Podpadłam koleżance chyba. Bo się nie dowiedziałam

Kolezanka chyba ma podejście do dowiadywania się podobne do baby, pewnie wg niej jestem "informacyjną cnotką".
Koleżanka poznała (nie przeze mnie) pewnego pana, którego ja także znam. Dodam, ze moja znajomośc z panem ogranicza się do "cześć" i paru słów w stylu "co słychać?", gdy się spotkamy przypadkiem. Wiem o nim mało: gdzie pracuje, z kim się bliżej kumpluje i tyle.
Kolezanka dowiedziawszy się, iż pana znam (wie w jakim stopniu) i mamy wspólnych znajomych zaczęła nalegać, bym dowiedziała się o panu więcej. Np. czy spotyka się z jakąś kobietą. Odmówiłam. Przyznaję,
także dla zasady, ale nie tylko.
Z zasady nie uznaję takich "śledztw" z moim udziałem. Poza tym no technicznie, nie za bardzo wiem, jak miałabym to przeprowadzić bezkolizyjnie. Musiałabym pytać znajomych o tego gościa, a to na pewno zwróciłoby ich uwagę i wcześniej czy później człowiek by się dowiedział o tym, że wypytuję o niego.
Kolezanka wprost mi powiedziała, że nie chcę jej pomóc i to nieładnie, a ja jej wprost, że prosząc mnie o coś takiego stawia mnie w niezręcznej sytuacji.
A jak sądzicie Wy? Wypada kogoś poprosić o taką "przysługę" w opisanej sytuacji?
PS. Nie, nie jestem załamana tym, że kolezanka się "łobraziła"