Dodaj do ulubionych

Saryusz-Wolski:kraje kandydackie zapłacą za rozsze

08.04.03, 16:44
Kto ma dobrą pamięć, wie, że obietnice zawarte w Agendzie 2000 (plan
finansowy UE na lata 2000-2006 - przyp. FORUM) roztopiły się jak kostka lodu.
Najpierw była mowa o 53 mld euro na lata 2002-2006 dla sześciu nowych krajów,
teraz Unia mówi o 40 mld na lata 2004-2006 dla dziesięciu krajów. Jeśli odjąć
składki członkowskie, pozostaje 25 mld, jeśli odjąć pieniądze "wirtualne",
czyli środki które na początku i tak nie zostaną wykorzystane, będzie to w
istocie 8 mld euro dla 10 krajów przez trzy lata, czyli tyle ile dostała sama
Hiszpania w 1999 r. I tak Polska w pierwszych trzech latach netto otrzyma być
może maksymalnie 4-5 mld euro. To znacznie mniej niż uchwalono trzy lata temu
na szczycie w Berlinie. Istnieje niebezpieczeństwo, że Polska będzie w
pierwszym roku płatnikiem netto albo osiągnie wynik bliski 0, czyli znajdzie
się w gorszej sytuacji niż w ostatnim roku przed przystąpieniem.


kraje kandydackie zapłacą za rozszerzenie

Obserwuj wątek
    • robert_de_molesme dodaj ten text do watku "eurofobia czy Tworki" 08.04.03, 16:47
      tylko podaj link zeby oszolom tak latwo nie wyparl sie swych slow.

      RdM
      • ada.wierzbicka Re: dodaj ten text do watku 'eurofobia czy Tworki 08.04.03, 21:33
        To kraje kandydackie, w tym Polska, zapłacą za rozszerzenie Unii Europejskiej.
        A Niemcy czy Austria na tym nieźle zarobią - napisał w dzienniku "Die Welt"
        Jacek Saryusz-Wolski, były szef Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej


        JACEK SARYUSZ-WOLSKI


        28.11.2002


        Na szczycie w Kopenhadze ma dojść do największego rozszerzenia w historii Unii
        Europejskiej. Pozostało tylko kilka tygodni na ustalenie warunków. Strona
        finansowa rozszerzenia wyraźnie zdominowała dyskusje o tych wydarzeniach. Tak
        więc i tutaj powinniśmy jeszcze pomówić o pieniądzach.

        Kto ma dobrą pamięć, wie, że obietnice zawarte w Agendzie 2000 (plan finansowy
        UE na lata 2000-2006 - przyp. FORUM) roztopiły się jak kostka lodu. Najpierw
        była mowa o 53 mld euro na lata 2002-2006 dla sześciu nowych krajów, teraz Unia
        mówi o 40 mld na lata 2004-2006 dla dziesięciu krajów. Jeśli odjąć składki
        członkowskie, pozostaje 25 mld, jeśli odjąć pieniądze "wirtualne", czyli środki
        które na początku i tak nie zostaną wykorzystane, będzie to w istocie 8 mld
        euro dla 10 krajów przez trzy lata, czyli tyle ile dostała sama Hiszpania w
        1999 r. I tak Polska w pierwszych trzech latach netto otrzyma być może
        maksymalnie 4-5 mld euro. To znacznie mniej niż uchwalono trzy lata temu na
        szczycie w Berlinie. Istnieje niebezpieczeństwo, że Polska będzie w pierwszym
        roku płatnikiem netto albo osiągnie wynik bliski 0, czyli znajdzie się w
        gorszej sytuacji niż w ostatnim roku przed przystąpieniem.

        Poza tym bilansem budżet kandydatów zostanie obciążony wydatkami sięgającymi 10-
        15 proc. ich budżetu na współfinansowanie programów unijnych oraz wdrażanie
        prawa europejskiego.

        Gdzie piekarz kupi mąkę?

        Za uroczystymi deklaracjami nie następowały odpowiednie czyny. Sakiewka była
        coraz bardziej ściśnięta. Ale Polska nie przystępuje do Unii z przyczyn tylko
        finansowych. Gdyby nawet nie było pieniędzy, nam by to nie przeszkadzało.
        Przeszkadza nam natomiast, że jesteśmy traktowani nierówno. W Unii Europejskiej
        zapanuje ekonomiczny apartheid, bowiem obywatele i przedsiębiorcy w nowych
        krajach będą w gorszej sytuacji niż w starych. Jeśli rolnik po jednej stronie
        granicy otrzymuje sporą dopłatę, a po drugiej stronie - mizerną, to łatwo jest
        nam odpowiedzieć na pytanie, gdzie piekarz kupi mąkę.

        Zapomina się również, kto jest głównym beneficjentem rozszerzenia - a
        mianowicie obecni członkowie Unii Europejskiej. Dywidenda ze zjednoczenia
        Europy trafia do nich już dziś. Zarówno ekonomiczna jak i polityczna.

        Według telewizji Deutsche Welle PKB Niemiec może wzrosnąć dzięki rozszerzeniu o
        1,5 proc., a Austrii - o 0,8 proc. Jak to się ma do roztopionych sum netto,
        które otrzymują nowi członkowie, i jak to się ma do poczucia dyskryminacji,
        które tam się rozprzestrzeni? Jest więc paradoksem, że to Europa Środkowa i
        Wschodnia zapłaci za rozszerzenie, podczas gdy zachód kontynentu w sensie
        makroekonomicznym zarobi na tym procesie.

        To największy błąd w rozumowaniu rozszerzenia ze strony krajów Unii
        Europejskiej, w tym Niemiec. Unia Europejska to nie kasa oszczędnościowa, którą
        można prowadzić niczym kramarz, to sojusz oparty na solidarności, w którym nie
        każdy zysk powinno obliczać się w euro. Tak jest też w Niemczech, gdzie
        bogatsze landy wspierają biedniejsze.

        Być może strona polska przeliczyła się w negocjacjach. Widocznie Warszawa
        uwierzyła Berlinowi i zbyt wcześnie zaakceptowała ograniczenia w dostępie do
        unijnego rynku pracy w wysokości siedmiu lat, do którego dążyli Niemcy. A
        wszystko w nadziei, że ułatwi to wygranie kanclerzowi Schröderowi wyborów.
        Spłycenie integracji

        Ta część rachunku sprawdziła się, lecz oczekiwanie, że rząd federalny finansowo
        wyjdzie nam naprzeciw, pozostało niespełnione. Zamiast tego będziemy czekać
        długie lata, aby swobodnie osiedlać się i podejmować pracę w krajach Unii
        Europejskiej, będziemy czekać 10 lat na pełne dopłaty, środki z funduszy
        strukturalnych będą także drastycznie mniejsze niż obecnych członków. Po
        kryzysie rządowym w Holandii wymyślono jeszcze klauzule ochronne, za pomocą
        których przy braku postępów kandydatów można będzie ich pozbawić niektórych
        unijnych dobrodziejstw. Zatem w miejsce pogłębienia grozi nam dziś spłycenie
        integracji. W tym czasie nasz kraj sporo zainwestował w przygotowania do
        członkostwa. Budowa placówek granicznych, strażnic, przystosowanie gmin i
        zakładów do norm ochrony środowiska, przygotowanie struktur administracji itd.
        Według wcześniejszych obliczeń UKIE pochłania to ok. 2 mld euro rocznie.
        Przystąpienie jest dużym obciążeniem dla naszych budżetów. Czy to leży w
        interesie Unii Europejskiej?

        Nie wiem, co przyniosą następne tygodnie negocjacji. Kandydaci mają jeszcze
        kilka życzeń. Jeśli istnieją okresy przejściowe przy dopłatach i swobodnym
        dostępie do rynku pracy, to muszą też być "przejściowo" niższe składki
        członkowskie. Powinna istnieć symetria ciężarów i przywilejów.

        Jeśli Unia Europejska podtrzyma swoją obecną ofertę, może to wzmocnić
        radykalnych populistów w krajach kandydackich. Ich sukces w wyborach
        samorządowych w Polsce niestety już to udowodnił. Wtedy stanęlibyśmy przed
        kolejnym paradoksem. Przystąpienie do Unii Europejskiej miało pomóc w
        stabilizacji Europy Środkowej i Wschodniej. Nastąpiłoby jednak coś zupełnie
        przeciwnego.

        © Die Welt

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka