fafik_wroc
28.08.05, 20:52
PODGLĄDACZ
Wtargnąłem w twoje życie. Jestem twoim cieniem. Jestem duchem za weneckim
lustrem. To ja jestem tym nieprzyjemnym wrażeniem, że ktoś na ciebie patrzy.
Ja jestem uczuciem, że nie jesteś sama w pokoju. Ja jestem twoim towarzyszem
w każdym miejscu i o każdym czasie. Majaczeniem, kiedy budzisz się w środku
nocy zlana zimnym potem i rozglądasz się ze strachem, by uspokoić umysł,
przekonując go, że w pokoju nikogo nie ma.
Ależ jestem.
Spoglądam na ciebie. Z czasopism położonych czyjąś twarzą do góry, z okna,
kiedy na dworze zapada zmrok, zza lustra w łazience, zza obrazu w kuchni.
Kiedy wstajesz do szkoły, kiedy spotykasz się z przyjaciółmi. Kiedy czytasz,
odpoczywasz, kiedy kładziesz miskę z popcornem na kolanach i z
zainteresowaniem lub bez oglądasz telewizję. Jestem, kiedy się kłócisz,
złościsz i kiedy się cieszysz. Jestem, kiedy zgięta w pół leżysz na łóżku, bo
twoje lędźwie przeszywa miesiączkowy ból i patrzę, jak grymas cierpienia
dodaje ci szlachetnego uroku. Jestem, kiedy wracasz zmęczona wieczorem,
zdejmujesz buty i marzysz tylko o tym, żeby zanurzyć się w wodzie oraz kiedy
po kąpieli stajesz naga na dywanie, opierasz stopę na stołku i wmasowujesz w
swoją skórę – której dotyku i smaku nie znam – krem i balsam, a jego zapach
miesza się z zapachem twojego jestestwa i odbiera mi rozum, tak, że muszę
zaciskać usta, żeby nie jęczeć zbyt głośno, udając na swoim ciele twoją
bliskość.
Obserwuję cię tak dzień po dniu i palę papieros za papierosem, bo muszę zająć
ręce czymś zdrowszym. Czy przyjemne, czy zwykłe, czy ohydne, dobre czy złe.
Nie panuję nad tym, za to twoje życie, zwyczaje, myśli i pragnienia idealnie
panują nade mną. Każda rzecz należąca do ciebie staje się relikwią, bo
przedmioty nabierają wartości, kiedy są jedyną możliwością bycia przy tobie.
Nie przesadzać, nie przeginać, nie naruszać tej intuicyjnie ustanawianej
granicy, której dokładnego położenia nikt nie określi, ale każdy pozna jej
przekroczenie. No, może z wyjątkiem tego, który przekracza – przynajmniej nie
od razu. Więc naturalnie istnieje prawdopodobieństwo, że już jestem po tej
drugiej, złej stronie, jasne, że tak.
Ciągle tam, gdzie ty. Jak morderca zbierający każdą informację o swojej
przyszłej ofierze – ale nie bój się, bo ja nie zmierzam w tym kierunku. Za to
daję ci pewność, że jeśli kiedyś coś ci zagrozi, będę obok. Czasami tylko
fakt, iż nie zawsze poprawnie odczytuję twoje myśli i wyprzedzasz mnie,
znikając z zasięgu mojego wzroku, doprowadza mnie do nerwicy. Kiedy się
spóźniasz, przeżywam koszmar. Kto inny cię ochroni?
Tłum ma dobre i złe strony. Nienawidzę przepychać się przez dziesiątki
ściśniętych ciał, napierających na mnie z każdej strony, ale lubię poczucie
anonimowości, jakie mi zapewnia. Tak było i tym razem, kiedy ujrzałem cię z
góry i wpatrywałem się do momentu, kiedy usiadłaś dokładnie piętro pode mną,
co zmusiło mnie do natychmiastowego przejścia na drugą stronę, jeśli nadal
chciałem cię podziwiać. Lawirowałem między setką ludzi, próbując jak
najszybciej dostać się do upatrzonego miejsca za kolumną. O tak. Doskonale.
To wszystko twoja wina. Za to piękno powinnaś dostać dożywocie, bo boginie,
chodząc po ziemi, łamią prawo śmiertelników do życia w spokoju. Zaraz nie
wytrzymam. Wsadźcie mnie do klatki i dajcie się bić z jakimś sterydziarzem –
albo się wyżyję, wykrzyczę i odreaguję, albo zginę, co też przyniesie mi
pewnego rodzaju ulgę i spokój.
Oparłem się o kolumnę. Ludzie byli zajęci tańcem, zabawa, ona jedna siedziała
na krześle i próbowała złapać oddech. Miała czarną, długą suknię. Była
najpiękniejszą kobietą na sali. Mój umysł zawirował, a zmysły szalały. Miała
nagie plecy w tej sukience.
Schyliła się. Kręcone kosmyki jej włosów zsunęły się z ramienia i wykonały w
powietrzu subtelny taniec, kiedy poprawiała zapięcie przy bucie.
Na chwilę zasłonił mi ją jakiś chłopak. Zadrżałem i błyskawicznie ustawiłem
się tak, by dalej móc ją oglądać. Podniosła głowę i odpowiedziała uśmiechem
na jego uśmiech. Potem wstała i znikła za jakąś kolumną tak, że nie mogłem
jej już dostrzec z żadnej strony.
Poszedłem do drzwi, zapaliłem papierosa i strącając popiół wiedziałem, że za
parę godzin impreza się skończy, a ja znów podążę jej krokiem i znów zanurzę
się w psychicznym szaleństwie, kiedy doprowadzi mnie do szaleństwa zwykłym
szorowaniem zębów.