Gość: CUADRADO Y REDONDO
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
12.09.11, 05:13
Nie do wiary, jak dobrze zagrała Stosur w finale. Po prostu nie do wiary. Powiedzieć, że przeszła samą siebie, to jeszcze byłoby za mało powiedzieć o tym finale w jej wykonaniu. Z całą pewnością mecz życia.
I fizycznie i tenisowo zdominowała Serenę Williams. Raczej zdumiewające, bo Serena miała łatwą i szybką drogę do finału (ani słowa o "wielkiej" Wozniacki po drodze), a Stosur spędziła parę godzin więcej na korcie (trzy trzysetówki musiała po drodze zrobić, kilka rywalek nielicho jej bruździło w drodze na szczyt, a z poważniejszych zawodniczek tylko Zvonareva za potulną owcę zgodziła się robić i dała się gładko ogolić już po raz nie wiem który z rzędu).
Tymczasem w finale to Stosur od startu grała nadzwyczaj zdecydowanie i agresywnie, wyraźnie z wiarą w sukces, z wielką werwą i dynamiką, żadnego ciamajdziarstwa, wątpliwości i trzęsienia się ze strachu przed Williams. Nastawienie do gry wzbudzające najwyższe uznanie.
Serena Williams po swojemu arogancko leniwie chciała zacząć, ale Stosur była najzupełniej odmiennego zdania w tej sprawie, wytoczyła od razu najcięższą amunicję, skarciła Serenę przełamaniem na 2-1, a potem tylko jeszcze bardziej zaczęła dokładać do pieca, fajerwerki były i nim Serena pojęła co jest grane, 6-2 dla Stosur. Piorunujący po prostu set Australijki. Amerykanka w szoku.
Stosur zagrała mecz totalny. Jej serwisy (a duży repertuar tego ma) były dużym kłopotem dla Williams, forehand Australijki wymiatał non stop na maksymalnych obrotach w pełni wykorzystując kort, zwyczajowej dziury na backhandzie u niej nie dało się zauważyć, często zdecydowanie kręciła po korcie Amerykanką i utrudniała jej też zadanie doborem swych uderzeń, niemal bezbłędna była w egzekucji wszystkiego co chciała. Napadała też dziarsko na serwisy Williams, a ta nie mogła się jakoś rozserwować, a i z akuratnym zdążaniem i odgrywaniem były u Amerykanki kłopoty. Za szybkie, za zdecydowane, za agresywne, za dokładne było dla Amerykanki to co grała Stosur. I żadnego zwolnij, odsapnij. Frustrujący wieczór dla Williams i tęgo w skórę wzięła.
Początek drugiego seta, Williams w kłopotach od razu, break pointy, zebrała się, jeden obroniony, drugi niby też, ale jeszcze zanim akcja się skończyła Williams już głośno, a triumfalnie japę rozdarła. Ponieważ tak robić nie należy, punkt jest dla Stosur czyli przełamanie i diablo gorąco się nagle zrobiło, bo Williams z miejsca wszczęła tak zwaną karczemną awanturę. Pani Asderaki na swoim sędziowskim stołku, która tak wielce odważną decyzję podjęłą w sprawie pokarania przedwczesnego darcia japy przez Williams, przez kilka kolejnych gemów nie mogła być pewną życia, bo Williams szaleństwo i żądzę mordu w oczach miała, a na dokładkę zaczęła podburzać motłoch ile wlezie. Mocno zachęcana prymitywna tłuszcza nie dała się oczywiście długo prosić, hałasowała wściekle i niemal gotowa była zlinczować nie tylko przyjemną w obejściu i urodziwą sędzinę Asderaki z Grecji, ale i Bogu ducha winną, a grającą do tej pory ekstraordynaryjny tenis zawodniczkę Stosur z Australii. Motłoch dziko ryczał przeszkadzając Stosur we wszczynaniu gry. Słowem: gorzej niż troglodyci. Piekło, które Williams rozpętała sprawiło, że pełen najgorszych obaw byłem o jakże delikatne zwykle nerwy Stosur, gdyż nie lada to była próba wytrzymałości dla nich. Zaraz bowiem nastąpiło przełamanie powrotne, potem nakręcona tą własną wściekłością Williams wyszła na 2-1, cały czas pilnie podbechtując publikę, a następnie miała dwa break pointy na 3-1. Chwała Panu na wysokościach niech będzie teraz i na wieki, że Stosur, której całe to zdarzenie z lekka (ale tylko z lekka) jakby nieco zaburzyło na parę minut granie, nie dała się jednak wykończyć nerwowo w tak skrajnie trudnych okolicznościach, pod taka presją wyjących szaleńców, tylko najtwardszą z twardych twardzielką się okazała, asem się bardzo radykalnie odezwała, kolejne punkty też dla niej i jednak jest te cholerne 2-2. Jako, że w tym meczu kibicowałem namiętnie Australijce, którą bardzo wysoko poważam (choć po prawdzie człekiem małej wiary będąc nie bardzo wierzyłem w jej zwycięstwo ani przed meczem, ani nawet po pierwszym secie), nie dziwi, że po takich nerwach cały mokry jestem, kapie ze mnie nie gorzej niż z zaangażowanego Nadala czy też z czapeczki Roddicka (szczególniej z jego dawnych czasów) i muszę zmienić koszulkę. Williams spokojnieje i 3-2. Stosur za nic nie chce pęknąć 3-3. Australijka nie daje się wykiwać w wymianach. A robi się jeszcze bardziej interesująco, bo jest przełamanie dla niej na 4-3, a to już nie żarty. I jeszcze własna poprawka na 5-3. Williams z kolei psowa i jest pod ścianą, ale broni dwie piłki meczowe (chyba jej najlepsze i najpewniej zagrane akcje w meczu). Ale ostatnie akcje to znów po prostu piorunujące forehandy Stosur (ten śmieszny pyszałek Djokovic może się schować ze swoim returnem przeciwko Federerowi) i sensacja staje się faktem.
Nie wiem jak innym oglądającym, ale mnie bardzo przypadło do gustu co oglądałem (za wyjątkiem męczącego głupotą grubo ciosanego wybryku Williams, która na koniec jeszcze dodatkowo chamską kropkę nad i postawiła nie podając ręki sędzinie). Zakończenie wynikowe przypadło mnie zaś do gustu jeszcze bardziej.
Stosur zagrała arcymistrzowski finał. A najważniejsze, że to nie żadne tam, że Williams przegrała, tylko jak najbardziej było tak, że Stosur wzięła sprawy w swoje ręce i wygrała. Tym bardziej czapki z głów przed mistrzynią US Open 2011.