sloggi
06.10.05, 01:01
Funkcjonariusze masowo rezygnują z pracy w tej formacji. Skarżą się na
przepisy, które mają jedynie poprawić statystyki.
W tym roku ze straży miejskiej odeszło już prawie 100 osób. Większość z nich
na własną prośbę. Mają dosyć wypisywania mandatów za najmniejsze przewinienia
tylko po to, aby rosła statystyka.
W ciągu miesiąca ze strażą miejską żegna się średnio dziesięciu
funkcjonariuszy. Dlaczego odchodzą?
Nie wytrzymują presji
Ciągły stres, pogoń za wynikami, czyli kto wypisze najwięcej mandatów,
zatrzyma odpowiednią liczbę osób. Tego od strażników wymagają ich przełożeni.
– Zdarzało się, że na odprawach słyszeliśmy: Gó.. mnie obchodzi, skąd
będziecie mieli wyniki. Macie je mieć i już – mówi nam jeden ze strażników,
proszący o anonimowość. O niepodawanie nazwiska proszą zresztą niemal wszyscy
nasi rozmówcy. Boją się, że stracą pracę. Tylko nieliczni decydują się mówić
pod nazwiskiem.
– Część osób ucieka ze straży, bo nie może sprostać wyśrubowanym i niczym nie
uzasadnionym wynikom, które mają zaspokoić tylko statystyczne oczekiwania
komendantury. Przyszli do tej formacji, bo chcieli pomagać ludziom. Nagle
okazuje się, że trzeba wypisywać mandaty za najmniejsze nawet przewinienia.
Zapomina się o rzeczach, do których straż jest powołana, czyli m.in. o
sprawach porządkowych – mówi Dariusz Gałązka, szef związków zawodowych w
straży miejskiej.
Walczą o nagrody
Strażnicy miejscy są motywowani do pracy nagrodami. Aplikant, czyli osoba,
która dopiero zaczyna karierę w tej formacji, zarabia ok. 1,1 tys. zł na rękę.
A dzięki nagrodom może dorobić drugą pensję. I robi wszystko, aby tę premię
zdobyć. Nagrody przyznawane są najczęściej za ujęcie sprawców rozbojów czy
ratowanie życia ludzkiego. Zdarzają się jednak i nagrody za... złapanie
sprawców dewastacji.
– To jest patologia. Rozumiem nagrodę za uratowanie komuś życia czy mienia
znacznej wartości, ale strażnicy dostają premie też za to, co należy do ich
obowiązków. Zatrzymując sprawcę dewastacji, nie robią nic nadzwyczajnego. A
chyba tylko za takie rzeczy powinny być przyznawane nagrody – mówi Dariusz
Gałązka. Największy pęd do nagród mają osoby, które dopiero zaczęły pracę w
straży. Dla nich liczy się tylko wynik.
– Został mi przydzielony młody chłopak. Przez kilka tygodni musiałem uczyć go,
czym ma się zajmować, a nie tylko biegać i wypatrywać ludzi, którym można
wlepić mandat – mówi nam jeden ze strażników miejskich. – Kiedyś była nawet
sytuacja, że na ziemi leżał bezdomny. Mój partner nie chciał go zauważyć, bo
zeszłoby się z nim ze dwie godziny, a w tym czasie można wypisać kilka
mandatów – dodaje.
Oni nie wytrzymali
W poniedziałek w straży miejskiej zawrzało. Samobójstwo popełniła wieloletnia
pracownica. To już piąty taki przypadek w ciągu trzech ostatni lat. Zarówno
jej koledzy, jak i znajomi innych ofiar mówią krótko.
– Pracujemy w tej formacji ładnych parę lat. Niejedno widzieliśmy, ale za
rządów poprzednich komendantów samobójstw nie było. A to jest już piąte. Na
podjęcie tej decyzji musiały się nałożyć także osobiste problemy, ale sytuacja
w pracy też zrobiła swoje – mówią nam oburzeni funkcjonariusze.
www.zw.com.pl/apps/a/tekst.jsp?place=zw2_a_ListNews1&news_cat_id=11&news_id=71744