Zastanawiałam się czy pytanie to zadać tutaj, czy na jakimś forum dla kobiet albo poświęconemu związkom i relacjom w związku... Ale chyba sprawa dotyczy przede wszystkim zasad dobrego wychowania. Od 3 lat mieszkam z chłopakiem w wynajętym mieszkaniu. Razem z nami mieszka jeszcze jedna para, nasi przyjaciele. My w jednym a oni w drugim pokoju. Mieszkanie ma dość niski standard, ale jest tanie i przede wszystkim położone jest w znakomitym punkcie komunikacyjnym. Dość powiedzieć, że do pracy wszyscy mamy 15-30 minut (a każdy pracuje gdzie indziej). W zasadzie wszyscy mieszkamy tu, gdzie mieszkamy tylko ze względu na lokalizację i cenę oraz oczywiście na to, że we czwórkę naprawdę fajnie się dogadujemy. Wszyscy jednak jesteśmy już w takim wieku, że myślimy o własnym lokum (około 30stki i trochę po). Cztery miesiące temu mój chłopak zdecydował się na kredyt mieszkaniowy. Miał trochę uskładanych pieniędzy, pomogli mu nieco rodzice, więc miał wkład własny i kredyt dostał. Tak się złożyło, że na mieszkanie w bloku... który jest budowane na przeciwko naszego miejsca zamieszkania. Dokładnie na przeciwko. Z okien widzimy powstający blok. Na początku żartowaliśmy sobie, że codziennie idąc do pracy dogląda budowy swojego mieszkania

Po jakimś czasie jednak te żarty stały się już nudne, a on cały czas je powtarza. Irytuje mnie to, naszych przyjaciół zresztą też. Czy wypada zwrócić mu uwagę, że to już nikogo nie śmieszy? Nie chcemy wyjść na zazdrosnych i czepialskich. I druga sprawa. Z tym kredytem i wyborem mieszkania sama mu pomagałam i zachęcałam go do tego, gdy miał chwilę zwątpienia. Mieszkanie będzie gotowe do wprowadzenia się za niecałe pół roku a my nadal nie rozmawialiśmy co dalej. Czy ja mam z nim zamieszkać, jak to ma wyglądać? Nie poruszałam tego tematu w trakcie rozmów o kredycie, myślałam, że on poruszy, ale tego nie zrobił. Niezręcznie jest mi teraz wchodzić na ten temat. Nie chcę, żeby wyszło, że się wpraszam. Powinnam mu o tym powiedzieć? Jeśli tak, to w jaki sposób? Sytuacja wygląda tak, że on już zapowiedział naszym przyjaciołom - współlokatorom, że wyprowadza się tyle, co będzie mógł zamieszkać w nowym miejscu. Na razie spłaca już kredyt, mimo że jeszcze nie mieszka w tym mieszkaniu. Termin odebrania kluczy już ma, więc wiemy kiedy to jest. Przy tej okazji również nikt nie poruszył sprawy, a co ze mną. Czy sam się wyprowadza, czy razem ze mną. Współlokatorzy to przyjęli do wiadomości i o nic nie pytali, zapowiedzieli tylko, że może na jego miejsce przyjdzie ich koleżanka. Ja nic nie powiedziałam. Rozmawiałam o tym z przyjaciółką (współlokatorką) i ona też mi powiedziała, że sytuacja jest dziwna, ale oni to odebrali tak, że tylko on się wyprowadza, ale beze mnie. Poprosiłam ją, żeby poruszyła ten temat jak będziemy wszyscy, ale stanowczo odmówiła mówiąc, że nie chce się mieszać w nasze sprawy. Co robić? Jak nie wyjść na desperatkę? Jak zachować się grzecznie w takiej sytuacji?