kropidlo5
23.06.07, 14:09
Juz nie pierwszy raz w zyciu przydarza mi sie podobna sytuacja i zawsze mnie
to wyprowadza z rownowagi- i za tym idze coraz wieksze zwatpienie
w "czlowieka".
O co chodzi?
O ludzka bezczelnosc, brak kultury, chamstwo, sam nie wiem jak to nazwac.
Oto historia z ostatnich dni:
Mieszkam sobie spokojnie w wynajmowanym mieszkaniu- zajmuje jeden z czterech
pokoi, w kazdym z pozostalych mieszka rowniez po jednej osobie, wszyscy
placimy tyle samo, rozliczamy sie kazdy z osobna z wlascicielem.
Ktoregos slonecznego dnia wspollokatorka z pokoju obok gdzies miedzy kuchnia
a lazienka w biegu po prostuoznajmila mi, ze od tej pory w jej pokoju- czyli
w naszym mieszkaniu- bedzie mieszkal z nia jej chlopak.
Uprzejmie wyjasnila, ze mial klopoty w poprzednim mieszkaniu z wlascicielem
no i przenosi sie do nas.
I jeszcze poprosila, aby nic nie mowic wlascicielce mieszkania.
Innymi slowy- zostawilem postawiony przed tzw. faktem dokonanym.
Oczywiscie nie musze dodawac, ze placimy jak dotychczas- czyli ze jej
chlopak "waletuje".
I teraz- ja juz nie wiem, czy ja jestem az tak staroswiecki i niepostepowy,
ze ta sytuacja mnie tak mocno poirytowala?
Czy czasem w takiej sytuacji najpierw nie powinno sie zapytac o zgode na
wprowadzke wspollokatorow?
Juz niech tam- zapomne, ze powinien na taka wprowadzke zgodzic sie wlasciciel.
Ale czy w takiej sytuacji- gdy mamy "zatajac" waleta przed wlascicielem- i
wspolnie z nim dzielic lazienke, kuchnie itp- czy nie jest psim obowiazkiem
zaproponowac jakas rekompensate- typu walet doklada sie do mieszkania i
odpala nam jakies chociaz symboliczne grosze?
Tak czesto spotykam sie z tego typu sytuacjami ze zaczynam sie zastanawiac-
czy to ja jestem nienormalny czy tylu ludzi leci w kulki?
Irytuje mnie to, ze jestem zmuszany do obrony swoich naleznych jak psu buda
praw- wsrod ktorych jest takie, ze jak wynajmuje mieszkanie z 4 osobami to
mieszkam z 4 osobami?
Nie moge- teraz bede albo skazany na codzienne nerwy tlumione "dla niepsucia
klimatu" albo musze zrobic wyklad o podstawowych zasadach wspolzycia miedzy
ludzmi.
I oczywiscie reakcja na ten wyklad nie bedzie zrozumienie sytuacji tylko
uznanie mnie za niegoscinnego, niezyczliwego buraka, a skonczy sie albo tym,
ze gosciu sie i tak nie wyniesie i bedzie w mieszkaniu wrogi klimat albo z
wielkimi fochami sie wyniesie i i tak bedzie wrogi klimat.
Co to do cholery jest, czy niektorym ludziom trzeba wyznaczac granice
siekiera i mlotem?
Czy to ja naprawde jestem taki "nieuzyty"?