agulha
01.11.17, 00:32
No i był 31 października - jak dla mnie, ot, dzień przed świętem, chleba nie zapomnieć kupić, i tyle.
I znowu to samo, już chyba trzeci raz: jakieś dzieci (? chyba), dzwoniące do drzwi, w bloku (taki niezbyt duży blok, z domofonem; większość sąsiadów normalnie to walczy o niewpuszczanie nikogo - to odrębny temat, ja różnych nieszczęsnych ulotkarzy wpuszczam).
W tym roku jakoś wyjątkowo bezczelne toto: nie otwierałam, nie reagowałam, a kilka razy było natarczywe dzwonienie i walenie w drzwi.
Nie obchodzę tego "święta", chociaż i nie zwalczam: chce ktoś zwiększać zyski producentom dyni ozdobnych - chwalebny trend. Chce się ktoś przebierać, urządzać bale - czemu nie, niech fajnie sobie spędzi czas. Ale puszczanie dzieci, żeby chodziły po klatkach schodowych w obcych domach (dzieci w tym wieku u nas w budynku nie mieszkają)? A jak jakiś napalony pedofil zaprosi ich po "łakocie" i niekoniecznie wypuści? Zawracanie głowy ludziom, którzy nie mają dzieci, nie są w żaden sposób związani z dziećmi i młodzieżą (nie jestem instruktorem harcerskim itp.)? Żeby to jeszcze jeden raz grzecznie zadzwonili, ale takie coś?
Słyszałam (ale nie wiem, czy tak jest), że podobno w USA owszem - dzieci chodzą po łakocie - ale dzwonią tylko do domów, w których umieszczono umówiony znak, że gospodarze sobie tego życzą (lampka jakaś czy coś). To wtedy rozumiem - np. jest osiedle młodych ludzi, prawie w każdym domu mieszkają dzieciaki, to tak sobie chodzą grupką po swoich domach.
Notabene tak samo nienawidzę przenoszenia zwyczaju śmigusa-dyngusa ze wsi (gdzie ganiali się znani sobie nawzajem kawalerowie i panny, w pobliżu domostw, a na dodatek oblewanie panny oznaczało, że się chłopcom podoba, i było swego rodzaju powodem do dumy) do miasta (gdzie chuligani z wiadrami wody z zaśmierdłej rzeczki w zimny dzień wpadają do tramwaju i oblewają obcych staruszków).
A jakie są Wasze wrażenia?