beduinka
16.10.04, 15:14
Postanowiłam, że przeniosę na to forum moje notatki-przemyślenia z Egiptu - z
czasu, gdy zakończyłam już pracę jako rezydentka, a mogłam podróżować po
kraju wchłaniając jego atmosferę. Teraz, gdy sama to czytam - widzę, że część
wrażeń jest zbyt górnolotnych, czasem za wiele jest zachwytów, lecz
postanowiłam nie edytować tego tekstu przynajmniej na razie - niech to będzie
zapis tego, w jaki czas wówczas widziałam to, co działo się wokół mnie. Mój
dziennik będziecie otrzymywać w odcinkach.
IMPRESJE Z EGIPTU, CZYLI 20-DNIOWY ODPOCZYNEK PO PRACY REZYDENTKI
13.09.2004 PONIEDZIAŁEK
Wyruszam na spotkanie z Egiptem. Nie będę już z nim flirtować z daleko, lecz
rzucę mu się głęboko w ramiona, wtulę się. Czuję jakbyśmy byli kochankami –
przez te ponad trzy miesiące podchodziliśmy do siebie coraz bliżej, lecz
jednak stale trzymaliśmy się na bezpieczny dystans. Dziś nadszedł czas
przekroczyć wszelkie granice, jesteśmy już na to gotowi i długo czekaliśmy na
tę chwilę. Nie będą to spokojne pocałunki i delikatne pieszczoty. Rzucimy się
na siebie z pełnym impetem namiętności.
Dziś w nocy zbyt wiele czasu by spać nie miałam. Wróciwszy z ostatnich
zakupów (i zostawiwszy niestety jedną z toreb na (znanym mi na szczęście)
stoisku (3 tygodnie później odbiorę ją bez problemów), wpadłam w wir
pakowania, który ustał dopiero ok. godz. 3:30. Wtedy zsunęłam się w objęcia
Orfeusza, w którego ramionach pozostałam jednak zaledwie półtorej godziny.
Wymeldowanie z pokoju, pozostawienie nadmiaru bagażu na tyłach recepcji,
pożegnanie z obsługą i spacerek do Romy. Wyruszamy.
Jadę… jadę na spotkanie z nieznanym – bo nigdy jeszcze w wielu z miejsc,
które planuję odwiedzić, jeszcze nie byłam, lecz jednocześnie wracam do
czegoś, co znam, do czego tęsknię – samotnych wędrówek z plecakiem i stertą
marzeń. A moje marzenia się spełniają. Plany wykreślone są w zakamarkach
mojej lewej półkuli (bo podobno tą częścią mózgu człowiek marzy) i na
papierze (a mianowicie na moich kartkach widnieje w skrócie taka trasa:
Hurghada – Luksor – Asjut - lub bezpośrednio Charga – Dachla – Bahriyya –
Siwa – Matruh – Aleksandria – Raszid (czyli Rosetta) – Kair – Fajum – Kair –
Tanta – Kair – Hurghada), więc nadszedł czas, by je zrealizować.
Autobus z turystami – jak zawsze mknie – przez Góry Morza Czerwonego
(skaliste, gołe, surowe), Pustynię Arabską i zielone poletka Doliny Nilu. A
moje myśli biegną do przodu. Stukają w głowie i obijają nutkę niepokoju, lecz
przede wszystkim potrącają i ciągną strunę ciekawości i chęci poznania.
Wysiadam z naszego autokaru przed Luksorem i to chyba ten moment, gdy
obserwuję inne pojazdy z konwoju, przypominające fragmenty olbrzymiej stonogi
i czekam na jakiś lokalny transport, uznaję za właściwy początek mojej
wyprawy. Wsiadam do pick-upa i dojeżdżam nim do miasta. Wśród pasażerów
wzbudzam życzliwy świergot.
Po Luksorze idę przez suk i jestem otoczona całym tym kolorytem, za którym
tak tęskniłam mieszkając w Hurghadzie. Najbardziej lubię kolorowe stoiska z
owocami czy przyprawami. Te ostatnie drażnią także mój zmysł węchu. Zostawiam
plecak w jednym ze sklepików. Na dworcach autobusowym oraz mikrobusów
potwierdzam moje podejrzenia i podpowiedzi życzliwych, że nie ma
bezpośredniego publicznego transportu do Chargi. Decyduję się na przejazd
koleją i wsiadam do pociągu o godz. 15:30. Bilet kupuję już od konduktora, na
moją nieważną już kartę EURO<26 dostaję zniżkę (wszystkie późniejsze zniżki
też będę dostawać z racji okazania tej karty). Mijamy po drodze morze
zieleni – pola czekające na żniwa, palmy obwieszone daktylami, drzewa
bananowe uginające się pod kiściami owoców. Morze to jest poprzecinane
żółtawymi wioskami, przypominającymi wysepki.
Zatrzymujemy się w miastach, miasteczkach i wioseczkach, m.in. w:
• Qus,
• Qift,
• Qina,
• Dishna,
• Far Szut,
• Abu Tiszt,
• Al-Balayana,
• Gerga,
• Mishabi,
• Al-Munsza,
• Suhak,
• Maraha,
• Tahta,
• Tema,
• Sefwa
i wiele innych, których nazw już mi się nie chciało notować.
W Qinie nagle na peron wbiegają uzbrojeni po zęby mężczyźni ubrani na czarno.
Ciąg dalszy nastąpi :)))))