polecała rezydentka – okazało się strzałem w dziesiątkę. Ceny niezbyt
                wygórowane: Góra Mojżesza + Klasztor – 40$/osobę, a Wielkie Safari – 55$/osobę.

                GÓRA MOJŻESZA I KLASZTOR ŚW. KATARZYNY:
                Wyjeżdża się ok. 23:00, jedzie się ok. 3 godzin. Następnie nocna wędrówka z
                samymi latarkami na górę, tzw. Drogą wielbłądzią. Przewodnik w porządku, ale w
                pewnym momencie przegiął trochę – chociaż intencje miał dobre! Ale po kolei.
                Pomijając fakt, że przed samą wycieczką żona nie wyłączyła klimatyzacji, przez
                co na górę wspinałem się z ponad 40-stopniową gorączką, droga przebiegała
                sprawnie. Nie jest to spacerek, naprawdę można się porządnie zmęczyć, ale idzie
                się całkiem, całkiem. Po drodze co chwila stoją lub idą beduini, którzy próbują
                namówić nas na skorzystanie z właśnie jego wielbłąda. Samych wielbłądów nie
                należy się bać, są naprawdę opanowane i nawet jak wyją nie zrobią krzywdy. Cena
                za przewóz na samym dole to ok. 60 LE, im wyżej tym bardziej można negocjować.
                Ja jednak polecam pieszą wędrówkę. W sam raz na pokutę po kilku latach nie
                chodzenia do kościoła J. Po drodze mija się kilka przystanków – sklepików. Cen
                nie znam, piłem tylko wodę zabraną z hotelu. A poci się człowiek
                niemiłosiernie! W pewnym momencie dochodzi się do schodów. Oczywiście są one
                tylko z nazwy schodami. Jest ich ponoć 750, nie wiem, pomyliłem się już po 30 i
                dalej nie liczyłem. Wchodzi się nimi dość ciężko, ale można robić częste
                przystanki. Tutaj również przed samym szczytem jest sklepik, sprzedają nawet
                koce! Bardzo dobre pociągnięcie – temperatura tuż przed wschodem słońca spada
                tak mocno, że prawie nie można wytrzymać – a miałem ubrana bluzę od dresu! Za
                to wschód słońca widziany z 2285 metrów jest niesamowity. Nie można tego
                opisać – trzeba zobaczyć i już! Acha, wschód 11.09.2004 był około 6:20. My
                wyszliśmy pod górę ok. 3:00, a ok. 5:00 byliśmy na górze. Jak widać nie ma co
                się spieszyć, bo siedzenie na szczycie w zimnie do miłych nie należy.
                Zejść z góry można dwoma drogami – schodami (podobno 3000) jak i tą samą drogą,
                którą się weszło. My wybraliśmy to drugie rozwiązanie i było super. Surowe
                góry, krajobrazy wręcz kosmiczne. Z góry wraca się do klasztoru. Tutaj oczekuje
                się na przewodnika i grupa się zbiera. I tutaj był minimalny zgrzyt. Przewodnik
                chciał dobrze – chciał nam opowiedzieć jak najwięcej o klasztorze, o tym, co
                jest w środku, co przedstawiają ikony itp. Jednak ludzie po przejściu ponad 15
                km w górach, jak i po nieprzespanej nocy naprawdę nie są chętni do słuchania.
                Jednak był to minimalny problem i z perspektywy czasu się o tym zapomina.
                Wracając do tematu – w klasztorze widziałem to co chciałem, zobaczyłem też
                gorejący krzew, a o to chodzi. Acha – do klasztoru nie wchodzi się w krótkich
                spodenkach, jak i kobiety nie mogą mieć odsłoniętych ramion. Dla nie
                spełniających wymogów rozdaje się takie szare ubrania. Generalnie wycieczka
                udana. No, może poza kamerą, która działała na dole, jednak kiedy chcieliśmy
                sfilmować wschód słońca – odmówiła współpracy. Kiedy jednak zeszliśmy z
                powrotem na dół – znowu działała. Może to znak, że powinniśmy tutaj wrócić? Nie
                mam nic przeciwko J. Po wycieczce, w hotelu ląduje się ok. 15:00.

                WIELKIE SAFARI.
                Zaczyna się o 7:00 – podjeżdżają samochody marki Toyota Land Cruiser (!!!), do
                których pakuje się po 6-8 osób. Stamtąd wszystkie jeepy jadą do punktu
                zbiorczego. Kiedy grupa się zbierze, następuje przejazd do Blue Hole. Jest to
                rafa, gdzie zaraz przy brzegu jest głębia na 100 m (podobno). Niestety – byłem
                jeszcze po chorobie i odpuściłem sobie odważne pływanie, ale trochę jednak
                widziałem. SZOK!!! Czegoś takiego w życiu nie widziałem. Sam kształt rafy jest
                czymś wspaniałym, nie mówiąc już o mnóstwie ryb, rybek i rybeczek. Coś
                świetnego! Z Blue Hole idziemy ok. 500-1000 metrów do punktu, gdzie czekają
                wielbłądy. Na nich jedziemy ok. 1,5 godz. do beduinów, nad samym brzegiem
                Zatoki Akaba. W pewnym momencie wszyscy muszą zejść z wielbłądów, przeprowadzić
                je za uzdę kilkaset metrów i znowu wsiąść. Nie zapomnę tego do końca życia –
                prowadzisz za uzdę 2-metrowego stwora, który cały czas patrzy z góry,
                cierpliwie przechodzi przez wszystkie zawijasy trasy i w końcu człowiek
                przestaje się go bać. Potem znowu się wsiada na wielbłąda i jedzie dalej. Około
                19 km. na prawo cały czas rozciąga się brzeg Arabii Saudyjskiej. Kolor wody
                przy brzegu jest turkusowy. A co wam zresztą będę mówił – pojedziecie,
                zobaczycie. W oazie jest następna plaża, gdzie jest piaszczyste wejście, bardzo
                mocno spadziste, a po bokach mamy rafy. Super!
                U beduinów jemy obiad – bardzo pyszny, ale nie jedzcie sałatek, bo zemsta 100%.
                Po obiedzie przyjeżdżają jeepy i wsiadamy w nie udając się na gwóźdź programu –
                SAFARI. Samochody pędzą po pustyni, jednak wyraźnie wytyczoną i lekko
                utwardzoną trasą. To jednak nie przeszkadza poczuć jak trzęsie, skacze i nie
                wiem co jeszcze tam wyczynie samochód. Rewelacja! Tak dojeżdżamy do oazy, gdzie
                wita nas Szejk Barak, który podobno ma 200 czy ileśtam wielbłądów. Tutaj też
                spotkała mnie śmieszna przygoda, bowiem przewodnicy wzięli mnie za Araba i nie
                chcieli wpuścić do oazy J. Fakt, że miałem na głowie arafatkę i podobno mam
                rysy nieco południowe, no ale żeby mówić do mnie po arabsku?
                Z oazy jedzie się do miejscowości Dahab, gdzie jest około godziny czasu
                wolnego – warto przejść się klimatyczną promenadą! A z Dahab wracamy do Sharm
                El Sheikh.
                W Dahab miałem jedno zdarzenie, które też było swoistą ciekawostką. Kiedy
                szedłem przez jedną z ulic (cały czas w arafatce) zbiegło się chyba z 10
                dzieciaków i krzyczeli do mnie „Hallo Arafat! People of Dahab ar with you!”.
                Nie wiedziałem co zrobić, żeby nie wywołać jakiejś rewolucji, więc tylko się
                uśmiechnąłem i pomachałem im.
                Kilka słów o kierowcy jeepa, bo facet był niesamowity. W zasadzie można
                powiedzieć, że to dzięki niemu aż tak nam się na tym safari podobało. Dowcipny,
                inteligentny, trochę popisów samochodem robił, ale było widać że wszystko ma
                cały czas pod kontrolą. Normalnie żal było wychodzić z jeepa. Przegadałem z nim
                całą trasę z Dahab do Sharm – dzięki temu dowiedziałem się setek rzeczy o
                Egipcie, o ich stosunku do świata, do innych nacji (w tym do Izraela i Ameryki –
                co dziwne – gość powiedział, że Egipt neutralnie traktuje Izrael, ponieważ
                wszystko jest już dawno „finish”). Gadaliśmy o zabytkach Egiptu, o Piramidach
                (gościu mieszka w Gizie), o jakości dróg w Egipcie i w Polsce. Cały czas uczył
                nas słówek arabskich (cały czas jednak podkreślał, że on nie jest Arabem, tylko
                EGIPCJANINEM!!!), puszczał nam piosenki arabskie z nieśmiertelnym „habibi” w
                roli głównej. Na koniec chciał ode mnie kupić okulary przeciwsłoneczne. Kiedy
                dowiedział się, że w Polsce takie kosztują ok. 10$ to chciał mi za nie dać
                nawet 30$, ale nie chciałem się zgodzić. Za to powiedziałem mu, że mogę mu je
                sprezentować. Facet nie przystał na to, ale zaproponował wymianę na jego
                okulary. Teraz te okulary leżą u mnie na telewizorze i są chyba najmilszą
                pamiątką z Egiptu...
                • kacpere Część 8: DELFINY 17.09.04, 13:34
                  Jak już pisałem – mało brakowało, a ta niewątpliwa atrakcja przeszłaby nam koło
                  nosa. Na szczęście Alfastar w osobie Pani Lucyny stanęła na wysokości zadania i
                  w końcu mogliśmy się udać na pływanie z tymi „dużymi rybami” J jak je określiła
                  moja żona. Dzień ten na zawsze zapamiętam, a był to 8.09.2004 (ważna data!).
                  Nie obyło się bez przygód. W Delfinelli powinniśmy być ok. 14:00. Pani Lucyna
                  załatwiła nam oczywiście transport, który czekał na nas od 13:20 przez ponad
                  godzinę, ale ja (chyba z wrażenia) zapomniałem o tym zupełnie. Pobiegliśmy już
                  o 13:00 na taxi. Zdarli z nas 30 LE i pojechaliśmy do Hadaby. W Hadabie okazało
                  się, że kierowca nie ma zielonego pojęcia co to jest i gdzie jest Delfinella.
                  Krążyliśmy chyba do 14:15, facet się pytał kilku osób, żona się popłakała, że
                  już nas nie wpuszczą... Ech... Egipt, po prostu Egipt. No ale w końcu
                  dotarliśmy. Na miejscu nie zrobili żadnych problemów – weszliśmy ok. 14:50 na
                  basen i tutaj pierwszy raz w życiu zobaczyłem żywego delfina. Akurat jak
                  wchodziliśmy delfin wybił się z wody na wysokość chyba 3 metrów, zrobił obrót w
                  powietrzu i wbił się z powrotem w lustro wody. Szczęka mi opadła. Treser
                  powiedział jeszcze kilka słów jak się zachowywać w wodzie (ogólnie chodziło o
                  to, żeby nie dotykać jego oczu i dziurki, którą wypuszcza powietrze) i można
                  było wchodzić do wody. Ja wchodziłem jako pierwszy. Ale jak zobaczyłem, że tuż
                  przy drabince wynurza się ponad 2-metrowy stwór z ogromnymi zębami, jakoś mi
                  odwaga opadła. W końcu jednak wlazłem i... TO JEST TO! Delfiny „gadają” w tym
                  swoim języku, nurkują, trącają noskami... W pewnym momencie jednak treserzy
                  wołają każdy swojego delfina (było ich 3 – po jednym na 2 osoby). I potem
                  zaczyna się zabawa „kontrolowana” Delfiny tańczą z ludźmi, ciągną ich za płetwę
                  grzbietową (akurat to mi się najmniej podobało, bo cały czas miałem wrażenie,
                  że zwierzaki się męczą), można je głaskać... Zauważyłem tylko, że nie wolno im
                  się zanurzać. Jak tylko któryś z delfinów w naszej obecności schodził pod wodę –
                  treser od razu wywoływał go na powierzchnię. Ogólnie tych 30 minut nie da się
                  opisać, po prostu nie da. Jak treser powiedział „kłoniec”, to nie chciałem
                  uwierzyć. Zleciało jak z bicza trzasnął. Nie chciałem wyjść z basenu, ale
                  przecież nie będę robił wiochy. Przy wychodzeniu jeszcze się poryczałem jak
                  dzieciak. Jeden z delfinów przypłynął i „pacnął” mnie w nogę, co nieco mi
                  dodało otuchy... Obok basenu, w którym pływają delfiny jest mniejszy basen, w
                  którym pływała samica (ogromna, chyba z dwa razy większa od delfinów, z którymi
                  się bawiliśmy) oraz malutki delfinek, z jeszcze nie wykształconym nosem.
                  Wyglądał śmiesznie, a skory był do zabawy jak inne delfiny. Jednak nie
                  pozwolono się zbliżyć do niego. Mam go jednak na fotce J. Z informacji
                  technicznych – woda w basenie ma 28 st. C, głębokość basenu w miejscu, gdzie
                  się do niego wchodzi to 1,5 metra, w innych miejscach 6 metrów głębokości. Moja
                  żona wzięła kapok, ale żałowała, bo nie mogła swobodnie się poprzytulać do
                  delfinka. Ale cóż – jej wybór, jej problem. Zaraz po nas przyszła grupa, w
                  której były dzieciaki i trzeba przyznać, ze delfiny wręcz garną się do dzieci.
                  Czemu ja już jestem taki stary???

                  Oprócz na pływaniu, wybraliśmy się na „show” delfinów. Trwa to ok. 45 minut i
                  to co wyprawiają tam delfiny przechodzi ludzkie pojęcie. Nie wiem, czy jest to
                  dla nich bardzo męczące i jakie są metody tresury, ale mam nadzieję, że (tak
                  jak mówił treser), one mają zabawę we krwi, a trzeba je jedynie utemperować.
                  Nie będę się rozwodził nad show. Mam to na video – sfilmowałem cały pokaz.
                  Oglądałem już 3 razy (a minęły 2 dni od powrotu), więc chyba to świadczy samo
                  za siebie...
                  • kacpere Część 9: POWRÓT DO POLSKI 17.09.04, 13:35
                    Smutny dzień, 14.09.2004, był bardzo pogodny. Od rana jeszcze śniadanie, potem
                    basen. Ok. 13:00 podjechał autobus, który zawiózł nas na lotnisko w Sharm
                    (bardzo blisko naszego hotelu – Palmyra Resort). Odprawa przebiegła bardzo
                    sprawnie, Egipcjanie wyśmiali tylko nasze bilety, bo w/g tego, co na nich było
                    próbowaliśmy się dostać do Warszawy samolotem, który leci do Poznania i
                    Katowic. Ale wyjaśniliśmy, że to właśnie Poznań jest celem naszej podróży.
                    Niespodzianka jeszcze była jeśli chodzi o sam samolot. Autobus, zamiast do
                    białego samolotu z pomarańczowym napisem „airpolonia”, zawiózł nas do
                    niebieskiego z napisem „FISHER” i czeską flagą. Boeing 737-300. Okazało się
                    jednak, że na nim też były napisy airpolonii, więc uspokoiliśmy się. Obsługa
                    też była czeska, więc naśmialiśmy się co niemiara, szczególnie z textu „to je
                    nasa spoleczna sprawa” J)))))). Ogólnie jedyny minus, to jak zwykle ludzie,
                    którzy mimo kilku próśb o wyłącznie komórek i tak zostawili je włączone, mimo,
                    że na 10.000 metrów i tak nie mają zasięgu. Jedno słowo: DEBILE.
                    • kacpere Część 10: POZNANI LUDZIE 17.09.04, 13:35
                      Kilkadziesiąt osób w Egipcie poznałem, część z nich szczególnie utkwiła nam w
                      pamięci. Gdyby ktoś się na nich natknął w hotelach lub na wycieczkach,
                      prosiłbym o pozdrowienie ich od „Martina from Poland”. Choć i tak pewnie przy
                      takim tłoku nie będą już mnie pamiętać.
                      1. Mickel – ochroniarz z Aida Verdi. Gadaliśmy chyba z 2 godziny w pełnym
                      słońcu po południu. A wszystko zaczęło się od tego, ze skapował, że jestem z
                      Polski i że jestem chrześcijaninem. A on miał wytatuowany krzyż na ręce, co
                      znaczy, że należy do kościoła koptyjskiego. Bardzo, ale to bardzo rozmowny
                      gość, więc uwaga! J
                      2. Chłopak od bagaży z Aida Verdi, imienia nie pamiętam.
                      Charakterystyczny – gruby murzynek, niewysoki. Co się przez niego naśmialiśmy!
                      Wchodzimy pierwszy raz do pokoju, oglądamy – ładnie. Ale nie działa światło w
                      łazience. Sprawdzamy – światło główne też nie działa! Co jest? Przyniósł nam
                      bagaże i pytamy go o to. A on – światła nie będzie przez 4 dni i nie ma
                      możliwości naprawy wcześniej. Przeraziliśmy się. No to pytamy, czy w całym
                      hotelu, czy tylko w tym pokoju? Odpowiada, że tylko ten pokój. No to żona
                      zdenerwowana zaczęła iść w stronę recepcji. A ten nagle wypalił: „No light? No
                      light? Look!” – i włożył brelok od kluczy w otwór koło drzwi. Okazało się, że
                      było to zabezpieczenie – i pokój rozbłysł pełnym światłem... Ale było nam
                      głupio, a potem laliśmy z tego za każdym razem, jak tylko się spotykaliśmy. J
                      3. Mariu – sprzedawca w Hurghadzie, trzeba iść od McDonalda w kierunku na
                      lotnisko (nie na starą dzielnicę!), po prawej stronie. Na pewno was zaczepi ze
                      swoim „I give you zajebista cena!”. Kupiliśmy u niego papirusy tylko za ten
                      text! J
                      4. Atef – chłopak z Aida Verdi – nalewa napoje, czasami roznosi shishę.
                      Wygląda na bardzo młodego, bardzo szczupły i wysoki z ogromnym uśmiechem.
                      Gadaliśmy chyba do 2.00 w nocy. Wtedy dopiero zacząłem dostrzegać, że ich życie
                      niewiele różni się od naszego. Praca w hotelu, to praca sezonowa. Narzekają na
                      rząd, nie lubią „marudzenia bab”, po pracy lubią mieć czas wolny (bardzo, ale
                      to bardzo wkurza ich, jak wracając do domu po pracy są zaczepiani przez
                      turystów, żeby coś dla nich zrobić). Polecam, ciekawe, naprawdę ciekawe.
                      5. W hotelu „Intercontinental”, gdzie zgrywałem fotki na CD, w sali
                      komputerowej rządzi Murzyn, ubrany w strój marynarza i nie ma pojęcia o
                      komputerach. Przeżycie godne spotkania z Charlie Chaplinem!
                      6. Fahmy – sprząta pokoje w hotelu Palmyra Resort w Sharm El Sheikh.
                      Mieszkałem w pokoju 4215 i tam właśnie pracował. Niesamowity gość! Trochę może
                      nachalny, ale na pewno nie przesadnie. Wymieniliśmy się numerami telefonów i
                      kilka razy już coś tam mi pisał z Egiptu. Na pewno was zaczepi, jak tylko was
                      spotka.
                      7. Kierowca z Safari. Nie mam pojęcia jak ma na imię, ale usilnie nad tym
                      pracuję. Pisałem już o nim, więc nie będę się powtarzał.]
                      Na koniec apel – ludzie rozmawiajcie z nimi ile się da! Nawet ze sprzedawcą
                      owoców! To jest naprawdę ciekawe i ma to większą wartość, niż piramidy i inne
                      rzeczy. Bo piramidy się widziało i w zasadzie to jest koniec, a tęskni się za
                      ludźmi!
                      • kacpere Część 11: PODSUMOWANIE 17.09.04, 13:36
                        Generalnie wakacje uważam za bardzo udane. Alfastar, mimo kilku problemów,
                        wywiązała się ze wszystkich umów – a o to przecież nam chodziło. Wspomnienia są
                        jeszcze tak żywe, że ciężko się skupić na pracy, czy nawet na normalnych
                        zakupach. Wypada mi też podziękować Panu Strzylakowi, za zorganizowanie w sumie
                        bardzo indywidualnego wypoczynku (z wieloma dziwnymi wymaganiami) i za
                        podpowiedź w sprawie hotelu. Aida Verdi nie tylko spełniła nasze oczekiwania,
                        lecz wręcz była jak dla nas luksusowym hotelem! Zobaczyliśmy wszystko co
                        chcieliśmy, może oprócz Abu Simbel, ale to przy następnej okazji – oby za rok.
                        Na pewno, dosłownie na 200% wrócimy do Egiptu. Wtedy jednak być może zdecyduję
                        się na jakąś wycieczkę na własną rękę. Chcielibyśmy zobaczyć życie zwykłych
                        ludzi z bliska, a nie tylko zza szyby luksusowego autokaru.
                        Wielu (ja również) przed wylotem boi się o bezpieczeństwo, o różnicę kultur
                        itp. Na podstawie własnych doświadczeń mogę stwierdzić, że to raczej oni się
                        powinni obawiać nas, niż my ich. Spacer nocą po Hurghadzie jest na pewno
                        bezpieczniejszy niż nocna eskapada przez Poznań. A jeśli chodzi o religię, to
                        oni się twardo odcinają od terroryzmu i innych takich. Z bin Ladena to wręcz
                        żartują. Irak jest dla nich po prostu miejscem, gdzie toczy się wojna. To
                        naprawdę jest bardziej cywilizowany kraj niż nasz! No, chyba, że dla kogoś
                        wskaźnikiem cywilizacyjnym jest ilość komputerów na osobę w danym kraju...

                        Polecamy wszystkim niezdecydowanym Egipt!
                        • Gość: zetka Re: Część 11: PODSUMOWANIE IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.09.04, 16:41
                          dobre.... czy możesz dodac trochę uwag o samym hotelu , gdzie jest plaża itd.
                          jaki jest standard pokoi ? Jadę tam za 2 tyg. dzieki
                          • kacpere Re: Część 11: PODSUMOWANIE 17.09.04, 23:10
                            Hotele opisałem na forum: EGIPT-HOTELE

                            Pozdrawiam,
                            Kacper
                          • frida33 Re: Część 11: PODSUMOWANIE 06.10.04, 00:55
                            mieszkałam we wrześniu w hotelu Aida Verdi, warunki całkiem przyzwoite, ja
                            mieszkałam w standard`s room, baseny nieduże, ale nie było tłoku, do plaży ok
                            500 m, można przejść się spacerkiem,ale jak komuś się nie chce, to co chwilę
                            kursuje busik(za darmo) na plaży ręczniki,bar i animacja. Jedzenie bardzo dobre
                            polecam omlety i ser feta- przepyszny, obsługa miła i wesoła, fajna animacja.W
                            cenie tj ai: np.kurs nurkowania(korzystałam), korty tenisowe, masaż i wiele
                            różnych atrakcji. Było Super!Polecam! gdybym miała wybrać za rok hotel w
                            Egipcie, to nie miałabym wątpliwości Aida Verdi jest na przyzwoitym poziomie i
                            niedrogi.
    • Gość: Błotosmetek Re: Hurghada(Aida)+Sharm(Palmyra)28.08-14.09 Alfa IP: *.internetdsl.tpnet.pl 17.09.04, 15:09
      Rewelacyjny opis. Gratuluję obiektywizmu, spostrzegawczości i "wyważonych"
      myśli, co na tym forum należy niestety zakwalifikować do zjawisk wyjątkowych.
      Nie wiem dlaczego, ale wcale nietrudno jest wyobrazić sobie, że autorem wątku
      np. "Alfa Star - ostrzeżenie" jest jeden z tych "DEBILI" od komórek na
      pokładzie samolotu...

      Pozdrawiam
      B.
    • Gość: Kris Re: Hurghada(Aida)+Sharm(Palmyra)28.08-14.09 Alfa IP: 195.136.125.* 06.10.04, 11:26
      Dzięki za ciekawy opis, ciepła słowa pod naszym adresem.
      Cieszę się, że zapamiętacie tą bardzo ważną podróż dla Was dłużej w pamięci.
      Pozdrawiam
      Sylwester Krzysztof Strzylak
      B.P. Alfa Star

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka