Znowu Geralt na tapecie. Nie mam pomyslu na tego kota, jak mu te tabletki na ulagodzenie chorej paszczy dawac. Jak rozgniatam i podaje ze smietanka lub jajeczkiem (surowym), to mam wrazenie, ze wszystko wypija, tylko nie te czesc z proszkiem... W jedzeniu puszkowym sie nie sprawddza, bo nie zawsze ma ochote zjesc, jak zostawie, inne koty moglyby sie dobrac. Wet dal ostatnio specjalna paste, w ktora sie wklada tabletki, ponoc koty uwielbiaja, Bialowlosy nawet nie raczyl powachac. Tak samo takie sticki - snacki, ponoc jadl, jak sasiadka sie nimi opiekowala przez swieta, ja daje, nie chce ruszyc (chcialam juz wpychac w te snacki tabletki). A mnie sie plakac chce, jak na niego patrze i widze, ze go paszcza boli (czasem znienacka zaczyna krzyczec i rzucac glowka i machac lapka przy pysiu, okropne).
Mozna by wrocic do zastrzykow, ale wet nie uwaza za najlepszy pomysl usypianie go co 3 tygodnie, zeby dac lek. Oczywiscie wsadzanie golej tablety do pyszczka oczywiscie nie wchodzi w rachube z tym kotem.
PS
A tak na marginesie, to sasiadka, ktora sie nimi zajmowala przez swieta mowila, ze zdybal ja jakis babsztyl z okolicy ze niby jak smialam zabrac kota, co to niby do kogos nalezal (chociaz sie nim wcale nie zajmowal). Babsko nawet wiedzialo, ze kot ma chorobe pyszczka i dlatego nie je, ale oczywiscie nikt nie byl laskaw nic zrobic; dla niej pewnie lepiej, zeby kotem sie nikt nie byl zaopiekowal, tylko pozwolic kotkowi powoli umierac z zimna i glodu w cierpieniu...Cale czszescie, sasiadka ja sprowadzila do parteru i powiedziala, ze kotu jest dobrze tam, gdzie jest i ma sie babsko nie wtracac. Skad sie takie egzemplarze biora...