Dodaj do ulubionych

about: blank

    • neochuan odc. 15 - odwrót 11.05.04, 17:06
      koledze J. wyraźnie w dodatku trochębardzo wysokość nie posłużyła. mało co nam
      nie padł. zaproponowałem odwrót. reszta chciała początkowo zdobywać koniecznie,
      ale nie było za bardzo jak. przechodząc w te i tamte most śnieżny, w końcu
      mogliśmy go trochębardzo naruszyć, a wtedy.
      pogoda zrobiła się bardzobardzo "white-out", czyli piździ, nic nie widać,
      śniegiem miata, a promieniowanie maksymalnie rozproszone żre skórę skutecznie i
      bez litościwie.

      do szczytu zabrakło równe 300 metrów w pionie i niecały kilometr w poziomie.
      powinniśmy się wycofywać 300 metrów niżej i kilometr co najmniej wcześniej...

      zejście po lodzie pod kątem 45-60 stopni 150 metrów do Vallota zajęło nam 2
      godziny z okładem. kolega julek już czuł się lepiej, ale co chwila traciliśmy
      przyczepność i zjeżdzaliśmy Boogi-nie-wie-gdzie szorując czekanami, powiązani w
      szóstkę liną na szczęście.
      poniżej Vallota, o zachodzie już prawie, rozchorowała się Agnieszka w postaci
      że ją zemgliło. potem straciliśmy drogę z ranka (GPS nie namierzył wówczas
      jedynego, za to newralgicznego momentu - teraz to się zemściło). znaleźliśmy
      się na terenie prawie pozbawionym śniegu, całkowicie oblodzonym, a jedyne
      miejsca, gdzie kąt nachylenia pozwalał na pewne utrzymanie równowagi były
      szczelinami, pod cieniutką warstwą przemrożonego firnu. balansując między
      niemożliwością, a końcembliskim, schodziliśmy w ciemność...
      raz zjechała trójka z naszej szóstki, pozostali wbijając czekany w brzeg
      szczeliny, jakoś ich utrzymali... agnieszce zdrowie odmówiło nagle
      posłuszeństwa i zamiast niej mieliśmy tylko Jej postać, niczego nieświadomą,
      wiszącą na naprężonej linie w ciemności na lodzie. reszta Ją utrzymała, ale co
      dalej?
      spojrzałem na GPS -zdecydowanie wskazywał, że nie powinniśmy się tam kręcić...
      odwrót do Vallota przez szczeliny z pozbawioną świadomości Agnieszką był
      niemożliwy, gdy sami prawie nie mogliśmy się ruszyć ze względu na nachylenie
      zalodzonego stoku.GPS zaraz od zimna wysiadł. to samo zrobiły wszystkie
      komórki, oprócz jednej, która jednak nie wykazywała żadnych oznak zasięgu.
      było już zupełnie ciemno.

      byliśmy w pułapce.
    • neochuan odc. 16 - noc straszliwa 11.05.04, 17:28
      postanowiliśmy się podzielić. dwóch kolegów postanowiło (ze względu na szanse
      zasięgu i specjalny przycisk alarmowy) wrócić przez szczeliny do metalowego
      Vallota i stamtąd wzywać pomoc. namówiłem ich na zabranie liny którą początkowo
      chcieli nam zostawić. dobrze, że się udało, bo idąc ładnie zjechali raz...
      nasza czwórka (agnieszka obecna jedynie cieleśnie) została na 4236. w tym
      miejscu było trochę zmrożonego śniegu, więc z kolegą maćkiem wyryliśmy
      czekanami jamę o wymiarach gdzieś 1,5 na 2 metry i metr maksymalnie głęboką.
      jama, podobnie jak wcześniejsze schroniska też była oczywiście bezpłatna, a z
      pewnością jeszcze bardziej otwarta, bo nie miała ani dachu, ani trzech z
      czterech boków, jakie porządna jama mieć powinna. ułożyliśmy na dole folię
      srebrną (czyli NRC-etę). Maciek wziął zapobiegawczo swoje dwa raczej cienkie
      śpiwory. teraz się przydały na przód i boki zamiast ścian. ułożyliśmy się jedno
      na drugim, bo miejsca nie było na 4, a najwyżej na 1,5 osoby+plecaki. była
      godzina 22. nie wiedzieliśmy, czy chłopakom:
      1. w ogóle udało się dotrzeć do Vallota, czy może gdzieś
      wlecieli/zjechali/łamane przez z pewnością połamane, jeśli nie zabite
      2. czy, jeśli jednak dotarli do Vallota jest zasięg (komórki)/przycisk
      ratowniczy działa/nie działa
      3. czy ze względu na pogodę/noc ratownicy do nas dotrą i czym (jeśli nie
      śmigłem, pieszo trzeba było liczyć ze 3 dni)
      siedzieliśmy pod drugą NRC-etą. stopniowo zaczynało coraz mocniej wiać i ją nam
      wyszarpywać z rąk. w dodatku była za mała na naszą czwórkę. w dodatku, Aga w
      jakimś dziwnym półomdleniu i jęcząc zdjęła buty. w dodatku nie byliśmy w stanie
      namówić/zmusić ją do ich ponownego założenia bo "one są mokreeeeee!!!". śnieg
      zaczął sypać coraz mocniej. od naszych oddechów para wodna skraplała się
      wewnątrz folii i skapywała na twarze i ubrania, po chwili zamarzając. z czasem
      śpiwory od zewnątrz i plecaki pokryły się półmetrowej grubości warstwą śniegu i
      zxamarzły. trwając w półśnie, a to zdawało nam się, że ktoś idzie, a to, że
      zaraz po nas przylecą... ostatecznie gdzieś w połowie nocy (a było z minus 10,
      albo 15, albo czort wie, nie mogąc ZDZIERŻYĆ (tak Dziadzie, tak!) kapiącej wody
      spod folii postanowiłem ostatecznie trzymać łeb na zewnątrz, co było może i
      głupie, za to skuteczne, bo w 5 minut miałem na twarzy nietopniejącą warstwę
      śniegu, co mnie chroniła od mroźnego wiatru dość skutecznie. tak dotrwaliśmy do
      9 rano, ale nawet wtedy, gdy już zrobiło się jasno, widoczność nie przekraczała
      5 metrów, panowała totalna mgła padał śnieg i wył wicher. nie mogliśmy dłużej
      czekać - żeby nie zamarznąć, musieliśmy schodzić w dół, bez względu na
      ewentualne konsekwencje natury poślizgowo-szczelinowej. kolegów ani widu ani
      słychu, liny, którą wzięli też...
      tyle, że Aga znów wiedziała co się wokół niej dzieje i kto my, tyle, że za
      cholerę nie mogła zamarzniętych na kość butów włożyć na takież samwe stopy...
    • neochuan odc. 17 - ratunek 11.05.04, 17:45
      przetrwaliśmy noc na 4236 bez namiotów, z dwoma cienkimi śpiworami i
      nieprzytomną agą. teraz należało zejść. być może było to (ze względu na
      topografię) niemożliwe.
      zacząć należało od się spakowania. trwało to z godzinę.
      Polegało zaś na połamaniu zamarzniętych dwóch śpiworów tak, aby weszły do
      plecaków. plecaki należało najpierw wygrzebać z ponadpółmetrowej warstwy
      śniegu, który nawiało/napadał przez noc. plecaki też zresztą były zamarznięte w
      różne dziwne kształty, całkiem niepasujące do dziwnych, ale inaczej, kształtów
      śpiworów. kolejnym problemem stało się założenie raków, a zwłaszvcza agnieszce
      butów.
      po dobrej godzinie nagle nad naszymi głowami zobaczyliśmy znajome postaci
      naszej dwójki kolegów. "przynajmniej jesteśmy w komplecie, no i jest lina!" -
      pewnie tak wtedy pomyślałem...
      chłopaki zdali relację ze swych poczynań - ostatecznie, po wielu dziwnych
      połączeniach nie wiadomo z kim, udało im się skontaktować z żandarmerią
      ratowniczą (fajoska kurcze organizacja, no nie?:)
      powiedzieli, że przylecą do nas wg namiarów z GPS-a, jak tylko się zrobi "ładna
      pogoda". ffffffff.....
      postanowiliśmy schodzić (ze względu na naszej czwórki jamowej ogólne
      zamarznięcie), a pogoda... o dziwo, pop[rawiała się dosłownie z każdą chwilą,
      umożliwiając nam orientację naoczną w terenie. pojawiło się nawet w dole nasze
      schronisko!
      po piętnastu minutach było całkowicie bezchmurnie, stok jednak z każdą chwilą
      stawał się coraz bardziej stromy. wybór mieliśmy dwojaki: z lewej śnieg wywiany
      do lodu i coraz stromiej, z prawej zwały nawianego śniegu i również coraz
      stromiej z opcją zjechania wraz z lawiną w miejsce nieznane, po środku
      niewielka skałka z dużym prawdopodobieństwem niestabilnego nawisu z sypkiego
      śniegu i zjazdu prosto w jakąś niewidoczną szczelinę, w które zwłaszcza okolice
      wszelkich skałek wprost obfitowały. najpierw wybraliśmy na lód, nie dało rady,
      musieliśmy się wycofać. potem w prawo pojedynczo przez świeży śnieg po pas po
      pachy, tak aby nie zrobić lawiny. w tym momencie usłyszeliśmy niezbyt może
      fonicznie ciekawy, ale dość bardzo upragniony dźwięk śmigieł. powitaliśmy
      wybrzydzającym: "łeeee, teraaaaz??";). no i byliśmy uratowani!
    • neochuan odc. 18 (prolog) 11.05.04, 17:45
      reszta w czwartek/piątek. dzierżblanc!
      • szprota Szacunek, Neochuanie. 12.05.04, 18:49
        Wiedziałam, ze się działo, ale nie wiedziałam, że aż tak:)
        • neochuan Re: Szacunek, Neochuanie. 13.05.04, 14:24
          ależ wszystko tak napardwę oki i już jest nawet w Polsce nasza koleżanka, co
          sobie dwa pedikiury krioterapią! :)))
    • maginiak Aż dreszczy dostałam! 12.05.04, 10:55
      Podziwiam. Zarówno treść którą szczerze poruszona jestem jako i formę, która
      surrealnie przepyszna. Gratuluję Chułłanie:-))
      • neochuan ja też mną częsło! 13.05.04, 14:27
        maginiak napisała:

        > Podziwiam.
        a nie ma za co...
        Zarówno treść którą szczerze poruszona jestem
        ja też ;-)
        jako i formę, która
        > surrealnie przepyszna.
        no, bez przesady, pisane w wielkim skrócie i pośpiechu (relacji) z Głowy. Cała
        kronika wyjazdowa (stron 50 zeszytu) będzie na specjalnej stronie naszej
        wyprawy, gdy tylko się wklepywacz (wzorem aarda z Elbrusa) znijdzie. wtedy
        będzie jazda!
        Gratuluję Chułłanie:-))
        a za coooooo???????;-P
        • maginiak Re: ja też mną częsło! 13.05.04, 14:31
          neochuan napisał:
          > a za coooooo???????;-P

          za ten niebieski sznurek
          • neochuan Re: ja też mną częsło! 13.05.04, 14:33
            a cha
            • maginiak Re: ja też mną częsło! 13.05.04, 15:27
              czy nie lepsza jedna noc w śnieżnej jamie przebyta niż kilka blantów zdobytych?
              • neochuan Re: ja też mną częsło! 13.05.04, 17:06
                mów mi jamnik;-)))
    • aard Fiuuu... 24.05.04, 14:44
      No to ja przepraszawszy...

      Chułłanie, chylę czoła, żeście przyżyli i za coście przeżyli. A relacji rychłam
      tym niecierpliwiej, że sam mogę się ledwo pochwalić zagrożeniem, że się w morzu
      inwoluntarnie popluskam...
      • neochuan nie żadne tam fiufiu 24.05.04, 14:51
        tylko opowieści w weekend i zdjęcia. wiesz no gdzie. przybywajcie!
        • aard Tyle że mam problem (kochana Kasiu!) 26.05.04, 09:37
          Primo: miałem jechać w skały, ale chyba nie pojadę.
          Secundo: E. pracuje takoż w sobotę jak i w niedzielę
          Tertio: Banan organizuje spotkanie studencko-nostalgiczne w sobotni wieczór
          Quatro: nawet gdybym przezwyciężył pierwsze trzy, to nie mamy w E. czym
          dojechać :-(
          • aard Uzupełnienie-przekierowanie 26.05.04, 10:40
            Więcej w sprawie i reszta dyskusji tutaj:

            Łikendowych okoliczności splot - oby - słoneczny
            • neochuan przekierowanieUzupełnienie- 26.05.04, 12:14
              przekierowany byłem to ja. ale łajzie minęłło :)
              • aard przechorowane UZI spełnienie 27.05.04, 08:58
                Czuję się jak sito, ale przynajmniej są niezłe widoki... przeze mnie.
    • neochuan ODCINEK 18 (Środkowy epilog) 28.05.04, 15:55
      ponieważ dziś czwartek (lub piątek), oto obiecany c.d., ale jeszcze nieostatni:

      a było tak:
      po wylądowaniu najpierw zostaliśmy groźnie spisani przez żandarmów! a dlaczego
      przez nich? bo nas ratowali właśnie żandarmeria - specjalny oddział do ratunku,
      a nie taka prowizorka jak u nas... stąd też sprzęt, którym lecieliśmy jak z
      hamerykańskich filmów o rambach, ale szczerze powiedziawszy w związku z całą
      sytuacją ledwośmy to zapercepowali i właściwie dopiero już po lądunku.
      wcześniej też była jazda w locie, bo chłopaki wcale po nas nie wylądowali, bo
      nie było gdzie, a tylko opuścili taką wyciągarkę i ratownika, który nas
      przypiął i takeśmy dwoma helikopterami na zmianę w jedną/dwie osoby WISZĄC
      latali chyba wyżej od Blanca! :))). po wylądowaniu i spisaniu nas na dzień
      dobry kazali nam buty i rękawiczki (dobrze, że nic innego!:) zdejmować, co by
      sprawdzić, czy nikomu nie zechce paluszek odpaść. dwie nasze jamowo-śnieżne
      koleżanki zostały wytypowane nawet do szpitala, a reszta została wyrzucona na
      trawnik wraz ze wszystkimi gratami naszymi ze schroniska na 3800, bośmy
      zagrozili, że zaraz tam po nasze cenne garnki i śpiwory wrócimy, jak nam nie
      przywiozą i bardzo się tego widocznie wystraszyli, że za cztery dni (jak tam
      doczłapiemy z Szamoniksa) znów będą musieli kursować po nas i to znów na parę
      zmian. w ogóle byli tak gorliwi, że zwieźli wszystko, a nawet więcej, bo mi
      schroniskowe kapcie (jak z muzeum:) i całą skrzynię żarcia po poprzednich
      wyprawach (lubella, kaszki, śmietanka do kawy i płatki i polskie zupki chińskie
      i rybki:), do której wcześniej też wcześniej się dołożyliśmy w błogim
      przeświadczeniu, że żegnamy się z ponadprogramowymi dwoma kilogramami smalcu, a
      tu niespodzianka... co gorsza, wszystko to wrzucili jak popadło do plecaka kol.
      Magdy, który był widocznie najbardziej pusty... no możesz sobie WYoBABRAzić z
      jakiemi skutkoma... tymczasem Magda niczego nieświadoma czuła się
      najszczęśliwsza chyba ze wszystkich, bo właśnie w szpitalu się okazało, że nic
      jej nie jest, ale nim się okazało, dostała (wraz z Agnieszką) szpitalny obiad-
      gigant gratis. po czym wyszła. my teżśmy ukontentowanemi byli, jak się okazało,
      że transport śmigłem na osobę wyniósłby po 90 eurów/głowę, ale: 1. do 30.04.
      pokrywało nam ubezpieczenie 2. od 1.05. w związku z wejściem RP do UE obywatele
      (i obywatelki!) naszego pięknego kraju są wożeni (podobnie jak inni członkowie
      UE) GRATIS! no, a myśmy wzywali pierwszego wieczorem:)))))) tymczasem siedząc
      na słoneczku (niesamowity szok termiczny i wysokościowy: w jakieś 5-10 minut
      gdzieś z minus15 i 4200m na plus20 i niecały1000m!) śmy się rozmrażali.
      początkowo żadna z kurtek nie chciała otworzyć suwaka, ale szybko puściły pod
      wpływem gorąca. i nikt nie wpadł do głowy na pomysł przez dobre 20 minut, że
      JUŻ MOŻNA ZDJĄĆ kurtki! bo każdy miał w podświadomości, jak strasznie zimno
      jest na zewnątrz! :))) tymczasem w szpitalu okazało się, że z Agą jest kiepsko
      i że prawdopodobnie będzie musiała profilaktycznie zostać na obserwacji ze trzy
      dni. niezrażeni tym faktem całą resztą pozowaliśmy do serii pamiątkowych fotek,
      ponieważ zjwił się (i już pozostał prawie na resztę dnia) fotoreporter z
      Francuskiej Agencji Fotoprasowej (jakiejś największej we Francji) i koniecznie
      chciał a to my z flagą, a to my bez flagi, a to z ratownikami, a to helikopter,
      a to unia, a to blanc, a to idea, co nam przyświecała (póki bateria nie
      padła:))), a to wywiadzik króciuchny chyba nonphoblem?a to nasz bałagan
      wysypany na podjazd trawnikowy do żandarmerii atotamto - atosiamto itede
      itepe... potem byliśmy podobno w lokalnej gazecie i w ogóle zdaje się, że sezon
      ogórkowy w pełni... ledwośmy na wieczór się opędzili, a żeby uzupełnić nasze
      płyny organiczne (byliśmy potwornie odwodnieni - od jakichś 16 godzin nie
      mieliśmy nic do picia+wysokość i wysiłek!), poszliśmy na piwo. po 6,5 euro... w
      ogóle, to tuż po wylądowaniu ZJEDLIŚMY cherry-coke w kryształkach, (którą
      zabraliśmy, by obalić na szczycie), nie mając cierpliwości czekać, aż
      STOPNIEJE:). i okupowaliśmy pół dnia latrynę żandarmów, bo w środu był kranik z
      H2O...
      ponieważ aga musiała posiedzieć w szpitalu (pełen komfort - izolatka z
      prysznicem!), co tu robić??
      no, poszliśmy następnego dnia... w góry:)))
      tym razem na drugą stronę doliny szamonixiańskiej. gdy wdrapywaliśmy się na
      blanc, wydały nam się te pagórki takie bieszczadowate. no to po co
      czekan/lina/uprzęże? tyle że miały po 2300-2500 wysokości. zostawiliśmy w
      zaparkowanym samochodzie agi przed szpitalem i dawaj! początkowo nawet było
      miło. do dnia drugiego, kiedyśmy weszli w nawisy śnieżne z opcją zerwania
      gwałtownego. jednocześnie zaś przyszło PRAWDZIWE załamanie pogody, przy którym
      jama wydawała się wprawdzie zimniejsza, za to zdecydowanie suchsza. bo
      widoczność zrobiła się zerowa i zaczął LAĆ ŚNIEG. tak, lać. strugi
      przylepiającego się nawet do goreteksów czegoś i huraganowy, prawie wywracający
      wichr. a do tego mokrutki śnieg po pas, po wyżej i niewidoczne nawisy gdzieś
      pod nami... byliśmy wtedy już tyko we trójkę, bo dwóch kolegów (tych, co to
      poszli z jamy dzwonić po ratunek) pojechało już do Łodzi stopem, no, a aga
      siedziała w ciepełku szpitalnym. tego dnia od rana szliśmy zamiast szlakiem
      (którego śladów nigdzie pod metrową warstwą śniegu i powyżej lasów - teren
      jeśli chodzi o potencjalną roślinność - mniej więcej jak w górach bez lasu -
      nie było) śladami rakiet śnieżnych. no, rakiety służą temu, żeby się właśnie
      nie zapadać, ale same ich ślady już tej funkcji bynajmniej nie pełnią... a
      wiodły nawisami, granią skalną... a my tylko kijki, bo raki przy takim mokrym
      śniegu na nic... jakoś żeśmy przeszli najbardziej eksponowane odcinki strącając
      co chwila minilawinki raz w lewo, a raz w prawo, a przeważnie jednocześnie, tak
      było wąsko. pojawił się kolejny problem: jak we mgle znaleźć zejście z grzbietu
      na przełęcz. a zejść musieliśmy, bo tak prowadziły wszystkie szlaki w dół, z
      powrotem do chamonixu, a poza tym na mapie było schronisko na przełęczy - skoro
      do tej pory wszystkie napotykane były puste, darmowe i, co najważniejsze
      OTWARTE - tu nie mogło być inaczej! zwłaszcza, że wszystko było mokre do suchej
      nitki, a ta była równie mokra. niestety, ślady rakiet poszły na ciąg dalszy
      grzbietu, już taki typu może jeszcze nie Orla Perć, ale w dalszej perspektywie
      (sądząc z mapy) i owszem. na minutę zrobiła się widoczność na kilkaset metrów i
      ujrzeliśmy coś, co wyglądało na kawałek dachu. w te pędy w dół i już bardziej
      na czuja i owszem - schronisko, jak się patrzy, tyle, że zamknięte na głucho!
      rozbiliśmy się na kawałku nagiej skały bardzo z kałużami bryi w ten sposób, że
      w jednej dwójce była nasza trójka, a w drugiej bagno, czyli wszystko, co
      mieliśmy i kilka dużych kamieni dodatkowo, żebyśmy naszych drogich tobołów
      razem z plecakami z powodu wiatru nie stracili. a groziło realnie, a także
      jeśli nie porwanie całości, to porwanie na części. w nocy bryja z nieba
      przeszła PŁYNNIE w Znacznie Większą Bryję z Nieba, ale przynajmniej nic nie
      zamarzało bo było tak z plus zero. a rano... rano obudziło nas pińcet kilo
      śniegu na namiotach z którego wyciekała woda i ściekała do środka, bo śnieg
      przygniatając namioty spowodował zetknięcie tropików (jak abstrakcyjnie
      brzmiący termin w stosunku do rzeczywistości!) i sypialek, a sypialki do nas i
      naszych śpiworów... zwinęliśmy ten cały bałagan dopiero przed 14:00, choć nie
      spaliśmy gdzieś od 6 rano...
      i jak tu schodzić? wszędzie siąpi mgła, metr śniegu, teren bezdrzewny, a szlaku
      ani dudu no i znów coraz stromiej... w pewnym momencie władowaliśmy się w
      niezłe maliny: na zmianę schodzące pod kątem 45 stopni grzędy skalne znów
      nawisiaste i śnieżne kuluary tylko czekające, żeby spuścić nimi jakąś lawinę i
      przy okazji nimi zjechać. albowiem pod spodem nie były maliny, a pokrewne
      jałowce, rododendrony i jakieś jeszcze insz
      • neochuan ODCINEK 18 (Środkowy epilog, cz.2) 28.05.04, 16:06
        insze rabarbary... bardzo szybki, a niespodziany dające poślizg wraz z
        wierzchnią warstwą wodośniegu. a myśmy, choć chcieli w dół, to jednak nie tak
        radykalnie, bo zjazd groził rozbiciem się o jakieś skałki 10, 20, czy sto
        metrów niżej.

        najpierw pojechałem ja. nie wiedząc dokąd i po co. to jest coś niesamowitego,
        jak szybko nabiera się przy czymś takim rozpędu! po kilkunastu metrach, jadąc
        głową do góry i na brzuchu, w jakieś łozy zaryłem i się ucieszyłem, bo na
        dalszym potencjalnym torze saneczkowym nie było już żadnych łóz aż po henhen, a
        tam szpiczaste skałki ;]]]

        kazałem reszcie zjechać za mną, ale nie musiałem, bo nim kazałem, to i tak
        dobili do łozy w identyczny sposób. tyle, że wryli się głębiej, bo im trasę
        wyślizgałem:). a dalej było tak samo: kawałek, dopóki się dało czepiając się
        rękami i leżąc na brzuchu próba trawersowania czołgając/pełzając do momentu,
        gdy np. jałowiec/trzciny się wyrywały i znów zjazd do najbliższego krzaka...
        raz kol. Magda ominęła najbliższy i pojechała skrótem, jednak Jej się to
        doprawdy nie opłaciło, bo Ją podczas jazdy obróciło na plecy głową w dół i
        takoż zaryła i potem nie mogliśmy Jej większej połowy wyplątać z plątaniny
        krzaka (na szczęście nie był to jałowiec!), śniegu, Jej własnych kijków i rąk i
        głowy, którym to wszystkim wryła w to wszystko...

        "nie no, wyśmieją nas", ale trzeba znów dzwonić po wiertalioty... "ale nas
        wyśmieją naprawdę!' - "no, to nie dzwonimy!"

        jeszcze jeden grzbiet i oto... zakosy zasypanego, ale wyraźnego szlaku. puf!
        szliśmy (jeśli to, co tam wyprawialiśmy, można nazwać chodzeniem) cały czas
        wzdłuż niego, tylko ten ostatni grzbiecik nam zasłaniał.

        w szamonixie byliśmy biegiem. a dysc loł, a wiotr wioł.

        a agnieszka... okazało się, że jeszcze musi siedzieć 5 dni w szpitalu!

        hm, w góry?? NIEEEEEEE!!!!!! do domu!!! autostopem.

        pierwej jednak jeszcze obwiesiliśmy na cały dzień Jej izolatkę WSZYSTKIMI
        ciuchami, co były mokre (czyli wszystkimi, które mieliśmy na sobie i które były
        też mokre, ale nago lasa chodzić po Francji nie wypada). każdy też rzecz jasna
        skorzystał z prysznica w izolatce, a pielęgniarki, gdy weszły... hmmmm...,
        wyszły. woda w prysznicu była wprawdzie mokra, ale przy tym po raz pierwszy od
        10 dni CIEPŁA! przenocowaliśmy na kempingu za darmo, bo był zamknięty, a rano
        obudził nas śnieg z deszczem i pani pilnująca kempingu i przepraszająca, że
        sklepik zamknięty czy coś... jak miło. spytała się kto my? my: poloneze! ona:
        krejzi polonez from helikopters?? my: łi. jak miło.

        no i pożegnaliśmy agę i Jej samochodzik i ruszyliśmy stopami (nieodmrożonemi)
        nach polen.

        niestety, nie był to koniec groźnych przygód naszych, choć nie były one już
        związane z górami, a właśnie z autostopem... ale o tym znów kiedyś:)

        ps. co do Agnieszki, to okazało się, że ma odmrożone trochę paluszki u jednej
        drugiej nóżki. najpierw odpadły Jej dwa... paznokcie, teraz (jest już w domu)
        kawałek jednego palca, a drugi też już się ponoć szykuje... no i musi chodzić w
        sandałkach na ściankę wspinaczkową...
    • aard Ten wątek jest FAJNY 31.05.04, 12:47
      Musi być nad kreską.

      Chułłanie, odbierz maila w sprawie nie cierpiącej złotejstoki.
      • neochuan nie odebabrałem maila [priv] 31.05.04, 14:36
        bo nic nie doszło. a czy to jakiś ważny mail? i ma-ile on ważny?? a może nie
        cierpiący trupy??? w takim razie posłaj go jeszcze raz!
        • aard To włacz ałtluka ;) 31.05.04, 14:48
          Ponawiam. Mail ważny o tyle, o ile nie jedzie z Tetry.
          • aard Posłałem 31.05.04, 14:50
            Ina Neo Ina geo :-)
            • neochuan Doszedł 31.05.04, 18:15
              na geo. na neo ne.
      • szprota no więc właśnie! [i o!] 15.06.06, 18:00

    • dziad_borowy Re: about: blank 04.08.04, 12:30
      JADEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!!!!!!!! :)))))))))- zakrzyknal Neo i jak obiecal,
      tak zrobil. Wrocil, byly usciski, blys fleszy, relacje, spotkania i temu
      podobne rzeczy. Niby wszystko zostalo powiedziane na temat tej wyprawy. Niby.
      Bo oto na swiatlo dzienne wyszedl pewien fakt. Ostro przemilczany fakt, dodajmy:
      info.onet.pl/959337,16,1,0,120,686,item.html
      "Ociepleniem klimatu na ziemi" hłehłe Dziady wiedza swoje. Nie to, zebym Cie
      Kieło oskarzal, nie, nie, absolutnie. Ale powiedz, do diaska, co zrobiles Kieło
      z tymi metrami!!!! W imieniu ludzkosci apeluje do Ciebie, oddaj!!!
      Nieladnie Kieło, nieladnie:-))))
      Dzierżboryzacja nieustająca!!!!
      • aard Re: PRÓBY ATOMOWE W LATACH 50. I 60.??? 04.08.04, 13:11
        Ktoś wie, o co chodzi? W Alpach TESTOWALI broń jądrową???!!!
      • dziad_borowy Żeby nie było 26.08.04, 12:58
        ze niby Neo nie przyuwazyl cy cuś. Niechcacy oczywiscie nie przyuwazyl. Apel
        swoj ponawiam.
        Dzierżboryzacja zębów fluoryzacja!!!!
        • neochuan Żaby nie było 08.09.04, 12:13
          ja tam uważam, że jeśli grzyby, to zwłszcza jądrowe. co za wąt... ;-P .
          podpisał: alp enis
    • neochuan Re: about: blank 10.10.04, 16:58
      też mała pivata - dla Joni i Dziadka_72 up!
    • zamek about: bank 10.10.04, 19:02
      Ui! Szczono ryczał tem!
    • neochuan nonieeee..... 22.10.04, 14:58
      chułaaaaaaaaaan kozioalpejski 8-)
    • huann about: blank - zapraszamy na www :))) 15.06.05, 23:32
      z najprzyjemniejszą przyjemnością, W Imieniu Kaszkadera i swoim skromnym, ale
      własnym mamy zaszczyt zaprosić Państwa na Specjalną Stronę Jeszcze W Trakcie
      Tworzenia o naszej wyprawie na MtBlanc w zeszłym roku!


      Kto mi ukradł śnieg z kubeczka?!




      Strona będzie rozwijać się sukcesywnie, a więc i sukcesywnie należy na nią zerkać.
      z czasem wszystko się odSłoni!!!
    • huann pioro 21.11.06, 00:14
      az sniezy!
    • huann sweet ser land, czyli... 07.03.07, 14:11
      ...coś się kroi łoj łoj łoi ;)
      • szprota czy granie na czekanie? [bo rozsyłam wici] 07.03.07, 14:36

    • szprota ===================AlpenLiebe==== ================= 09.03.07, 21:17
      Z MMSa do Aarda:
      Majne Alpenliebe! Framlasku alle eine kleine pięterken de alpejskien ptasien
      mleczken in order to gefühl the Geschmack alpejskiego milka sytego truppen w
      Schafe. Dzierżbleiben!


      Aletsch ja nieotym.
      Dzierżcie szwajcarskie dziewice!
      • szprota |^---^___^^SMS zodHuanni^---^___^^| 10.03.07, 23:01
        10.03.2007 21:20
        DOJECHALISMY 48 KM OD LODOWCA NASZEGO W 19 H, A TU DROGA ZAMKNIENTA! WIENC
        MUSIMY OBJECHAC CAUOM SZWAJCARIE - 550 KM DZIS JESZCZE! JEST MRUZ I MNUSTWO GWIAZD!
        • szprota |^---^___^^SMS zodHuanni^---^___^^| 11.03.07, 14:39
          11.03.2007 10:34
          (...)
          FANTASTYCZNY PORANEK W GRIND.*, WIDOKI TAKIE, RZE MAUY NAWET TWIERDZI, RZE
          CZEGOS TAKIEGO NIE WIDZIAU!
          --
          * Grindelwald.
          Okazuje się, że zamiast objeżdżać całe Alpy (bo wpierw wybrali trasę, co
          sezonową od czerwca okazała się była) mogą wjechać autem do pociągu byle jakiego
          i wjechać, gdzie trza.
          A ściana na Eigerze przypomina smerfowe miasteczko :)
        • szprota |^---^___^^SMS zodHuanni^---^___^^| 12.03.07, 21:37
          12.03.2007 21:30
          POGODA SUPER ALE NIC NIE PRZEDEPTANE PRAKTYCZNIE NIE DA SIE CHODZIC DZIS
          ZROBILISMY 700M W GURE W 8H SPIMY PRZY CHATKACH NA 2100 (...)
          • mag.gie |^---^___^^MMSodAarda^---^___^^| 14.03.07, 22:26
            streszczenie dokładnie.
            Dziś pogoda jak zwykle jak drut, więc poszliśmy na piękną, łatwą graniówkę. Jeno
            miejsce za 4- a tak to max 2, ale piękne okoliczności, lotna asekuracja,
            prawdziwy alpinizm (...)Obóz czekał rozbity, bo poszliśmy na lekko i wróciliśmy
            do naszej stacji narciarskiej:) Tutaj zima w chuj, ale ciepło bo we czterech w
            namiocie gramy w karty. Szkoda, że Huann nie umie grać w brydża :/Aha, spało się
            chujowo, nawet nie z zimna, tylko z twardości. prawie lód! a jutro schodzimy do
            samochodu! pojutrze gdzieś jedziemy i w sobotę zasuwam do Mag.gie (...)


            ech...
    • huann chciałem nieśmiało zauważyć, że... 17.03.07, 23:55
      ...bisonback in Denver.
      • huann chciałem nieśmiało zauważyć, że... 25.06.07, 23:37
        RARARARAKRONIKAAA!!!
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka