neochuan odc. 15 - odwrót 11.05.04, 17:06 koledze J. wyraźnie w dodatku trochębardzo wysokość nie posłużyła. mało co nam nie padł. zaproponowałem odwrót. reszta chciała początkowo zdobywać koniecznie, ale nie było za bardzo jak. przechodząc w te i tamte most śnieżny, w końcu mogliśmy go trochębardzo naruszyć, a wtedy. pogoda zrobiła się bardzobardzo "white-out", czyli piździ, nic nie widać, śniegiem miata, a promieniowanie maksymalnie rozproszone żre skórę skutecznie i bez litościwie. do szczytu zabrakło równe 300 metrów w pionie i niecały kilometr w poziomie. powinniśmy się wycofywać 300 metrów niżej i kilometr co najmniej wcześniej... zejście po lodzie pod kątem 45-60 stopni 150 metrów do Vallota zajęło nam 2 godziny z okładem. kolega julek już czuł się lepiej, ale co chwila traciliśmy przyczepność i zjeżdzaliśmy Boogi-nie-wie-gdzie szorując czekanami, powiązani w szóstkę liną na szczęście. poniżej Vallota, o zachodzie już prawie, rozchorowała się Agnieszka w postaci że ją zemgliło. potem straciliśmy drogę z ranka (GPS nie namierzył wówczas jedynego, za to newralgicznego momentu - teraz to się zemściło). znaleźliśmy się na terenie prawie pozbawionym śniegu, całkowicie oblodzonym, a jedyne miejsca, gdzie kąt nachylenia pozwalał na pewne utrzymanie równowagi były szczelinami, pod cieniutką warstwą przemrożonego firnu. balansując między niemożliwością, a końcembliskim, schodziliśmy w ciemność... raz zjechała trójka z naszej szóstki, pozostali wbijając czekany w brzeg szczeliny, jakoś ich utrzymali... agnieszce zdrowie odmówiło nagle posłuszeństwa i zamiast niej mieliśmy tylko Jej postać, niczego nieświadomą, wiszącą na naprężonej linie w ciemności na lodzie. reszta Ją utrzymała, ale co dalej? spojrzałem na GPS -zdecydowanie wskazywał, że nie powinniśmy się tam kręcić... odwrót do Vallota przez szczeliny z pozbawioną świadomości Agnieszką był niemożliwy, gdy sami prawie nie mogliśmy się ruszyć ze względu na nachylenie zalodzonego stoku.GPS zaraz od zimna wysiadł. to samo zrobiły wszystkie komórki, oprócz jednej, która jednak nie wykazywała żadnych oznak zasięgu. było już zupełnie ciemno. byliśmy w pułapce. Odpowiedz Link
neochuan odc. 16 - noc straszliwa 11.05.04, 17:28 postanowiliśmy się podzielić. dwóch kolegów postanowiło (ze względu na szanse zasięgu i specjalny przycisk alarmowy) wrócić przez szczeliny do metalowego Vallota i stamtąd wzywać pomoc. namówiłem ich na zabranie liny którą początkowo chcieli nam zostawić. dobrze, że się udało, bo idąc ładnie zjechali raz... nasza czwórka (agnieszka obecna jedynie cieleśnie) została na 4236. w tym miejscu było trochę zmrożonego śniegu, więc z kolegą maćkiem wyryliśmy czekanami jamę o wymiarach gdzieś 1,5 na 2 metry i metr maksymalnie głęboką. jama, podobnie jak wcześniejsze schroniska też była oczywiście bezpłatna, a z pewnością jeszcze bardziej otwarta, bo nie miała ani dachu, ani trzech z czterech boków, jakie porządna jama mieć powinna. ułożyliśmy na dole folię srebrną (czyli NRC-etę). Maciek wziął zapobiegawczo swoje dwa raczej cienkie śpiwory. teraz się przydały na przód i boki zamiast ścian. ułożyliśmy się jedno na drugim, bo miejsca nie było na 4, a najwyżej na 1,5 osoby+plecaki. była godzina 22. nie wiedzieliśmy, czy chłopakom: 1. w ogóle udało się dotrzeć do Vallota, czy może gdzieś wlecieli/zjechali/łamane przez z pewnością połamane, jeśli nie zabite 2. czy, jeśli jednak dotarli do Vallota jest zasięg (komórki)/przycisk ratowniczy działa/nie działa 3. czy ze względu na pogodę/noc ratownicy do nas dotrą i czym (jeśli nie śmigłem, pieszo trzeba było liczyć ze 3 dni) siedzieliśmy pod drugą NRC-etą. stopniowo zaczynało coraz mocniej wiać i ją nam wyszarpywać z rąk. w dodatku była za mała na naszą czwórkę. w dodatku, Aga w jakimś dziwnym półomdleniu i jęcząc zdjęła buty. w dodatku nie byliśmy w stanie namówić/zmusić ją do ich ponownego założenia bo "one są mokreeeeee!!!". śnieg zaczął sypać coraz mocniej. od naszych oddechów para wodna skraplała się wewnątrz folii i skapywała na twarze i ubrania, po chwili zamarzając. z czasem śpiwory od zewnątrz i plecaki pokryły się półmetrowej grubości warstwą śniegu i zxamarzły. trwając w półśnie, a to zdawało nam się, że ktoś idzie, a to, że zaraz po nas przylecą... ostatecznie gdzieś w połowie nocy (a było z minus 10, albo 15, albo czort wie, nie mogąc ZDZIERŻYĆ (tak Dziadzie, tak!) kapiącej wody spod folii postanowiłem ostatecznie trzymać łeb na zewnątrz, co było może i głupie, za to skuteczne, bo w 5 minut miałem na twarzy nietopniejącą warstwę śniegu, co mnie chroniła od mroźnego wiatru dość skutecznie. tak dotrwaliśmy do 9 rano, ale nawet wtedy, gdy już zrobiło się jasno, widoczność nie przekraczała 5 metrów, panowała totalna mgła padał śnieg i wył wicher. nie mogliśmy dłużej czekać - żeby nie zamarznąć, musieliśmy schodzić w dół, bez względu na ewentualne konsekwencje natury poślizgowo-szczelinowej. kolegów ani widu ani słychu, liny, którą wzięli też... tyle, że Aga znów wiedziała co się wokół niej dzieje i kto my, tyle, że za cholerę nie mogła zamarzniętych na kość butów włożyć na takież samwe stopy... Odpowiedz Link
neochuan odc. 17 - ratunek 11.05.04, 17:45 przetrwaliśmy noc na 4236 bez namiotów, z dwoma cienkimi śpiworami i nieprzytomną agą. teraz należało zejść. być może było to (ze względu na topografię) niemożliwe. zacząć należało od się spakowania. trwało to z godzinę. Polegało zaś na połamaniu zamarzniętych dwóch śpiworów tak, aby weszły do plecaków. plecaki należało najpierw wygrzebać z ponadpółmetrowej warstwy śniegu, który nawiało/napadał przez noc. plecaki też zresztą były zamarznięte w różne dziwne kształty, całkiem niepasujące do dziwnych, ale inaczej, kształtów śpiworów. kolejnym problemem stało się założenie raków, a zwłaszvcza agnieszce butów. po dobrej godzinie nagle nad naszymi głowami zobaczyliśmy znajome postaci naszej dwójki kolegów. "przynajmniej jesteśmy w komplecie, no i jest lina!" - pewnie tak wtedy pomyślałem... chłopaki zdali relację ze swych poczynań - ostatecznie, po wielu dziwnych połączeniach nie wiadomo z kim, udało im się skontaktować z żandarmerią ratowniczą (fajoska kurcze organizacja, no nie?:) powiedzieli, że przylecą do nas wg namiarów z GPS-a, jak tylko się zrobi "ładna pogoda". ffffffff..... postanowiliśmy schodzić (ze względu na naszej czwórki jamowej ogólne zamarznięcie), a pogoda... o dziwo, pop[rawiała się dosłownie z każdą chwilą, umożliwiając nam orientację naoczną w terenie. pojawiło się nawet w dole nasze schronisko! po piętnastu minutach było całkowicie bezchmurnie, stok jednak z każdą chwilą stawał się coraz bardziej stromy. wybór mieliśmy dwojaki: z lewej śnieg wywiany do lodu i coraz stromiej, z prawej zwały nawianego śniegu i również coraz stromiej z opcją zjechania wraz z lawiną w miejsce nieznane, po środku niewielka skałka z dużym prawdopodobieństwem niestabilnego nawisu z sypkiego śniegu i zjazdu prosto w jakąś niewidoczną szczelinę, w które zwłaszcza okolice wszelkich skałek wprost obfitowały. najpierw wybraliśmy na lód, nie dało rady, musieliśmy się wycofać. potem w prawo pojedynczo przez świeży śnieg po pas po pachy, tak aby nie zrobić lawiny. w tym momencie usłyszeliśmy niezbyt może fonicznie ciekawy, ale dość bardzo upragniony dźwięk śmigieł. powitaliśmy wybrzydzającym: "łeeee, teraaaaz??";). no i byliśmy uratowani! Odpowiedz Link
szprota Szacunek, Neochuanie. 12.05.04, 18:49 Wiedziałam, ze się działo, ale nie wiedziałam, że aż tak:) Odpowiedz Link
neochuan Re: Szacunek, Neochuanie. 13.05.04, 14:24 ależ wszystko tak napardwę oki i już jest nawet w Polsce nasza koleżanka, co sobie dwa pedikiury krioterapią! :))) Odpowiedz Link
maginiak Aż dreszczy dostałam! 12.05.04, 10:55 Podziwiam. Zarówno treść którą szczerze poruszona jestem jako i formę, która surrealnie przepyszna. Gratuluję Chułłanie:-)) Odpowiedz Link
neochuan ja też mną częsło! 13.05.04, 14:27 maginiak napisała: > Podziwiam. a nie ma za co... Zarówno treść którą szczerze poruszona jestem ja też ;-) jako i formę, która > surrealnie przepyszna. no, bez przesady, pisane w wielkim skrócie i pośpiechu (relacji) z Głowy. Cała kronika wyjazdowa (stron 50 zeszytu) będzie na specjalnej stronie naszej wyprawy, gdy tylko się wklepywacz (wzorem aarda z Elbrusa) znijdzie. wtedy będzie jazda! Gratuluję Chułłanie:-)) a za coooooo???????;-P Odpowiedz Link
maginiak Re: ja też mną częsło! 13.05.04, 14:31 neochuan napisał: > a za coooooo???????;-P za ten niebieski sznurek Odpowiedz Link
maginiak Re: ja też mną częsło! 13.05.04, 15:27 czy nie lepsza jedna noc w śnieżnej jamie przebyta niż kilka blantów zdobytych? Odpowiedz Link
aard Fiuuu... 24.05.04, 14:44 No to ja przepraszawszy... Chułłanie, chylę czoła, żeście przyżyli i za coście przeżyli. A relacji rychłam tym niecierpliwiej, że sam mogę się ledwo pochwalić zagrożeniem, że się w morzu inwoluntarnie popluskam... Odpowiedz Link
neochuan nie żadne tam fiufiu 24.05.04, 14:51 tylko opowieści w weekend i zdjęcia. wiesz no gdzie. przybywajcie! Odpowiedz Link
aard Tyle że mam problem (kochana Kasiu!) 26.05.04, 09:37 Primo: miałem jechać w skały, ale chyba nie pojadę. Secundo: E. pracuje takoż w sobotę jak i w niedzielę Tertio: Banan organizuje spotkanie studencko-nostalgiczne w sobotni wieczór Quatro: nawet gdybym przezwyciężył pierwsze trzy, to nie mamy w E. czym dojechać :-( Odpowiedz Link
aard Uzupełnienie-przekierowanie 26.05.04, 10:40 Więcej w sprawie i reszta dyskusji tutaj: Łikendowych okoliczności splot - oby - słoneczny Odpowiedz Link
neochuan przekierowanieUzupełnienie- 26.05.04, 12:14 przekierowany byłem to ja. ale łajzie minęłło :) Odpowiedz Link
aard przechorowane UZI spełnienie 27.05.04, 08:58 Czuję się jak sito, ale przynajmniej są niezłe widoki... przeze mnie. Odpowiedz Link
neochuan ODCINEK 18 (Środkowy epilog) 28.05.04, 15:55 ponieważ dziś czwartek (lub piątek), oto obiecany c.d., ale jeszcze nieostatni: a było tak: po wylądowaniu najpierw zostaliśmy groźnie spisani przez żandarmów! a dlaczego przez nich? bo nas ratowali właśnie żandarmeria - specjalny oddział do ratunku, a nie taka prowizorka jak u nas... stąd też sprzęt, którym lecieliśmy jak z hamerykańskich filmów o rambach, ale szczerze powiedziawszy w związku z całą sytuacją ledwośmy to zapercepowali i właściwie dopiero już po lądunku. wcześniej też była jazda w locie, bo chłopaki wcale po nas nie wylądowali, bo nie było gdzie, a tylko opuścili taką wyciągarkę i ratownika, który nas przypiął i takeśmy dwoma helikopterami na zmianę w jedną/dwie osoby WISZĄC latali chyba wyżej od Blanca! :))). po wylądowaniu i spisaniu nas na dzień dobry kazali nam buty i rękawiczki (dobrze, że nic innego!:) zdejmować, co by sprawdzić, czy nikomu nie zechce paluszek odpaść. dwie nasze jamowo-śnieżne koleżanki zostały wytypowane nawet do szpitala, a reszta została wyrzucona na trawnik wraz ze wszystkimi gratami naszymi ze schroniska na 3800, bośmy zagrozili, że zaraz tam po nasze cenne garnki i śpiwory wrócimy, jak nam nie przywiozą i bardzo się tego widocznie wystraszyli, że za cztery dni (jak tam doczłapiemy z Szamoniksa) znów będą musieli kursować po nas i to znów na parę zmian. w ogóle byli tak gorliwi, że zwieźli wszystko, a nawet więcej, bo mi schroniskowe kapcie (jak z muzeum:) i całą skrzynię żarcia po poprzednich wyprawach (lubella, kaszki, śmietanka do kawy i płatki i polskie zupki chińskie i rybki:), do której wcześniej też wcześniej się dołożyliśmy w błogim przeświadczeniu, że żegnamy się z ponadprogramowymi dwoma kilogramami smalcu, a tu niespodzianka... co gorsza, wszystko to wrzucili jak popadło do plecaka kol. Magdy, który był widocznie najbardziej pusty... no możesz sobie WYoBABRAzić z jakiemi skutkoma... tymczasem Magda niczego nieświadoma czuła się najszczęśliwsza chyba ze wszystkich, bo właśnie w szpitalu się okazało, że nic jej nie jest, ale nim się okazało, dostała (wraz z Agnieszką) szpitalny obiad- gigant gratis. po czym wyszła. my teżśmy ukontentowanemi byli, jak się okazało, że transport śmigłem na osobę wyniósłby po 90 eurów/głowę, ale: 1. do 30.04. pokrywało nam ubezpieczenie 2. od 1.05. w związku z wejściem RP do UE obywatele (i obywatelki!) naszego pięknego kraju są wożeni (podobnie jak inni członkowie UE) GRATIS! no, a myśmy wzywali pierwszego wieczorem:)))))) tymczasem siedząc na słoneczku (niesamowity szok termiczny i wysokościowy: w jakieś 5-10 minut gdzieś z minus15 i 4200m na plus20 i niecały1000m!) śmy się rozmrażali. początkowo żadna z kurtek nie chciała otworzyć suwaka, ale szybko puściły pod wpływem gorąca. i nikt nie wpadł do głowy na pomysł przez dobre 20 minut, że JUŻ MOŻNA ZDJĄĆ kurtki! bo każdy miał w podświadomości, jak strasznie zimno jest na zewnątrz! :))) tymczasem w szpitalu okazało się, że z Agą jest kiepsko i że prawdopodobnie będzie musiała profilaktycznie zostać na obserwacji ze trzy dni. niezrażeni tym faktem całą resztą pozowaliśmy do serii pamiątkowych fotek, ponieważ zjwił się (i już pozostał prawie na resztę dnia) fotoreporter z Francuskiej Agencji Fotoprasowej (jakiejś największej we Francji) i koniecznie chciał a to my z flagą, a to my bez flagi, a to z ratownikami, a to helikopter, a to unia, a to blanc, a to idea, co nam przyświecała (póki bateria nie padła:))), a to wywiadzik króciuchny chyba nonphoblem?a to nasz bałagan wysypany na podjazd trawnikowy do żandarmerii atotamto - atosiamto itede itepe... potem byliśmy podobno w lokalnej gazecie i w ogóle zdaje się, że sezon ogórkowy w pełni... ledwośmy na wieczór się opędzili, a żeby uzupełnić nasze płyny organiczne (byliśmy potwornie odwodnieni - od jakichś 16 godzin nie mieliśmy nic do picia+wysokość i wysiłek!), poszliśmy na piwo. po 6,5 euro... w ogóle, to tuż po wylądowaniu ZJEDLIŚMY cherry-coke w kryształkach, (którą zabraliśmy, by obalić na szczycie), nie mając cierpliwości czekać, aż STOPNIEJE:). i okupowaliśmy pół dnia latrynę żandarmów, bo w środu był kranik z H2O... ponieważ aga musiała posiedzieć w szpitalu (pełen komfort - izolatka z prysznicem!), co tu robić?? no, poszliśmy następnego dnia... w góry:))) tym razem na drugą stronę doliny szamonixiańskiej. gdy wdrapywaliśmy się na blanc, wydały nam się te pagórki takie bieszczadowate. no to po co czekan/lina/uprzęże? tyle że miały po 2300-2500 wysokości. zostawiliśmy w zaparkowanym samochodzie agi przed szpitalem i dawaj! początkowo nawet było miło. do dnia drugiego, kiedyśmy weszli w nawisy śnieżne z opcją zerwania gwałtownego. jednocześnie zaś przyszło PRAWDZIWE załamanie pogody, przy którym jama wydawała się wprawdzie zimniejsza, za to zdecydowanie suchsza. bo widoczność zrobiła się zerowa i zaczął LAĆ ŚNIEG. tak, lać. strugi przylepiającego się nawet do goreteksów czegoś i huraganowy, prawie wywracający wichr. a do tego mokrutki śnieg po pas, po wyżej i niewidoczne nawisy gdzieś pod nami... byliśmy wtedy już tyko we trójkę, bo dwóch kolegów (tych, co to poszli z jamy dzwonić po ratunek) pojechało już do Łodzi stopem, no, a aga siedziała w ciepełku szpitalnym. tego dnia od rana szliśmy zamiast szlakiem (którego śladów nigdzie pod metrową warstwą śniegu i powyżej lasów - teren jeśli chodzi o potencjalną roślinność - mniej więcej jak w górach bez lasu - nie było) śladami rakiet śnieżnych. no, rakiety służą temu, żeby się właśnie nie zapadać, ale same ich ślady już tej funkcji bynajmniej nie pełnią... a wiodły nawisami, granią skalną... a my tylko kijki, bo raki przy takim mokrym śniegu na nic... jakoś żeśmy przeszli najbardziej eksponowane odcinki strącając co chwila minilawinki raz w lewo, a raz w prawo, a przeważnie jednocześnie, tak było wąsko. pojawił się kolejny problem: jak we mgle znaleźć zejście z grzbietu na przełęcz. a zejść musieliśmy, bo tak prowadziły wszystkie szlaki w dół, z powrotem do chamonixu, a poza tym na mapie było schronisko na przełęczy - skoro do tej pory wszystkie napotykane były puste, darmowe i, co najważniejsze OTWARTE - tu nie mogło być inaczej! zwłaszcza, że wszystko było mokre do suchej nitki, a ta była równie mokra. niestety, ślady rakiet poszły na ciąg dalszy grzbietu, już taki typu może jeszcze nie Orla Perć, ale w dalszej perspektywie (sądząc z mapy) i owszem. na minutę zrobiła się widoczność na kilkaset metrów i ujrzeliśmy coś, co wyglądało na kawałek dachu. w te pędy w dół i już bardziej na czuja i owszem - schronisko, jak się patrzy, tyle, że zamknięte na głucho! rozbiliśmy się na kawałku nagiej skały bardzo z kałużami bryi w ten sposób, że w jednej dwójce była nasza trójka, a w drugiej bagno, czyli wszystko, co mieliśmy i kilka dużych kamieni dodatkowo, żebyśmy naszych drogich tobołów razem z plecakami z powodu wiatru nie stracili. a groziło realnie, a także jeśli nie porwanie całości, to porwanie na części. w nocy bryja z nieba przeszła PŁYNNIE w Znacznie Większą Bryję z Nieba, ale przynajmniej nic nie zamarzało bo było tak z plus zero. a rano... rano obudziło nas pińcet kilo śniegu na namiotach z którego wyciekała woda i ściekała do środka, bo śnieg przygniatając namioty spowodował zetknięcie tropików (jak abstrakcyjnie brzmiący termin w stosunku do rzeczywistości!) i sypialek, a sypialki do nas i naszych śpiworów... zwinęliśmy ten cały bałagan dopiero przed 14:00, choć nie spaliśmy gdzieś od 6 rano... i jak tu schodzić? wszędzie siąpi mgła, metr śniegu, teren bezdrzewny, a szlaku ani dudu no i znów coraz stromiej... w pewnym momencie władowaliśmy się w niezłe maliny: na zmianę schodzące pod kątem 45 stopni grzędy skalne znów nawisiaste i śnieżne kuluary tylko czekające, żeby spuścić nimi jakąś lawinę i przy okazji nimi zjechać. albowiem pod spodem nie były maliny, a pokrewne jałowce, rododendrony i jakieś jeszcze insz Odpowiedz Link
neochuan ODCINEK 18 (Środkowy epilog, cz.2) 28.05.04, 16:06 insze rabarbary... bardzo szybki, a niespodziany dające poślizg wraz z wierzchnią warstwą wodośniegu. a myśmy, choć chcieli w dół, to jednak nie tak radykalnie, bo zjazd groził rozbiciem się o jakieś skałki 10, 20, czy sto metrów niżej. najpierw pojechałem ja. nie wiedząc dokąd i po co. to jest coś niesamowitego, jak szybko nabiera się przy czymś takim rozpędu! po kilkunastu metrach, jadąc głową do góry i na brzuchu, w jakieś łozy zaryłem i się ucieszyłem, bo na dalszym potencjalnym torze saneczkowym nie było już żadnych łóz aż po henhen, a tam szpiczaste skałki ;]]] kazałem reszcie zjechać za mną, ale nie musiałem, bo nim kazałem, to i tak dobili do łozy w identyczny sposób. tyle, że wryli się głębiej, bo im trasę wyślizgałem:). a dalej było tak samo: kawałek, dopóki się dało czepiając się rękami i leżąc na brzuchu próba trawersowania czołgając/pełzając do momentu, gdy np. jałowiec/trzciny się wyrywały i znów zjazd do najbliższego krzaka... raz kol. Magda ominęła najbliższy i pojechała skrótem, jednak Jej się to doprawdy nie opłaciło, bo Ją podczas jazdy obróciło na plecy głową w dół i takoż zaryła i potem nie mogliśmy Jej większej połowy wyplątać z plątaniny krzaka (na szczęście nie był to jałowiec!), śniegu, Jej własnych kijków i rąk i głowy, którym to wszystkim wryła w to wszystko... "nie no, wyśmieją nas", ale trzeba znów dzwonić po wiertalioty... "ale nas wyśmieją naprawdę!' - "no, to nie dzwonimy!" jeszcze jeden grzbiet i oto... zakosy zasypanego, ale wyraźnego szlaku. puf! szliśmy (jeśli to, co tam wyprawialiśmy, można nazwać chodzeniem) cały czas wzdłuż niego, tylko ten ostatni grzbiecik nam zasłaniał. w szamonixie byliśmy biegiem. a dysc loł, a wiotr wioł. a agnieszka... okazało się, że jeszcze musi siedzieć 5 dni w szpitalu! hm, w góry?? NIEEEEEEE!!!!!! do domu!!! autostopem. pierwej jednak jeszcze obwiesiliśmy na cały dzień Jej izolatkę WSZYSTKIMI ciuchami, co były mokre (czyli wszystkimi, które mieliśmy na sobie i które były też mokre, ale nago lasa chodzić po Francji nie wypada). każdy też rzecz jasna skorzystał z prysznica w izolatce, a pielęgniarki, gdy weszły... hmmmm..., wyszły. woda w prysznicu była wprawdzie mokra, ale przy tym po raz pierwszy od 10 dni CIEPŁA! przenocowaliśmy na kempingu za darmo, bo był zamknięty, a rano obudził nas śnieg z deszczem i pani pilnująca kempingu i przepraszająca, że sklepik zamknięty czy coś... jak miło. spytała się kto my? my: poloneze! ona: krejzi polonez from helikopters?? my: łi. jak miło. no i pożegnaliśmy agę i Jej samochodzik i ruszyliśmy stopami (nieodmrożonemi) nach polen. niestety, nie był to koniec groźnych przygód naszych, choć nie były one już związane z górami, a właśnie z autostopem... ale o tym znów kiedyś:) ps. co do Agnieszki, to okazało się, że ma odmrożone trochę paluszki u jednej drugiej nóżki. najpierw odpadły Jej dwa... paznokcie, teraz (jest już w domu) kawałek jednego palca, a drugi też już się ponoć szykuje... no i musi chodzić w sandałkach na ściankę wspinaczkową... Odpowiedz Link
aard Ten wątek jest FAJNY 31.05.04, 12:47 Musi być nad kreską. Chułłanie, odbierz maila w sprawie nie cierpiącej złotejstoki. Odpowiedz Link
neochuan nie odebabrałem maila [priv] 31.05.04, 14:36 bo nic nie doszło. a czy to jakiś ważny mail? i ma-ile on ważny?? a może nie cierpiący trupy??? w takim razie posłaj go jeszcze raz! Odpowiedz Link
aard To włacz ałtluka ;) 31.05.04, 14:48 Ponawiam. Mail ważny o tyle, o ile nie jedzie z Tetry. Odpowiedz Link
dziad_borowy Re: about: blank 04.08.04, 12:30 JADEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!! :)))))))))- zakrzyknal Neo i jak obiecal, tak zrobil. Wrocil, byly usciski, blys fleszy, relacje, spotkania i temu podobne rzeczy. Niby wszystko zostalo powiedziane na temat tej wyprawy. Niby. Bo oto na swiatlo dzienne wyszedl pewien fakt. Ostro przemilczany fakt, dodajmy: info.onet.pl/959337,16,1,0,120,686,item.html "Ociepleniem klimatu na ziemi" hłehłe Dziady wiedza swoje. Nie to, zebym Cie Kieło oskarzal, nie, nie, absolutnie. Ale powiedz, do diaska, co zrobiles Kieło z tymi metrami!!!! W imieniu ludzkosci apeluje do Ciebie, oddaj!!! Nieladnie Kieło, nieladnie:-)))) Dzierżboryzacja nieustająca!!!! Odpowiedz Link
aard Re: PRÓBY ATOMOWE W LATACH 50. I 60.??? 04.08.04, 13:11 Ktoś wie, o co chodzi? W Alpach TESTOWALI broń jądrową???!!! Odpowiedz Link
dziad_borowy Żeby nie było 26.08.04, 12:58 ze niby Neo nie przyuwazyl cy cuś. Niechcacy oczywiscie nie przyuwazyl. Apel swoj ponawiam. Dzierżboryzacja zębów fluoryzacja!!!! Odpowiedz Link
neochuan Żaby nie było 08.09.04, 12:13 ja tam uważam, że jeśli grzyby, to zwłszcza jądrowe. co za wąt... ;-P . podpisał: alp enis Odpowiedz Link
huann about: blank - zapraszamy na www :))) 15.06.05, 23:32 z najprzyjemniejszą przyjemnością, W Imieniu Kaszkadera i swoim skromnym, ale własnym mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Specjalną Stronę Jeszcze W Trakcie Tworzenia o naszej wyprawie na MtBlanc w zeszłym roku! Kto mi ukradł śnieg z kubeczka?! Strona będzie rozwijać się sukcesywnie, a więc i sukcesywnie należy na nią zerkać. z czasem wszystko się odSłoni!!! Odpowiedz Link
szprota ===================AlpenLiebe==== ================= 09.03.07, 21:17 Z MMSa do Aarda: Majne Alpenliebe! Framlasku alle eine kleine pięterken de alpejskien ptasien mleczken in order to gefühl the Geschmack alpejskiego milka sytego truppen w Schafe. Dzierżbleiben! Aletsch ja nieotym. Dzierżcie szwajcarskie dziewice! Odpowiedz Link
szprota |^---^___^^SMS zodHuanni^---^___^^| 10.03.07, 23:01 10.03.2007 21:20 DOJECHALISMY 48 KM OD LODOWCA NASZEGO W 19 H, A TU DROGA ZAMKNIENTA! WIENC MUSIMY OBJECHAC CAUOM SZWAJCARIE - 550 KM DZIS JESZCZE! JEST MRUZ I MNUSTWO GWIAZD! Odpowiedz Link
szprota |^---^___^^SMS zodHuanni^---^___^^| 11.03.07, 14:39 11.03.2007 10:34 (...) FANTASTYCZNY PORANEK W GRIND.*, WIDOKI TAKIE, RZE MAUY NAWET TWIERDZI, RZE CZEGOS TAKIEGO NIE WIDZIAU! -- * Grindelwald. Okazuje się, że zamiast objeżdżać całe Alpy (bo wpierw wybrali trasę, co sezonową od czerwca okazała się była) mogą wjechać autem do pociągu byle jakiego i wjechać, gdzie trza. A ściana na Eigerze przypomina smerfowe miasteczko :) Odpowiedz Link
szprota |^---^___^^SMS zodHuanni^---^___^^| 12.03.07, 21:37 12.03.2007 21:30 POGODA SUPER ALE NIC NIE PRZEDEPTANE PRAKTYCZNIE NIE DA SIE CHODZIC DZIS ZROBILISMY 700M W GURE W 8H SPIMY PRZY CHATKACH NA 2100 (...) Odpowiedz Link
mag.gie |^---^___^^MMSodAarda^---^___^^| 14.03.07, 22:26 streszczenie dokładnie. Dziś pogoda jak zwykle jak drut, więc poszliśmy na piękną, łatwą graniówkę. Jeno miejsce za 4- a tak to max 2, ale piękne okoliczności, lotna asekuracja, prawdziwy alpinizm (...)Obóz czekał rozbity, bo poszliśmy na lekko i wróciliśmy do naszej stacji narciarskiej:) Tutaj zima w chuj, ale ciepło bo we czterech w namiocie gramy w karty. Szkoda, że Huann nie umie grać w brydża :/Aha, spało się chujowo, nawet nie z zimna, tylko z twardości. prawie lód! a jutro schodzimy do samochodu! pojutrze gdzieś jedziemy i w sobotę zasuwam do Mag.gie (...) ech... Odpowiedz Link