kocynder
28.11.20, 10:26
Czas jakiś temu byłam u mojego lekarza - specjalisty. Z góry zaznaczę, że jest to człowiek co prawda młody, ale nader sumienny, rzetelny i wyjątkowej klasy specjalista. Pomimo to przez te kilka lat, które jestem pod jego opieką - zaledwie dwa razy zdarzyło mu się spóźnienie, zawsze w poradni przyszpitalnej i uzasadnione sytuacją alarmową na oddziale, na którym jest lekarzem. Nie robi nagminnie przerw na kawę, jest kompetentny itd. Ale ad rem:
Byłam zarejestrowana powiedzmy na 15:00, lekarz powinien przyjmować od 14:00. Tymczasem gdy przyszłam - doktora jeszcze nie było, a grupka pacjentów pod gabinetem zaczynała "szemrać". Gniewne pomruki skwitowałam tylko, że lekarz z zasady się nie spóźnia i skoro jeszcze go nie ma - zapewne zdarzyło się coś nadzwyczajnego co go zatrzymało i zaczęłam czytać. Lekarz przybiegł (dosłownie!) około pół godziny później - w rozpiętej kurtce (czyli nawet nie poszedł najpierw na oddział się przebrać), w marynarce i koszuli pomiętych i poplamionych krwią... "Przeprosił za spóźnienie, wyjaśnił, że w drodze był świadkiem wypadku samochodowego i udzielał pierwszej pomocy z czego właśnie wynikło opóźnienie, zaznaczył, że skoczy tylko na oddział zostawić okrycie wierzchnie i zaraz zejdzie do gabinetu. Od razu też podkreślił, że pomimo przesunięcia "godzinowego" - przyjmie wszystkich zarejestrowanych na dany dzień, tylko nieco później. Gdy poszedł ludzie zaczęli wręcz głośno sarkać, że na pewno nie było żadnego wypadku a on sobie kawkę pił, że wszyscy lekarze tacy itp. Ponieważ wiedziałam, że z czytania nici książkę schowałam i kilkakroć przerywałam "najeżdżanie" na grupę zawodową, że może w innych przypadkach, nie wiem, ale TEN konkretny specjalista... Zaskoczyły mnie reakcje innych - od że "jestem smarkata i się nie znam" (mam 40+) po "na pewno daję d... lekarzowi i temu go bronię" (serio!)...
Nie pytam, czy jest ok uogólnianie, że "wszyscy lekarze" coś tam - bo nie jest. Nie pytam, czy powinnam temu specjaliście powtórzyć co jego pacjenci o nim wygadywali - bo wiem, że nie, nic by to nie zmieniało a tylko zrobiło mu przykrość. Ale tak się zastanawiam... Czy serio ludzie uważają, ze KAŻDĄ negatywną opinię trzeba uzewnętrzniać? I że każdy, kto w danej kwestii ma opinię pozytywną musi być jakoś osobiście zaangażowany w sprawę?