pi.asia
17.01.15, 20:53
Chop zadzwonił do mnie, żebym od razu po pracy wracała do domu na obiad, bo gorąca zupa itd. Jasne, i tak nigdzie się nie wybierałam, ale przez myśl nie przemknął mi nawet cień podejrzenia, co on knuje i dlaczego każe mi wracać prosto do domu.
Wróciłam, wypakowałam zakupy, po czym Chop poszedł do pokoju i wrócił z pytaniem, czy nie będę się gniewać. Uściślę - wrócił z pytaniem i z czymś jeszcze....
Coś ma podobno pół roku, jest kocurkiem, wykastrowanym, zaszczepionym, po kwarantannie, prościutko ze schroniska, do którego Chop pojechał w poszukiwaniu wymarzonego czarnulka z białymi łapkami. Czarnulka na stanie nie było, a rzeczone coś spojrzało na Chopa z głębi klatki wielkimi oczami i podbiło go kompletnie.
Oczy ma okrągłe i zdziwione, tak prezentuje się w całej okazałości:
Domownicy zareagowali w sposób dziwny. Opiekun społeczny Badyl od razu wziął pod skrzydła, obwąchał i zaakceptował.
Kłopot obwąchał i obmerdał
Fraszka pozwoliła do siebie podejść przy misce, Duszka nawet polizała małego po łebku, Amurka udaje że nie widzi. Najbardziej przeżywa wszystko Frutka. W sumie trudno się dziwić - tamte przeżywały liczne dokocenia, dla tej to nowość, że coś nagle przybyło do domu. No i została zdetronizowana z pozycji najmłodszej. Chodzi i robi za syrenę okrętową - buczy nawet głaskana i tulona na rękach.
A oto mały przy misce:
Roboczo małe dostało imię Ognik (bo znika nagle z pola widzenia jak błędny ognik). Uczciwie ujawnię, że imię wymyśliła Elżbieta. Ale jeszcze wszystko może się zmienić.
No i tak to, moi kochani, wygląda. Wyszłam do pracy, a w domu kotów przybyło.
Mam gniewać się na Chopa?....