Dodaj do ulubionych

IMPRESJE Z EGIPTU

16.10.04, 15:14
Postanowiłam, że przeniosę na to forum moje notatki-przemyślenia z Egiptu - z
czasu, gdy zakończyłam już pracę jako rezydentka, a mogłam podróżować po
kraju wchłaniając jego atmosferę. Teraz, gdy sama to czytam - widzę, że część
wrażeń jest zbyt górnolotnych, czasem za wiele jest zachwytów, lecz
postanowiłam nie edytować tego tekstu przynajmniej na razie - niech to będzie
zapis tego, w jaki czas wówczas widziałam to, co działo się wokół mnie. Mój
dziennik będziecie otrzymywać w odcinkach.

IMPRESJE Z EGIPTU, CZYLI 20-DNIOWY ODPOCZYNEK PO PRACY REZYDENTKI

13.09.2004 PONIEDZIAŁEK
Wyruszam na spotkanie z Egiptem. Nie będę już z nim flirtować z daleko, lecz
rzucę mu się głęboko w ramiona, wtulę się. Czuję jakbyśmy byli kochankami –
przez te ponad trzy miesiące podchodziliśmy do siebie coraz bliżej, lecz
jednak stale trzymaliśmy się na bezpieczny dystans. Dziś nadszedł czas
przekroczyć wszelkie granice, jesteśmy już na to gotowi i długo czekaliśmy na
tę chwilę. Nie będą to spokojne pocałunki i delikatne pieszczoty. Rzucimy się
na siebie z pełnym impetem namiętności.

Dziś w nocy zbyt wiele czasu by spać nie miałam. Wróciwszy z ostatnich
zakupów (i zostawiwszy niestety jedną z toreb na (znanym mi na szczęście)
stoisku (3 tygodnie później odbiorę ją bez problemów), wpadłam w wir
pakowania, który ustał dopiero ok. godz. 3:30. Wtedy zsunęłam się w objęcia
Orfeusza, w którego ramionach pozostałam jednak zaledwie półtorej godziny.
Wymeldowanie z pokoju, pozostawienie nadmiaru bagażu na tyłach recepcji,
pożegnanie z obsługą i spacerek do Romy. Wyruszamy.

Jadę… jadę na spotkanie z nieznanym – bo nigdy jeszcze w wielu z miejsc,
które planuję odwiedzić, jeszcze nie byłam, lecz jednocześnie wracam do
czegoś, co znam, do czego tęsknię – samotnych wędrówek z plecakiem i stertą
marzeń. A moje marzenia się spełniają. Plany wykreślone są w zakamarkach
mojej lewej półkuli (bo podobno tą częścią mózgu człowiek marzy) i na
papierze (a mianowicie na moich kartkach widnieje w skrócie taka trasa:
Hurghada – Luksor – Asjut - lub bezpośrednio Charga – Dachla – Bahriyya –
Siwa – Matruh – Aleksandria – Raszid (czyli Rosetta) – Kair – Fajum – Kair –
Tanta – Kair – Hurghada), więc nadszedł czas, by je zrealizować.

Autobus z turystami – jak zawsze mknie – przez Góry Morza Czerwonego
(skaliste, gołe, surowe), Pustynię Arabską i zielone poletka Doliny Nilu. A
moje myśli biegną do przodu. Stukają w głowie i obijają nutkę niepokoju, lecz
przede wszystkim potrącają i ciągną strunę ciekawości i chęci poznania.

Wysiadam z naszego autokaru przed Luksorem i to chyba ten moment, gdy
obserwuję inne pojazdy z konwoju, przypominające fragmenty olbrzymiej stonogi
i czekam na jakiś lokalny transport, uznaję za właściwy początek mojej
wyprawy. Wsiadam do pick-upa i dojeżdżam nim do miasta. Wśród pasażerów
wzbudzam życzliwy świergot.

Po Luksorze idę przez suk i jestem otoczona całym tym kolorytem, za którym
tak tęskniłam mieszkając w Hurghadzie. Najbardziej lubię kolorowe stoiska z
owocami czy przyprawami. Te ostatnie drażnią także mój zmysł węchu. Zostawiam
plecak w jednym ze sklepików. Na dworcach autobusowym oraz mikrobusów
potwierdzam moje podejrzenia i podpowiedzi życzliwych, że nie ma
bezpośredniego publicznego transportu do Chargi. Decyduję się na przejazd
koleją i wsiadam do pociągu o godz. 15:30. Bilet kupuję już od konduktora, na
moją nieważną już kartę EURO<26 dostaję zniżkę (wszystkie późniejsze zniżki
też będę dostawać z racji okazania tej karty). Mijamy po drodze morze
zieleni – pola czekające na żniwa, palmy obwieszone daktylami, drzewa
bananowe uginające się pod kiściami owoców. Morze to jest poprzecinane
żółtawymi wioskami, przypominającymi wysepki.
Zatrzymujemy się w miastach, miasteczkach i wioseczkach, m.in. w:
• Qus,
• Qift,
• Qina,
• Dishna,
• Far Szut,
• Abu Tiszt,
• Al-Balayana,
• Gerga,
• Mishabi,
• Al-Munsza,
• Suhak,
• Maraha,
• Tahta,
• Tema,
• Sefwa
i wiele innych, których nazw już mi się nie chciało notować.
W Qinie nagle na peron wbiegają uzbrojeni po zęby mężczyźni ubrani na czarno.
Ciąg dalszy nastąpi :)))))
Obserwuj wątek
    • gajasirocco Re: IMPRESJE Z EGIPTU 16.10.04, 18:06
      Początek jak romansidło- zakończenie jak horror! Co będzie dalej?
      Czekamy z niecierpliwością!
      • beduinka Re: IMPRESJE Z EGIPTU 17.10.04, 21:02
        gajasirocco napisała:

        > Początek jak romansidło- zakończenie jak horror! Co będzie dalej?

        specjalnie ten odcinek zakończyłam w takim momencie

        > Czekamy z niecierpliwością!
    • beduinka 2 IMPRESJE Z EGIPTU 17.10.04, 13:37
      W Qinie nagle na peron wbiegają uzbrojeni po zęby mężczyźni ubrani na czarno.
      Podjeżdżają opancerzone samochody. Podejrzani panowie ustawiają się w dwóch
      rzędach z bronią skierowaną do wewnątrz. Między nich wchodzą policjanci ubrani
      na biało, trzymający się za ręce, tworzący żywy łańcuch. Z tylnego wagonu
      naszego pociągu zaczęto wyprowadzać ludzi skutych łańcuchami i kajdankami.
      Sadzali ich na ziemi, popychali kolbami. Więźniowie nieśli ze sobą zwinięte
      materacyki, maty i różne tobołki. Załadowano ich do wozów, a my pojechaliśmy
      dalej.

      Domy, które widzę z pociągu są brudne, zaniedbane, odrapane, a jednak widok
      mijanych wioseczek działa na mnie uspokajająco. Ludzie żyją tam powolutku,
      spokojniutko, biednie, ale szczęśliwie. Natomiast po tak długim pobycie w
      Hurghadzie, gdzie dla wyrośnięcia i pielęgnowania każdej roślinki jest
      niezbędne jej podlewanie i wyjątkowa o nią dbałość, ilość i bujność roślinności
      w Dolinie Nilu robi wyjątkowe wrażenie.

      Po pociągu chodzą sprzedawcy gazet, napojów, orzeszków, humusu, chusteczek,
      krakersów czy skarpetek. Można także zakupić zimne czy gorące napoje. Dodatkowo
      w czasie postojów na poszczególnych stacjach ludzie wyskakują, by coś kupić, a
      potem biegiem wskakują do już jadącego pociągu. Ja też się już robię trochę
      głodna, bo dzisiaj od śniadania nic nie jadłam, a w autokarze zapomniałam swój
      breakfast box.

      Rozmawiam w przedziale z sympatycznym policjantem oraz z innymi pasażerami.
      Wszyscy są dla mnie bardzo życzliwie nastawieni i zainteresowani moją osobą.
      Zadają mnóstwo pytań. Dosiada się do mnie nauczyciel religii. Recytuję mu Koran
      oraz opowiadam sunnę proroka Muhammada. Teraz patrzą już na mnie z szacunkiem 

      W pociągu zrobiło się zimno i marznę. A to dlatego, że klimatyzacja jest za
      mocno ustawiona. Następnym razem zdecyduję się na przedział bez klimatyzacji,
      by w lecie w Afryce nie trząść się z zimna.

      Zrobiło się już ciemno, a w mijanych wioskach i miasteczkach świecą się
      różnokolorowymi (lecz przeważa barwa zielona) światełkami minarety meczetów.
      Mój policjant już wysiadł, natomiast zapowiedział już przekazanie mnie policji
      turystycznej w Asjucie. Podobno będzie na mnie czekał Abd al.-Rahman. Docieram
      do mojego portu docelowego dnia dzisiejszego. Przed wyjściem z dworca zostaję
      zatrzymana przez policję i dalej już poruszam się po mieście z obstawą. Jednym
      z nich jest Szarif. Okazuje się, że jestem jedyną dzisiaj turystką w całym
      Asjucie. Najpierw przychodzimy do hotelu Akenaton, gdzie ceny są jednak zbyt
      wysokie (schodzę z ceną z 75LE do 60LE). Idziemy więc do hotelu Nahr. Tam
      decyduję się zatrzymać na noc. I wtedy zaczynają się problemy. Nie mogę pokazać
      paszportu, bo nie mam już ważnej wizy. Przedstawiam xero, a mówię, że paszport
      został w hotelu w Hurghadzie. Wzywa recepcjonista cały pick-up policjantów.
      Dzwonię na pomoc do Mahmuda (a później także do Munsifa). On z nimi rozmawia.
      Oni kontaktują się z moim hurghadzkim hotlem Moon Valley, recepcjonista którego
      uprzedzony przez Munsifa potwierdza moją wersję.

      Chociaż policjanci początkowo się temu sprzeciwiają i telefonują do swoich
      dowódców, w końcu stawiam na tym, że wychodzę na spacerek po mieście sama, bez
      obstawy. Ubrana jestem jednak w abaję i himar. Kupuję sobie winogrona i
      ciasteczka, zjadam je, wracam do hotelu i idę spać, zmęczona dniem pełnym
      wrażeń.

      HURGHADA – LUKSOR – ASJUT
    • o_sana Re: IMPRESJE Z EGIPTU 17.10.04, 14:28
      no niezle ,niezle.. powiesc w odcinkach czyta sie fajnie :))
    • beduinka 3 IMPRESJE Z EGIPTU 18.10.04, 00:00
      14.09.2004 WTOREK
      Nocleg w tym hotelu nie okazał się zbyt energetyzujący. Samochody w nocy
      trąbiły, dobiegały do mnie odgłosy ulicy. Wstaję rano i okazuje się, że 3
      policjantów spało mi pod drzwiami. Decyduję się na kolejny spacer po mieście –
      oczywiście znów w odpowiednim stroju. I także tym razem muszę się bardzo
      stanowczo sprzeciwiać obstawie.

      Wędruję uliczkami, sukiem. Asjut jest dużym miastem o przemysłowym charakterze,
      brak mu uroku typowych arabskich miasteczek. Mijam dworzec kolejowy i
      przechodzę na dworzec autobusowy, gdzie dowiaduję się o czas odjazdu autobusów
      do Chargi. Łażę sobie troszkę bez celu i obserwuję życie miasta niezadeptanego
      przez turystów.

      Zauważam, że w Asjucie stosunkowo dużo ludzi ma włosy koloru rudego. Widzę tu
      też sporo chrześcijan, którzy wyraźnie odróżniają się od muzułman krzyżami
      powieszonymi na szyi, czy też kobiety zazwyczaj noszą spódnice sięgające
      poniżej kolan lub do połowy łydki, do tego żakiet lub bluzkę z półkrótkim
      rękawem.

      Zjadam pyszny koktajl owocowy, wracam do hotelu, biorę prysznic, przebieram się
      w spodnie (bo w abaji trochę niewygodnie by mi się z plecakiem wędrowało) i
      taksówką jadę na dworzec autobusowy. Kupuję bilet do Chargi i wzywają policję,
      by zezwoliła na mój wyjazd z miasta. Kupuję sobie koszeri, które zjadam w
      autobusie. Ruszamy, lecz jeszcze zanim wyjedziemy poza miasto – autobus się
      psuje i czekamy kilkadziesiąt minut na jego naprawę.

      Gdy już opuszczamy Asjut, bardzo szybko zielone pola ustępują płowo-żółtej
      pustyni. W autobusie grzmi puszczona na pełną regulację recytacja Koranu. Na
      mijanych posterunkach zgłaszają moją obecność. Nagle szarość i monotonność
      pustyni zostaje przerwana plamą zieleni. W miarę zbliżania się do niej,
      rozpoznaję szczyty palm. Oaza ciągnie się dziesiątki kilometrów. Choć chyba
      większości ludzi słowo oaza kojarzy się z 5 palmami na krzyż. Co jakiś czas
      pojawiają się małe chatki, między którymi plączą się dzieci i zwierzęta.
      Spostrzegam też znajomy widok – stada naszych kochanych łaciatych krów.

      Docieram do miasta Charga i wysiadam na jednym ze skrzyżowań. Wyruszam w stronę
      hotelu, lecz podjeżdża do mnie policja i to oni podwożą mnie radiowozem do
      hotelu Dar al-Baida. Obsługa tutaj jest sympatyczna (Rami i Hana), a pokoje
      choć skromnie urządzone są czyste. Mam pokój z łazienką, choć bez klimatyzacji
      (pod sufitem jest „kręciołek”). Odświeżam się i planuję następny dzień.
      Tymczasem wychodzę na spacer po mieście (choć powiedziałam policjantom, że
      dzisiaj już się z hotelu ruszać nie będę). Piję sok z trzciny cukrowej.

      Charga robi na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Jest bardzo przestrzenna,
      niezatłoczona, troszkę jakby wyludniona. Ulice są czyste i szerokie, co jakiś
      czas widać parki z placami zabaw dla dzieci. Ludzie witają się ze mną, są mili.
      Niedługo jednak znajduje mnie policja i dalej zwiedzam miasto z obstawą:
      najpierw radiowozem, a później wysiadam z Samim (jednym z policjantów) i
      spacerujemy po starym mieście, suku i gajach palmowych. Wieczorem wracamy do
      hotelu (on jest bardzo zmęczony – i mówi, że jutro pozwolą mi już samodzielnie
      poruszać się po mieście i okolicy, bo on nie ma siły tak na piechotę), a ja po
      koktajlu owocowym idę spać.
      ASJUT – CHARGA
      • bonia01 Re: 3 IMPRESJE Z EGIPTU 19.10.04, 11:55
        Beduinko kiedy nastąpi ciąg dalszy? Nie mogę się doczekać. Fantastycznie
        wszystko opisałaś.

        Pozdrawiam
        Bożena
        • beduinka Re: 3 IMPRESJE Z EGIPTU 19.10.04, 17:45
          codziennie będzie jeden odcinek
    • beduinka 4 IMPRESJE Z EGIPTU 19.10.04, 17:44
      15.09.2004 ŚRODA
      Noc tę zaliczam do nieprzespanych. Cały czas budziłam się i było mi bardzo
      gorąco. Rano mijam śpiących na fotelach policjantów – tak by ich nie obudzić.
      Mają zdjęte buty i dziurawe skarpetki. Na recepcji umawiam się na zmianę
      pokoju – następną noc chcę spędzić w klimatyzowanym pomieszczeniu.

      Robię małe zakupy i wsiadam w autobus do Zaghoul, czyli przedmieść Chargi. W
      końcu trafiają w moje ręce naprawdę drobne egipskie pieniądze, bowiem bilet
      autobusowy kosztuje tutaj 15 piastrów, czyli 10 gr. Tam przesiadam się do pick-
      up’a, który mnie dowozi do skrzyżowania z drogą odchodzącą do świątyni Hibis.
      Wędruję tą drogą ok. 2-3 km – a tu niespodzianka – docieram nie do świątyni,
      lecz do Al- Barawadżat. Jest to nekropolia składająca się z kilkuset grobowców
      chrześcijańskich zbudowanych z cegły mułowej, pochodzących z IV-VI w. Wewnątrz
      nich widoczne są ciekawe malowidła, przedstawiające sceny biblijne. Gdy oglądam
      poszczególne groby, towarzyszy mi znów policyjna obstawa, jednak na moją prośbę
      policjant trzyma się 50m ode mnie. Pojawiają się inni turyści, którzy
      przyjechali tutaj autokarem i dwoma busikami.

      Wychodzę i kieruję się w prawą stronę, gdzie przy źródle znajduje się
      kafeteria. Tam spotykam „moich” policjantów, m.in. Samego. Poznaję troszkę
      nowych ludzi z turystycznego światka, m.in. Sulejmana – organizującego safari
      po pustyni. Zabiera on turystów z jednego z busików (dwoje Hiszpanów) na jedną
      noc na pustynię, a następnego dnia wracać będzie pustym jeepem do Dachli.
      Proponuje mi, że jeśli chcę to mogę się z nim zabrać. Chętnie się zgadzam na
      taką propozycję, a tymczasem się żegnam i drugi busik podwozi mnie pod świątyni
      Hibis.

      Okazuje się, że jest ona poddawana renowacji, a w związku z tym jest zamknięta.
      Okrążam ją, robię kilka zdjęć z zewnątrz, rozmawiam ze strażnikami i wychodzę
      na drogę, by złapać jakiś transport. Staję przy drodze i stoję i stoję i stoję
      i nic tą drogą przez ok. 20 min. nie jedzie. W związku z tym jeden ze
      strażników podwozi mnie samochodem na przedmieścia, a stamtąd ja łapię busik,
      którym podjeżdżam do muzeum.

      Muzeum Al-Wadi Al-Gadid, czyli Muzeum Nowej Doliny mieści się w dużym
      przestronnym budynku. Oprócz mnie w muzeum jest tylko jedna arabska para
      zwiedzających. Na parterze po prawej stronie oglądam salę poświęconą
      prehistorii tego regionu. Tutaj znajdują się przede wszystkim narzędzia z
      tamtego okresu. Reszta części parterowej poświęcona jest czasom faraońskim,
      greckim i rzymskim i zawiera różnego rodzaju figurki, fragmenty płaskorzeźb lub
      tekstów, biżuterię itp. Wchodzę na pierwsze piętro, gdzie podziwiam ekspozycje
      przedmiotów koptyjskich i muzułmańskich, m.in. monety, tkaniny, ubrania,
      obuwie, zastawy stołowe, porcelanę, biżuterię, ozdoby itp. Podchodzi do mnie
      dyrektor muzeum, przedstawia się i oferuje mi pomoc. Dziękuję mu jednak i
      kontynuuję zwiedzanie samodzielnie. Gdy kończę i chcę opuścić budynek,
      pracownicy muzeum wołają dyrektora, a ten zaprasza mnie do swojego gabinetu.
      Rozmawiamy pijąc herbatę. Jest to człowiek z pasją, archeolog z wykształcenia,
      chcący przekazać swą wiedzę, pragnący kontaktu z turystami. Pokazuje mi
      broszurki, jakie tworzy. Są to składanki różnych artykułów, wycinków i zdjęć
      wklejanych na kartki i pogrupowanych tematycznie w osobne książeczki na temat
      Chargi, Dachli, Bahrijji, Asuanu (stamtąd pochodzi), Luksoru czy Gizy.

      Żegnam się i wyruszam spacerkiem do hotelu, jednak podjeżdżają policjanci i
      podwożą mnie radiowozem na miejsce. Coraz bardziej mi się ta troska i opieka
      policji podoba. Mój żołądek tymczasem domaga się koktajlu owocowego – spełniam
      więc jego życzenie. W hotelu rozpoczynają się problemy. Okazuje się, że
      obiecany pokój z klimatyzacją w ogóle nie istnieje, czyli że obsługa z
      właścicielem hotelu na czele rano mnie oszukiwała. Decyduję się zmienić hotel,
      szczególnie że jestem naprawdę zmęczona po nieprzespanej nocy i nie chciałabym
      spędzić kolejnej w dusznym pomieszczeniu. Pakuję się i opuszczam hotel,
      wstępuję jeszcze do sklepiku z sokami i wzmacniam się sokiem z mango.
      Przyjeżdża „moja” policja i zawozi mnie do hotelu Radwan, który okazuje się o
      wiele przyjemniejszym. Dostaję duży pokój z klimatyzacją, łazienką i lodówką za
      25LE. Gdy chcę wziąć prysznic – okazuje się, że z kranu nie leci woda.
      Informuję o tym recepcjonistę, a on szybko i z uśmiechem rozwiązuje problem. Po
      wypluskaniu się jadę w abaji i himarze na wieczorny spacerek po mieście.
      Kolejny koktajl owocowy (jak ja będę do nich tęsknić po powrocie do zimnej
      Polski). Rozmawiam z dziewczynami pracującymi w sąsiednich sklepikach, m.in. z
      Wafa’ i Muną. Gadamy o głupotach, modzie, kosmetykach, życiu, podróży,
      mężczyznach. Pokazują mi zdjęcia swoich narzeczonych. Kolejny soczek (tym razem
      z daktyli), zakupy i wracam do hotelu.
      Charga
    • beduinka 5 IMPRESJE Z EGIPTU 23.10.04, 01:11
      16.09.2004 CZWARTEK
      Wstaję rano – znów po nieprzespanej nocy. Nie wiem, co się ze mną dzieje, że
      nie mogę spać już kolejną noc. Tym razem warunki miałam komfortowe, temperatura
      przyjemnie chłodniutka… a jednak. Wychodząc z hotelu, prawie potykam się o
      dwóch policjantów koczujących przy recepcji – podobno dla mojego
      bezpieczeństwa. Dzwonię z pobliskiej budki do Sulejmana. Ja go słyszę, on mnie
      niestety nie. Wracam do hotelu. On dodzwania się na moją komórkę – przyjedzie
      pod hotel za 20 min. Nim wyjedziemy zostaje spisany przez policję – znów
      podobno dla mojego bezpieczeństwa… a ja „super women” czuję się
      ubezwłasnowolniana tym dbaniem o moje bezpieczeństwo . Wyruszamy, lecz gdy
      przejeżdżamy przez miasto znów zatrzymuje nas policja – tym razem jest to tylko
      Sami, który pragnie się ze mną pożegnać.

      Kupujemy sobie na drogę kanapki z fulem i falafelem i opuszczamy Chargę. Przed
      nami 190 km drogi przez pustynię do kolejnej oazy – Kachli. Po przejechaniu ok.
      20 km opuszczamy asfaltową drogę i skręcamy w pustynię. Wspinamy się naszym
      jeepem na wysoką wydmę, na której szczycie zatrzymujemy się. Widok jest
      oszołamiający. Czuję, że właśnie na taki moment czekałam całe wakacje i że te
      chwile będę długo przechowywać w sercu i pamięci. Bawię się w piasku, biegam,
      skaczę i jestem szczęśliwa. Dzwonią do mnie na komórkę dziewczyny ze sklepików
      w Chardze… fajne miejsce na pogawędkę.

      Zjeżdżamy z wydmy, lecz nasz samochód zakopuje się w piasku. Zaczyna się ciężki
      wysiłek… oj brakuje kondycji. Trzeba biegać między poszczególnymi kołami
      samochodu i je cały czas odkopywać z piasku, a jego tyłem, gdzie pchamy z całej
      siły. Samochód porusza się do przodu lecz cały czas zakopany – chciałoby się
      rzec – po podbrzusze, a dokładniej mówiąc do połowy kół lub głębiej, bowiem w
      tym miejscu piasek jest grząski i sypki. Decyduję się użyć traku. Jest to jakby
      metalowa deska, którą podkłada się pod koła. Jednocześnie jest ona dziurawa jak
      ser szwajcarski, tak by piasek na niej nie zalegał, lecz zsypywał się z niej w
      dół. Tym razem udaje nam się wypchnąć samochód i wracamy na asfaltową drogę.

      Po prawej stronie mijamy budowane od podstaw, od zupełnego zera, na pustyni
      osiedle dla kilku tysięcy osób – robotników sprowadzanych do pobliskiej kopalni
      fosforu. Miasteczko to wygląda jak szachownica z równoległymi-prostopadłymi
      ulicami, przy których stoją piękne nowe latarnie oraz przyjemne domeczki.
      Niestety zupełnie brak tu zieleni.

      Jedziemy dalej, lecz po jakimś czasie kończy się asfalt. My zatrzymujemy się
      przydrożnej kafejce Ziyad. Są tam jeepy z turystami, udającymi się w przeciwną
      stronę. Kilkanaście młodych, głośnych i roześmianych Australijczyków jedzie do
      Chargi i dalej do Luksoru. My po wypiciu herbaty podążamy do celu i docieramy
      do Dachli.

      Dzisiaj w drugim jeepie Suleimana przyjeżdżają do Dachli turyści ze swoim
      pilotem i później wspólnie mamy wybrać się na pustynię i zostać tam na noc. W
      związku z tym nie opłaca mi się brać pokoju hotelowego na całą noc, lecz udaje
      się załatwić, bym mogła wziąć prysznic i odpocząć w hotelu Nugum (i nawet nie
      chcą za to żadnej zapłaty) przez najbliższe trzy godzinki (14-17). Hotel jest
      bardzo przyjemny, czysty i urządzony ze smakiem. Pokoje są urządzone ze
      smakiem, wiele z nich z klimatyzacją. Jest też tu restauracyjka i kafeteria w
      ogródku, a obsługa jest naprawdę bardzo miła (a recepcjonista ma tę samą datę
      urodzenia, co ja).

      Dopiero jak kładę się do łóżka, rozumiem jak strasznie byłam zmęczona. Decyduję
      się, że jak Suleiman przyjedzie po mnie, powiem mu, że jednak rezygnuję z
      wycieczki na pustynię. Jednak gdy schodzę, by mu o tym powiedzieć, nagle
      oświadczam mu, że potrzebuję 10 min by dokończyć się pakować i przebrać się i
      że za chwilę będę z powrotem. Tak też robię.

      Jedziemy z Suleimanem do restauracji, gdzie tamci turyści właśnie kończą obiad.
      Jest to para Anglików i dwie Japonki. Japonki muszą dzisiaj wracać autobusem do
      Kairu, natomiast Anglicy i ich pilot wycieczek wybierają się z nami na
      pustynię. Ich tour-leader jest niemiły, stary, gruby i łysy. Ma szorstki głos.
      Ich kierowcą będzie Salim. Oni muszą poczekać na autobus do Kairu dla Japonek.
      Tymczasem my już wyruszamy, mamy się spotkać już na miejscu na pustyni.
      Zatrzymujemy się jeszcze by kupić wodę i jedzenie.

      Gdy tylko opuszczamy Mut (czyli główne miasto w oazie Dachla), Suleiman
      proponuje mi, żebym spróbowała jazdy na dachu samochodu. Wchodzę, zapieram się
      wszelkimi posiadanymi kończynami (a żałuję, że brak mi jeszcze kilku macek):
      nogi szeroko rozstawione i wsunięte pod metalowe oporządzenie jeepa, rękami
      trzymam się po bokach i przypominam jakiegoś pajęczaka. Jednak ten stan szybko
      się zmienia, łapię równowagę, uspokajam się i nie potrzebuję już takiej
      trzymanki. Zatrzymujemy się, by zebrać chrust i drewno na opał i ładujemy
      znalezione i urwane gałęzie na dach, a ja Sadowiem się wśród nich. Opuszczamy
      trzęsące dróżki wśród gajów palmowych, wyjeżdżając na piaszczystą pustynię.
      Dopiero tutaj czerpię ogromną przyjemność z wybranego siedziska. Suniemy po
      mięciutkim piaseczku, czasem po płaskim terenie – a wtedy rozpędzamy samochód
      do prędkości kosmicznej (oj chyba te 80 km/h kosmiczną prędkością nie jest,
      lecz uwierzcie mi za taką można ją odczuć, gdy podróżuje się na dachu). Ja
      tymczasem jestem już zupełnie wyluzowana. To chyba moja najszczęśliwsza chwila
      od przyjazdu do Egiptu. Czuję się wolna jak ptak… rozpościeram skrzydła i lecę,
      lecę w ramiona moich marzeń, tych już spełnionych i tych, które dopiero się
      spełnią… a przede wszystkim tych, które dopiero wymyślę. Tylko, żeby nie
      zlecieć . Suleiman włącza muzykę, a ja tańczę na dachu. W pewnym momencie
      samochód zatrzymuje się w dosyć dziwnej pozycji, a mianowicie nasz jeep stoi w
      pozie mocno wertykalnej na prawie pionowej wydmie. Suleiman czeka na mój znak,
      czy zjeżdżać ze mną na dachu, czy schodzę. Mi tu jest na górze tak dobrze, że
      ryzykuję i ...
    • beduinka 6 IMPRESJE Z EGIPTU 24.10.04, 00:04
      Mi tu na górze jest tak dobrze, że ryzykuję i … i jest extra.

      Dojeżdżamy do miejsca, gdzie rozłożymy obozowisko. Rozładowujemy drewno, sprzęt
      biwakowy, materace, koce i wiele innych rzeczy. Wyruszamy w drogę powrotną do
      naszej „pionowej wydmy”, bowiem Suleiman uważa, że Salim, który nie jest aż tak
      doświadczonym kierowcą, może wywrócić na niej samochód. Znów jadę na dachu, tym
      razem nie ma tam zbyt wiele rzeczy, wzięłam tylko jeden materac – i leżę sobie
      na nim. W oczekiwaniu na drugi jeep, łażę sobie po wydmach. Z dachu jeepa
      oglądam przepiękny zachód słońca… oj czemu słońce zachodzi tylko raz dziennie…
      i wtedy przyjeżdżają nasi turyści. Jedziemy już wspólnie do naszego obozowiska.
      Anglicy siedzą sobie Wedy na wydmie, a my rozkładamy cały sprzęt i zaczynamy
      przygotowywać posiłek. Czuję się strasznie głodna, więc oczekiwanie na
      jedzenie, strasznie mi się dłuży.

      Gdy turyści schodzą do nas, ich tour-leader zaczyna im troszkę opowiadać, lecz
      robi to w sposób nudny, lodowaty i beznamiętny, lecz przynajmniej słuchanie
      tego ukróca mi czekanie. Posiłek jest już gotowy, a specjalnością szefa kuchni
      są: zupa z soczewicy, ryż, kurczak i gotowane warzywa. Objadam się do syta.
      Pijemy jeszcze herbatę, a potem ja z Suleimanem opuszczamy obozowisko i
      odjeżdżamy dalej. Rozkładamy materace i śpiwory. Mój jest zbyt cienki na
      pustynne noce, więc Suleiman odstępuje mi swój – będzie spał w środku w
      samochodzie, gdzie nie jest aż tak zimno. Jednak wcześniej długo rozmawiamy.
      Czasem jest tak dziwnie, że spotykamy obcego człowieka, a czujemy jakbyśmy
      znali go od lat i możemy bez ograniczeń z nim o wszystkim rozmawiać. Otwieram
      się przed Suleimanem, a on przede mną. Każdy z nas miał jakieś kłopoty spychane
      do wewnątrz, o których chciał zapomnieć. Dzisiejsza rozmowa wyciągnęła je z
      powrotem na wierzch, lecz chyba jednocześnie pozwoliła nam się oczyścić i
      spojrzeć na nie oświetlone innym światłem. Może światłym tych milionów gwiazd
      święcących nad naszymi głowami. Przepięknie wyróżnia się droga mleczna (a tour-
      leader Anglików pytał się Suleimana, dlaczego niebo po tamtej stronie, jest
      zawsze tak zachmurzone). Gwiazdy spadają… marzenia się spełniają… czas już spać.
      Charga – Dachla
      • beduinka 6 IMPRESJE Z EGIPTU - uzupełnienie 25.10.04, 19:30
        Zapomniałam wspomnieć, że po obozowisku biegały białe myszki, czekając na
        resztki naszego jedzenia. Mniej odważne były lisy pustynne – malutkie płochliwe
        białe zwierzaczki z śmiesznymi ogromnymi uszami, jakby pożyczonymi od większego
        stworzenia.
    • beduinka 7 IMPRESJE Z EGIPTU 25.10.04, 20:25
      17.09.2004 PIĄTEK
      W nocy niebo było naprawdę przepiękne – lecz czemu wpatrywałam się w nie aż
      tyle godzin? Znowu spać nie mogłam . A gwiazdy robiły się coraz bledsze, aż na
      wschodnim krańcu horyzontu pojawiła się różowa poświata…. A tuż potem wjechał
      na nieboskłon słonecznym rydwanem Amon-Ra. A ja zasnęłam. Choć na zaledwie dwie
      godzinki. Po wczorajszej kolacji mam problemy żołądkowe, więc planuję
      wypoczynkowy dzień. Suleiman pakuje materace i śpiwory, ja znów wchodzę na dach
      jeepa i jedziemy do głównego obozowiska. A tu niespodzianka – już jest tak
      późno – godz. 8:00, a wszyscy śpią. Salim i tour-leader budzą się. Suleiman z
      Salimem zaczynają przygotowywać śniadanie. Rozpalamy też ogień, by zagotować
      wodę na herbatę. Po jakimś czasie budzą się też angielscy turyści. Czas na
      śniadanie, lecz aj piję tylko herbatę.

      Jedziemy z Suleimanem (ja oczywiście ponownie na dachu) do źródła wziąć kąpiel,
      a ta okazuje się być kolejnym trudnym do opisania przeżyciem. Jest to małe
      okrągłe bajorko o stromym wysokim na ok. 3 m brzegu z jednej strony (na nim
      stoją kłaniające się nam palmy), z drugiej strony otwarte na kanał
      odprowadzający wodę dalej w oazę. W źródle bulgocze gorąca (ok. 35 C) woda, a
      pęcherze powietrza prą od dna ku powierzchni. Sulejman wchodzi pierwszy do
      wody – ja najpierw spoglądam na nią podejrzliwym wzrokiem. Lecz niedługo też
      wchodzę do mojej pustynnej łaźni.

      Woda tutaj jest bogata w żelazo, które osadza się na dnie, brzegu, okolicznych
      roślinach, mojej skórze czy kostiumie kąpielowym czerwono-brązową warstewką
      (mój kostium kąpielowy – pierwotnie czarno-biały ma od czasu tej sławetnej
      podróży barwę czarno-brunatną).

      Dno jest mulisto-piaszczyste i grząskie, lecz największa frajda jest po środku
      bajorka – w miejscu bulgotania. Jest tam bardzo głęboko, lecz utonąć się nie da
      (a na pewno bardzo się by trzeba było natrudzić, by takiej sztuki dokonać) – bo
      woda i piasek wypychają cię do góry. Nie dzieje się to z jakąś kosmiczną mocą,
      lecz jest to delikatne, łaskoczące uczucie.

      Po kąpieli Suleiman odwozi mnie do miasta Mut – jeszcze po drodze próbuje w
      jakiejś kafeterii napoić mnie jakimś wywarem (jansun), który miałby sprawić, że
      poczuję się lepiej. Następnie zostawia mnie w hotelu An-Nugum. Czuję się,
      jakbym wróciła do domu – tak tutaj jestem witana. Dostaję pokój z łazienką,
      klimatyzacją, lodówką, telewizorem, telefonem, czystą pościelą i śniadaniem za
      30LE, czyli 18LE.

      Przez dalszą część dnia odpoczywam, lenię się i nabieram sił przed jutrzejszą
      wyprawą do Farafry i na Białą Pustynię, na którą Suleiman zaprosił mnie, bym
      towarzyszła jemu i angielskim turystom.

      Dachla
      • maissa Re: 7 IMPRESJE Z EGIPTU 28.10.04, 22:35
        Beduinko, czekamy na ciąg dalszy - miał być codziennie jeden odcinek - i co????
        • beduinka Re: 7 IMPRESJE Z EGIPTU 28.10.04, 22:45
          nie mam teraz dostępu do komputera - tylko do laptopa z niemiecką klawaturą
          (czyli inną od naszej) i zbyt wolno by mi się pisało... choć mam ochotę i wenę,
          by pisać... jutro może w Karawanseraju sobie siądę i potworzę
    • beduinka 8 IMPRESJE Z EGIPTU 30.10.04, 02:57
      18.09.2004 SOBOTA
      O 8:00 budzi mnie telefon Sulejmana. Jest już w hotelu. W ekspresowym tempie
      myję się, ubieram, pakuję się i zbiegam na śniadanie. Jest smaczne, ale proste:
      bułeczki, masełko, serek, dżemie i herbata lub kawa. Jedziemy do Bedouin Camp,
      gdzie nocują nasi Anglicy. Prowadzą to miejsce starsi bracia Sulejmana (a jest
      ich wszystkich kilkanaścioro rodzeństwa). Obóz składa się z glinianych domków
      oraz chatek uplecionych bodajże z liści i gałęzi palmowych (czy też innych
      roślin). Jest tu też osobny baraczek z prysznicami. Jest tu też przyjemne
      miejsce pod gołym niebem z wymoszczonymi miejscami siedzącymi na ziemi, gdzie
      wieczorem pali się ognisko i odbywają śpiewy i tańce. Tymczasem my siadamy w
      otwartej w jedną stronę, lecz krytej salce, służącej za jadalnię i pijemy
      herbatę. Czytam w tym czasie wypisane na ścianach i murkach złote myśli o
      Beduinach, pustyni i przyglądam się naściennym malowidłom. Sulejman i Salim
      przeładowują sprzęt biwakowe i inne bagaże z jednego jeepu do drugiego (w
      tamtym pierwszym Salim złamał wczoraj podczas jazdy którąś część podwozia). W
      końcu Anglicy się budzą – przepraszają nas, że musieliśmy tak długo czekać.
      Jedzą śniadanie i wyruszamy w stronę Farafry.

      Czeka nas 300 km drogi przez pustynię. Pokazuje nam ona swoje różne oblicza.
      Najpierw z daleka przebłyskując za ciągnącą się jeszcze przez kilkadziesiąt
      kilometrów oazą, jakby nieśmiało wychylając się zza jej pleców. Wpełza coraz
      zuchwalej i po jakimś czasie ta zieloność pozostaje w mniejszości. Później
      jedziemy już przez pustynię, a coraz rzadziej pojawiają się zielone kępy, lecz
      i one prędko zanikają. Pustynia jest troszkę żwirowa, troszkę piaszczysta, lecz
      płaska. Na horyzoncie po lewej stronie widać wydmy Wielkiego Morza Piasku, po
      prawej górskie szczyty.

      W pewnym momencie opuszczamy asfaltową drogę (skręcamy w prawą stronę) i
      wjeżdżamy w piasek. Powierzchnia jest płaska jak blat stołu. Przede nami
      rozciąga się tak wyrazista i sugestywna fatamorgana, jakiej jeszcze nigdy
      wcześniej nie widziałam. Budzimy Anglików (nazywają się Tim i Sophie – może
      czas ich w końcu przedstawię), którzy przespali dużą część trasy, i informujemy
      ich, że dojechaliśmy nad morze . Widzimy jeepa sunącego przez „nasze morze”.
      Zatrzymujemy się na herbatkę z termosu, w której maczamy suchary. Wchodzę na
      dach i na życzenie Sulejmana proponuję tę atrakcję naszym Anglikom. Cieszą się
      i z radością dołączają do mnie. Mówią, że już jak po raz pierwszy mnie
      zobaczyli na dachu, bardzo mi tego zazdrościli i myśleli, że jest to takie
      cool. Leżymy ściśnięci koło siebie na plecakach, kocach, materacach, kijkach,
      sznurkach i innych piernikach i wiatrakach, podążając przez morze piasku, a
      później drogą asfaltową. I w ten sposób mijamy ok. 100 km. Wsiadamy do środka
      samochodu tuż przed Farfarą.

      Tam na policyjnym checkpoincie piszę oświadczenie, że dziękujemy policji, ale
      zrzekamy się ich ochrony i robimy to na własną odpowiedzialność, a następnie ja
      i Anglicy podpisujemy to. Jeśli nie zrobilibyśmy tego, musielibyśmy wziąć ze
      sobą policjanta.

      Przyjeżdżamy do źródła, które ma formę wybetonowanego basenu zasilanego wodą
      tryskającego pod ogromnym napięciem z rury wychodzącej spod ziemi. Silny
      strumień gorącej wody (ok. 45 C) płynie dalej silnym strumieniem i nawadnia
      okoliczne pola. Ja, Tim i Sophie przebieramy się w stroje kąpielowe w
      okolicznych krzaczkach i okazuje się, że mnie i Sophie podglądał jakiś
      miejscowy. Kąpiel jest przyjemna, choć trochę przypomina wskoczenie z patelni w
      ukrop. Natomiast stanięcie pod rurą wyprowadzającą spod ziemi wodę oznacza
      przyjemny masaż. Troszkę się czuję jak w jakimś SPA. W międzyczasie Salim
      przygotowuje posiłek – kanapki z tuńczykiem, serem feta, pomidorami i ogórkami.
      Troszkę karmi nas jak ptaszki, gdy jeszcze taplamy się w wodzie i podchodzimy
      do brzegu otwierając dzióbki na pożywienie. Później wychodzimy z baseniku i w
      cieniu pod drzewem kontynuujemy posiłek.

      Podjeżdżamy pod muzeum Badra. Sulejman i Salim jadą po zakupy, ja z Anglikami
      decydujemy się je obejrzeć. Już z zewnątrz budynek wygląda zachęcająco i
      przyjemnie. Zbudowany jest z naturalnych materiałów, przede wszystkim z gliny i
      ma formę przypominającą trochę forty pustynne jakie widziałam na pustyni w
      Jordanii. Wchodzimy do środka i czujemy przyjemny chłód. Oprócz nas muzeum
      zwiedza jeszcze 4 Niemców ze swoim tour-leaderem, lecz wkrótce wychodzą, a my
      pozostajemy sami z pracami tego niesamowitego artysty. Badr Abd Al.-Moghni
      urodził się w 1948 r. w Farafrze. Kocha swoje miasteczko i chciałby wszystko,
      co go otacza uchronić od zapomnienia. Jest on utalentowanym artystą-samoukiem,
      którego prace odzwierciedlają beduińskie życie, ludzi tego regionu czy też
      piękno oazy i pustyni. Tworzy korzystając z różnorodnych technik. Przelewa
      swoją wrażliwość na płótno bądź papier maluje farbami olejnymi i akwarelami
      różne scenki rodzajowe, krajobrazy czy portrety. Robi kolaże z wykorzystaniem
      piasku i kleju. Lepi postacie z gliny, którą później wypala. Przekazuje magię
      swych dłoni kamieniom i pniom palmowym, wyczarowując z nich kształty ludzi,
      zwierząt i przedmiotów. I właśnie wykorzystanie w pracy naturalnych materiałów,
      sprawia, że jego dzieła są tak bardzo częścią tego małego-wielkiego świata oazy
      i otaczającej ją pustyni. Dodatkowo w „ogródku” znajduje się miniatura Białej
      Pustyni z jej dziwacznymi formami. Wejście do muzeum kosztuje 5 LE, a w cenie
      otrzymuje się broszurę i 2 pocztówki. I jest to coś, co należy zobaczyć. Gorąco
      polecam. Wchodzi sam Badr. Jest czarującym człowiekiem, pełnym pozytywnych
      emocji, które promienieją z niego na każdego, kto znajdzie się w jego
      otoczeniu. Ubrany jest w spodnie pomalowane w stonowane wzorki w wielbłądy i
      palmy. Nawet jego samochód jest pięknie przyozdobiony i pomalowany. Wchodzi i
      od razu mówi mi, że jestem Polką. Rozmawiamy po arabsku. Perfekcyjnie zna fuchę
      (czyli arabski język literacki), co wśród Arabów niestety nie jest zbyt częstą
      umiejętnością. Lecz on był nauczycielem języka arabskiego, historii i geografii
      w miejscowej szkole. Zna dobrze swój kraj i go kocha. Kocha swoje miasteczko
      Farafrę i rozsławia je swoją sztuką i stara się też uchronić od zapomnienia to,
      co przemija. Opowiada o wszystkim z pasją i tak też żyje. Jego życie to
      marzenia i pokonywanie kolejnych kroków do ich spełnienia. Mówi nad czym
      pracuje, co jeszcze chce zrobić (bramy wjazdowe do Farafry). Sprzedał wczoraj
      jakiś bardzo fajny obraz, za którym mocno tęskni. Ma już swoje muzeum,
      stworzył też dom gościnny – urządzony w podobnym stylu, gdzie zamierza
      prowadzić artystyczne. Jego dzieła podróżują po świecie rozsławiając malutką
      Farafrę. Odwiedzają go stale ludzie z różnych zakątków świata. Opowiada mi o
      ekspedycji naukowej z Wydziału Geografii Uniwersytetu Warszawskiego, która
      przebywała w Farafrze i napisała o tej oazie książkę, poświęcając Badrowi 6
      stron. Mam mu załatwić i wysłać kilka egzemplarzy, bo te 5, które mu
      przekazano, jakoś się rozeszło. Żółta okładka, a z tyłu członkowie grupy
      badawczej na dachu muzeum. Jeszcze wymieniamy się z Badrem numerami telefonów i
      żegnamy się.
    • beduinka 9 IMPRESJE Z EGIPTU 31.10.04, 01:12
      Opuszczamy Farafrę mijając jeszcze najpierw policyjny, a potem wojskowy
      checkpoint. Tymczasem po obu stronach drogi rozpoczyna się Biała Pustynia.
      Miejsce jest magiczne, pełne bajkowych stworów. Są to tak naprawdę kamienne
      głazy o przeróżnych kształtach, lecz każdy odwiedzający to miejsce i
      posiadający choć szczyptę wyobraźni, ujrzy słonie, wielbłądy, sfinksy,
      krasnale, ryby, kwiaty, grzyby, ludzi, potwory… Nawet jedna skała oglądana z
      dwóch różnych stron może pociągnąć różne strony naszej wyobraźni. Skręcamy w
      pustynię po prawej stronie drogi. Ja i Tim przesiadamy się na dach. Jedziemy i
      spotykamy jeep z Włoszkami prowadzony przez Abd al.-Hamida (brata Sulejmana).
      Wszyscy wspólnie podziwiamy zachód słońca – wtedy przy zmieniającym się świetle
      okolica staje się jeszcze bardziej bajkowa, a ostatnie promienie słońca malują
      skały przepięknymi barwami – wyobraźnia działa na wyższych obrotach. Jeepy się
      rozdzielają i zakładamy osobne obozowiska oddalone od siebie o mniej więcej 700-
      1000 m. Organizujemy obozowisko, Salem przygotowuje kolację, a ja i Anglicy
      wspinamy się po okolicznych skałkach. Schodzimy na dół, siadamy przy ognisku,
      na którym gotuje się zupa z soczewicy, a w drugim garnku ziemniaki z warzywami.
      Na specjalnej metalowej kratce rozłożone są kawałki kurczaka. By czas
      oczekiwania minął nam szybciej, rozpoczynam rozmowę o Beduinach. Konfrontuję
      wiedzę, którą posiadam z książek oraz moich poprzednich bytności w
      społecznościach beduińskich (Syria, Jordania, Libia, wschodni Egipt) z
      doświadczeniami Sulejmana. Jemy kolację, ja w związku z moimi przebojami
      żołądkowymi ograniczam się do zupy.

      Z drugiego obozowiska przychodzi do nas Adel. Wygłupiamy się wszyscy próbując
      go związać tak, że nasze obozowisko wygląda jak pobojowisko. Raz my wygrywamy,
      raz przegrywamy, a ja jestem całkowicie padnięta, a moje włosy są pełne piasku.
      Nasypało się go też sporo w wszelkie zakamarki ubrania. Opłacam koncert
      muzyczny, a mianowicie daję Adelowi 20 LE, a on gra wystukując rytm na misce i
      śpiewa, a Salim i Sulejman mu wtórują. Są to typowe piosenki beduińskie, lecz
      jako ostatnią śpiewają pewną sprośną pioseneczkę, której treści wam tu jednak
      nie przytoczę.

      Czas iść spać, lecz ja decyduję się na nocny spacer po pustyni. Wspinam się na
      skałkę i stamtąd obserwuję gwiazdy. Nigdy chyba nie widziałam tak
      rozgwieżdżonego nieba. Gwiazdy spadają. Panuje idealna cisza. To jest właśnie
      jeden z momentów, za którymi będę tęsknić po powrocie do Polski. Kładę się w
      spać niezwykle szczęśliwa.

      Dachla – Farafra – Biała Pustynia
    • beduinka 10 IMPRESJE Z EGIPTU 01.11.04, 15:36
      19.09.2004 NIEDZIELA
      Wstaję późno, bo ok. godz. 8:00, ale po raz pierwszy od 4 nocy jestem wyspana –
      normalnie spałam bez budzenia się co chwilkę. Pewnie wczorajszy wysiłek to
      spowodował. Suleiman i Salim są już na nogach. Anglicy nadal śpią, lecz też
      niedługo wstają. Myjemy ząbki i twarze wodą z butelek i kanistra, ubieramy się
      i siadamy do śniadania. Ja piję tylko herbatę i ję maczane w niej suchary.

      Anglicy dzisiaj nas opuszczają i pojadą autobusem do Kairu. Ja też chyba
      opuszczę już Suleimana i Salima – zostanę trochę w Farafrze lub nawet
      bezpośrednio pojadę do Bahrijji. Jednak Suleiman namawia mnie, bym wróciła
      jeszcze do Dachli… niech będzie – bowiem z drugiej strony kiedy będę miała
      kolejną szansę aż tyle pobyć na pustyni.

      Pakujemy się i ruszamy dalej. Ja ponownie na dachu jeepa. Czuję, że wiatr
      świszczący mi w uszach, chce wyjawić mi sekrety pustyni, opowiedzieć jej
      historię – ja tylko muszę się nauczyć jego języka, a dowiem się wiele. O
      poranku Biała Pustynia wygląda jeszcze inaczej niż po południu, wieczorem czy w
      nocy. Dojeżdżamy do asfaltowej drogi, chwilę nią jedziemy, a potem ponownie
      skręcamy w pustynię, lecz tym razem po przeciwnej stronie. Suleiman pokazuje
      nam miejsce, gdzie są pozostałości skalne z okresu, gdy teren ten był dnem
      morza – widać wciśnięte w skały muszelki i koralowce.

      Jedziemy do wojskowego checkpointu. Jest godzina 10:15, autobus powinien być
      tutaj o godz. 10:30. Żołnierze zapraszają mnie do siebie do jednostki. Odłączam
      magazynek od leżącego na stole karabinka – i okazuje się całkiem pusty.
      Pokazują mi, że mają też załadowany magazynek, jednak schowany w szufladzie i
      zawinięty w jakieś szmatki. Także lufa magazynku zatkana jest korkiem – to taka
      ochrona przed wszędobylskim piaskiem – tylko mam wątpliwości co do możliwość
      prędkiego zareagowania. Rozkładam im też karabinek na części, a żołnierze
      pytają się mnie jaki mam stopień i gdzie byłam szkolona. Autobus przyjeżdża
      dopiero ok. godz. 11:10. Żegnamy się z Sophie i Timem. Zmienili się przez tych
      kilka dni pobytu z nami. Stali się bardziej otwarci, zaczęli żartować i
      wygłupiać się z nami. A w pierwszych dniach byli tacy sztywni i spięci, bali
      się jeść palcami, siedzieli wyprostowani. Są jeszcze młodzi (mają po 19 lat),
      właśnie skończyli I r. studiowania literatury angielskiej. Na pewno ta podróż –
      bardzo ich wzbogaciła.

      Jadę znowu na dachu, lecz przed checkpointem policyjnym przesiadam się
      grzecznie do środka. Znowu muszę pisać oświadczenie o zrzeczeniu się opieki.

      Przyjeżdżamy ponownie do „naszego” źródła. Jemy bułki z serkiem topionym.
      Przebieram się (lecz tym razem w samochodzie) w strój kąpielowy i kąpiemy się.
      Myję dokładnie włosy, by wypłukać z nich piasek – pamiątkę wczorajszych
      wybryków.

      Gdy mijamy muzeum Badra, widzę jego samochód. Zatrzymujemy się, bo chcę się
      pożegnać. Gdy wchodzę, Badr od razu woła mnie do siebie do pracowni – mówi, że
      czuł, że jeszcze dzisiaj do niego wrócę. Pokazuje mi swoją dzisiejszą pracę.
      Namalował ponownie ten obraz, którego było mu tak żal, że go sprzedał.
      Twierdzi, że teraz jest jeszcze piękniejszy. Szczególnie podoba mu się sposób,
      w jaki osiołek spogląda na osobę oglądającą obraz. Sprawia mi wielką radość
      słuchanie tego czarodzieja słowa i pędzla. Na pewno kiedyś tutaj wrócę.

      Tuż za miastem przesiadam się na dach. Jechałam leżąc na materacach i zasnęłam.
      Przespałam ok. 100 km. Zjechaliśmy znowu z drogi asfaltowej i podskoki mnie
      rozbudziły. Zrobiliśmy sobie przerwę na herbatę z termosu. Droga jest długa
      (ok. 300 km) i męcząca w gorącym letnim słońcu i suchym pustynnym wietrze.
      Kolejną część trasy pokonuję śpiąc na dachu. Przesiadam się do środka, gdy
      pojawiają się pierwsze plamy zieloności, pierwsze domki. Jest ich coraz więcej.
      Zatrzymujemy się w Basr w przydrożnej kafeterii, by wypić coś zimnego.

      Po przyjeździe do Mut w Dachli znów kwateruję się w hotelu Nugum. Odpoczywam.
      Odkrywam, że mam twarz spaloną od słońca. Zbyt wiele dachu w ciągu ostatnich
      dni. Robię pranie i wychodzę na wieczorny spacer po mieście. Krążę po uliczkach
      najstarszej części oazy, które są brudne, pełne śmieci, śmierdzi tam, a domy
      się rozlatują. Mają tutaj taką dziwną instytucję jak „Tourists friends
      association” – członkowie tego towarzystwa mają legitymacje „partyjne” i wielką
      ochotę, by bezinteresownie pomagać turystom.

      Mijam jeszcze cmentarz, robię zakupy i wracam do hotelu. Przed snem uzupełniam
      jeszcze zapiski.
      Biała Pustynia - Farafra – Dachla
      • bonia01 Re: 10 IMPRESJE Z EGIPTU 15.11.04, 10:08
        Kiedy przeczytamy dalszy ciąg?

        Pozdrawiam
        Bożena
        • beduinka Re: 10 IMPRESJE Z EGIPTU 15.11.04, 10:47
          ups
          a kto za mnie przepisze to z notesu do komputerka :))))))
          niedługo się zmobilizuje... postaram się
          buziaki
    • beduinka 11 IMPRESJE Z EGIPTU 19.11.04, 12:52
      20.09.2004 PONIEDZIAŁEK

      Wstaję rano, pakuję się i idę zwiedzić muzeum. Jednak okazuje się być
      nieczynne – a drewniane drzwi zamknięte na zasuwę i kłódkę gdzieś z boku
      zrujnowanego budynku nie wyglądają zachęcająco. Już chcę zrezygnować, lecz
      pojawia się chłopaczek (no przesadzam z tym określeniem – bo jest równo o rok
      starszy ode mnie. Ta sama data urodzenia: 16 luty. Zresztą recepcjonista w
      hotelu Nugum też urodził się tego samego dnia, co ja) – syn właściciela Hotelu
      Anwar i dzwoni po Ibrahima – założyciela i dyrektora tego muzeum, który pracuje
      też w miejscowym ośrodku kultury. Ten przyjeżdża na rowerze i otwiera drzwi, a
      ja się czuję jakbym trafiając tu wypowiedziała „Sezamie otwórz się”, bowiem
      miejsce z zewnątrz wyglądające nijako, jakby nie mieściło się tam nic
      ciekawego, okazuje się skarbcem kultury tego regionu. Muzeum odzwierciedla
      tradycyjny dom-gospodarstwo. Są jego poszczególne pomieszczenia, sprzęty
      domowe, ubrania, biżuteria, a wszystko rozlokowane w bardzo naturalny sposób,
      tak że czuję się, jakbym była naprawdę w domu z tego regionu sprzed wielu wielu
      lat, choć wiele rzeczy pozostaje w tym oddalonym od świata małym miasteczku na
      pustyni takimi samymi przez wieki. Docieram do salki, gdzie znajdują się
      gliniane figurki ułożone w scenki rodzajowe: kupców na targi, rodzinę jedzącą
      wspólny posiłek, radę plemienną, dzieci w szkole słuchające wykładu
      nauczyciela. Zwiedzanie muzeum nie byłoby pełne bez bardzo dokładnego opisu
      każdego przedmiotu, zdjęcia czy czynności dokonywanego przez Ibrahima. Robi to
      z niezwykłą pasją. Daję mu jako bakszysz 10 LE (choć wcale się o to nie pyta).
      Wychodzę bogatsza o nowe wiadomości.

      Dzwonię do Suleimana i jadę z nim na dworzec. Kupuję bilet autobusowy do
      Bahrijji. Jednak zdecydowałam się, że wsiądę do autobusu dopiero w następnej
      miejscowości, czyli w Qasr. Podobno nie jest to żadnym problemem – muszę tylko
      stać wówczas gdzieś przy drodze i zamachać na autobus. Machać mogłabym i bez
      kupionego biletu, lecz wtedy wsiadając do autobusu i płacąc u kierowcy nie
      miałabym zbyt wielkich szans na miejscówkę. Cena dla Europejczyków to 35LE, dla
      Egipcjan 25LE. Jedziemy do hotelu, gdzie biorę prysznic i zabieram bagaż. W
      międzyczasie Suleiman przywozi mi swoje dzieci: 2,5-letniego Ahmeda i 4-letnią
      Radża’. Wyruszam na spacer z maluchami po okolicy. Po jakimś czasie niosę
      zmęczonego Ahmeda na rękach. Rozmawiam z dziećmi po arabsku, jestem ubrana w
      abaję, lecz jestem bez chusty – ludzie się więc troszkę dziwnie patrzą.
      Ciekawe, co myślą? Wracamy i Suleiman odwozi mnie do miejsca, skąd będę miała
      transport do Basr. Żegnamy się, a ja mu daję w prezencie koszulę z krawatem i
      spinkami do mankietów i dziękuję za przyjemnie spędzone dni i piękne chwile na
      pustyni. Jego rada dla mnie na przyszłość brzmi:
      „DON’T SLEEP ON THE ROOF OF THE BUS.”

      Do Qasr jadę pick-upem i zastanawiam się jak może on być pojemny – naliczyłam
      się 18 pasażerów (+kierowcę): 13 na pace (tam m.in. ja)m 3 osoby wiszą na
      zderzaku trzymając się jakiś elementów karoserii, 2 siedzą obok kierowcy. 30 km
      za 0,75LE, czyli 45gr. Mijamy po drodze wiele malutkich wioseczek. Ludzie
      wysiadają, wsiadają nowi pasażerowie. Miło mnie pozdrawiają i zadają różne
      pytania. Dojeżdżam do Basr ok. godz. 14, czyli w największy upał. Zostawiam
      bagaż w Al-Qasr Hotel. W kawiarence znajdującej się w tym samym budynku na
      parterze i należącej do tego samego właściciela co hotel, wypijam fantę, a wraz
      z spotkanymi Niemcami (najpierw natknęłam się na nich w Muzeum Badra w
      Farafrze, później wspólnie nocowaliśmy i jedliśmy śniadanie w Nugum Hotel)
      zjadam kanapki. Żegnam się i wyruszam zwiedzać średniowieczne miasto, którego
      większość budowli pochodzi z czasów osmańskich, lecz wiele jest jeszcze
      starszych. przykładem może być Ajjubidzki meczet (XII w.) o minarecie
      wzniesionym także z mułu. Wszystko zbudowane jest gliny. Wiele domów jest już
      opuszczonych, lecz w części nadal mieszkają ludzie. Przemykam wąskimi
      uliczkami, staram się iść jak najbliżej ścian, w wąziutkim cieniu, chroniąc się
      przed wyjątkowo ostrym dzisiaj słońcem. Na szczęście część przejść jest w
      formie krytych tuneli, którymi błądząc czuję się troszkę jakbym trafiła do
      jakiegoś labiryntu. Co jakiś czas wychodzę na zamknięty dziedziniec. Część
      domów pochodzi jeszcze z X w. Charakterystyczną cechą wielu z nich są nadproża
      wykonane z drewna akacjowego, na których wyryto nazwisko właściciela, datę
      budowy oraz werset z Koranu. W mieście odkryto aż 54 takie nadproża. Najstarsze
      z nich pochodzi z 924 r.

      Z powodu upału nie mogę dalej zwiedzać miasteczka. Jest duszno i prawdziwy żar
      się dzisiaj leje z nieba. Mam jednak ochotę powrócić to kiedyś – choć raczej
      nie w porze letniej. Tymczasem wracam do kafeterii, gdzie wypijam fantę i
      planuję spytać się właściciela za ile mogłabym wziąć pokój na te 2,5 godz.,
      które pozostały mi do odjazdu autobusu. Ale on sam – nim jeszcze o cokolwiek
      się zapytałam – proponuje mi, bym poszła na górę odpocząć w jednym z pokoi, co
      oczywiście z chęcią robię. Jeszcze przynosi mi wiatraczek, by było mi trochę
      chłodniej. Właściciel tego miejsca – Muhammad – jest przesympatycznym
      człowiekiem, bardzo gościnnym, miłym, nienarzucającym się. Postanawiam, że jak
      przyjadę ponownie do Al-wadi Al-jadid – to zatrzymam się właśnie w jego
      hoteliku na noc lub nawet na kilka nocy, szczególnie, że okolica jest
      przepiękna. Nocleg kosztuje tutaj 10LE ze śniadaniem.

      Wychodzę kupić sobie kilka rzeczy na drogę (soczki mango, wodę, jakieś wafelki
      czy chrupki) i wychodzę o 18:20 oczekiwać na autobus, który powinien tutaj
      przejeżdżać o godz. 18:30. Muhammad przynosi mi jeszcze krzesło, więc siedzę
      sobie wygodnie przy głównej drodze i czekam i czekam… i czekam, ale czymże jest
      tutaj czas, czymś płynnym. Nie trzeba być w miejscu, do którego się jedzie o
      określonej godzinie, można tam dojechać wcześniej czy później i to niczego nie
      zmieni. Autobus przyjeżdża o godz. 19:10. Wsiadam do autobusu, który jest tak
      zapełniony, że ledwo udaje mi się przedrzeć przez ludzi siedzących w przejściu
      do mojego miejsca – którego oczywiście pilnuje Sameh (z hotelu Anwar), który ma
      miejscówkę obok mnie. Po drodze jest postój w kafeterii, gdzie wypijam fantę i
      wraz z innymi siadam przed telewizję i oglądam jakieś rozważania na temat
      jednego z wersetów koranicznych.
    • beduinka 12 IMPRESJE Z EGIPTU 20.11.04, 00:12
      c.d. 20.09.2004 PONIEDZIAŁEK

      Wracamy do autobusu i oglądamy indyjski film z arabskimi i – na szczęście
      także – angielskimi napisami, lecz z powodu osób stojących w przejściu widzę
      tylko 2/3 ekranu, a więc także nie widzę początkowych wyrazów puszczanego
      tekstu. Główny bohater – szczęśliwy mąż i ojciec (na początku filmu jesteśmy
      zasypywani obrazkami szczęścia tej trójki, wspólnymi spacerami, karmieniem żony
      smakołykami, czy też zabawą z synkiem), a także działacz polityczny, zostaje
      oszukany przez swojego przywódcę, który aresztuje go, by w tym czasie zgwałcić
      jego żonę. Ona nie mogąc znieść hańby na swoim honorze, popełnia samobójstwo.
      Opisuje jednak wszystko, co jej się przytrafiło w liście. Główny bohater po
      wyjściu z aresztu przyjeżdża do domu, znajduje martwą żonę, a w jej zaciśniętej
      dłoni – list. On przynosi ten list do domu lidera partii, gdzie akurat odbywa
      się przyjęcie, lecz okazuje się, że policja jest skorumpowana i staje po
      stronie polityka, a nasz bohater trafia na długie lata do więzienia. Przed tym
      przekazuje swojego małego synka pod opiekę swojemu przyjacielowi. Gdy po 24
      latach wychodzi z więzienia na wolność, pragnie pomścić żonę. Odwiedza
      przyjaciela, okazuje się, że ten wychowywał chłopca, jako swojego syna i nigdy
      nic mu nie powiedział o prawdziwych rodzicach. Syn jest już dorosły i wstąpił
      do policji – tak znienawidzonej przez jego ojca, bo jego niewinnego wtrąciła do
      więzienia, pozwalając mordercy żony spokojnie żyć w luksusie na wolności.
      Dodatkowo syn filtruje i spotyka się z córką jednego z tych skorumpowanych
      policjantów. I nagle na prośbę niektórych policjantów wyłączają film.

      Następnie leci film arabski – o podobnej treści – też jest o tym, że czyjaś
      żona czy też córka zostaje zgwałcona i trzeba to pomścić. Tutaj już jednak
      zasypiam i budzę się dopiero, gdy dojeżdżamy do Bahriyyi. Hotelik w mieście, w
      którym zamierzałam nocować okazuje się zamknięty. Decyduję się na nocleg w
      Sahara Camp – położonym kilka kilometrów za miastem. Jest to nowe, czyste
      miejsce, ładnie i schludnie urządzone. Nocleg kosztuje tu 15LE bez śniadania
      lub 20LE z śniadaniem. Cena obejmuje transport. Jest już późno w nocy (godz.
      2), więc biorę prysznic i zmęczona zasypiam w moim domku.
      Dachla – Qasr – Bahriyya
      • beduinka Re: 12 IMPRESJE Z EGIPTU 18.04.05, 12:25
        dzisiaj po raz pierwszy czytam to, co napisałam... w całym tekście widzę
        mnóstwo literówek, pojawiają się też powtórzenia i inne błędy. kiedyś je
        ugładzę.

        co jednak wydało mi się ważne - bo zamazuje sens

        > Dodatkowo syn filtruje i spotyka się z córką jednego z tych skorumpowanych
        > policjantów. I nagle na prośbę niektórych policjantów wyłączają film.
        >
        syn flirtuje, a film jest wyłączony na prośbę pasażerów
    • beduinka 13 IMPRESJE Z EGIPTU 28.11.04, 01:34
      21.09.2004 WTOREK
      Wstaję rano i wychodzę przed swój domek. Jestem oczarowana otaczającą mnie
      scenerią. Dopiero teraz mogę docenić piękno miejsca, do którego trafiłam (w
      nocy było zbyt ciemno na jakiekolwiek spostrzeżenia wizualne). Jest to
      krajobraz pustynny otoczony jednak kwarcytowymi górami. Bliżej nas znajdują się
      natomiast pola uprawne i gaje palmowe. Podobno tutejsza gleba jest wyśmienita i
      niezwykle bogata we wszelkie potrzebne związki mineralne, a by nawadniać
      uprawy, nie trzeba było budować studni, gdyż słodka woda sama wypływa z ziemi
      poprzez liczne źródełka. Słyszę śpiew ptaków. Myję się i pakuję i już jestem
      gotowa do dalszej drogi. A tu niespodzianka – nie ma dla mnie obiecanego
      transportu. Okazało się, że inni turyści wykupili sobie całodniową wycieczkę po
      okolicy… no cóż. Jestem troszkę rozczarowana taką postawą, prowadzącego
      camping. Do miasteczka jest stąd ok. 10 km. Nie ma co jednak o tym rozmyślać.
      Zamiast tego wychodzę na drogę, by złapać któryś z przejeżdżających samochodów.
      Pracownik campingu postanawia się pojechać ze mną, by upewnić się, że dotrę do
      miasteczka bezpiecznie.

      Kupuję bilet, który obowiązuje na wszystkie zabytki w mieście i okolicy.
      Zwiedzanie rozpoczynam od obejrzenia muzeum, gdzie zgromadzono kilka eksponatów
      ze słynnej kolekcji złotych mumii. W pewnej dolinie niedaleko Bahriyyi
      odnaleziono ponad 100 mumii. To spektakularne znalezisko wstrząsnęło w późnych
      latach 90-tych światem archeologów. Były tam zmumifikowane ciała mężczyzn,
      kobiet i dzieci – pochodzące już z okresu grecko-rzymskiego, czyli czasu
      zmierzchu mumifikacji. Każda mumia jest inna, ma indywidualne cechy.
      Przedstawia rysy twarzy, fryzurę czy też np. kolczyki. Sam Zali Hawass – jeden
      z najsłynniejszych Egiptologów – który dokonał odkrycia, stwierdził, że jego
      uwagę przykuła mumia małego dziecka, na którego mumii, ówczesny malarz na
      twarzy namalował nawet łzy. Wspomniał także o dwóch mumiach – męskiej i
      żeńskiej, które nie leżały na plecach, lecz na bokach przez dwa tysiąclecia
      spoglądając na siebie.

      Następnie udałam się do Qarat Basr Salim i obejrzałam tam typowe groby z czasów
      26-dynastii. Wyglądają one tak, jak sobie wyobrażałam miejsce wykopalisk
      archeologicznych w czystej formie. Schodzi się do nich po stromym rusztowaniu,
      następnie schylonym należy przecisnąć się przez wąski, niski otwór. Także w
      środku przejścia między poszczególnymi pomieszczeniami trzeba przemierzać w
      postawie schylonej, bądź wręcz na kolanach. Zwiedza się tam grób Zed-Amunerankh
      oraz grób Bannetiu. Obrazy namalowane na ścianach wskazują na regres w stosunku
      do poziomu osiągniętego za czasów Starego, Średniego czy Nowego Państwa.
      Rysunki posiadają mniej szczegółów, a proporcje są nieprawidłowo zachowane.

      Poznałam tam egipską przewodniczkę Magdę, która ok. 30 Francuzów oprowadzała po
      okolicy. Wszyscy oni podróżowali 10 jeepami. Zaprosili mnie, bym kolejne
      zabytki zwiedzała już razem z nimi. Oczywiście chętnie się zgodziłam – jako że
      nie można było do nich dotrzeć żadnym transportem publicznym.

      Pojechaliśmy do Świątyni Aleksandra Wielkiego (IV w. p.n.e.) – jedynej w całym
      Egipcie, gdzie zachowały się do czasów nowożytnych kartusze z jego imieniem.
      Niestety od momentu jej odkopania na przełomie XIX i XX w. piasek nawiewany
      przez pustynny wiatr zmazał te oznaki na zawsze. Świątynia nie jest duża ani
      bogato zdobiona i gdyby nie powyższy fakt, niczym nie wyróżniałaby się z setek
      bądź tysięcy podobnych ruin świątynnych rozrzuconych po całym Egipcie.

      Następnie udaliśmy się do świątyni w Mufakkali, która zrobiła już na mnie
      większe wrażenie. Była dosyć duża, a co ważne zachowała się w dobrym stanie i
      posiadała bardzo ładne płaskorzeźby. Główna budowla składała się ona z długiego
      korytarza oraz z szeregu pomieszczeń bocznych. Oprócz tego po najbliższej
      okolicy rozsianych jest jeszcze sporo innych zabytków – te lepiej zachowane
      zamknięte są na kłódkę i otwierane na prośbę zwiedzającego. A w środku czekają
      na nas kolejne płaskorzeźby bądź malowidła.

      Opiekuni Francuzów proponowali mi jeszcze bym wybrała się razem z nimi na
      Czarną Pustynię i Białą Pustynie oraz w kilka innych miejsc, lecz jakoś
      spędzanie czasu na pustyni w towarzystwie 30 rozkrzyczanych podstarzałych
      Francuzów nie znajdowało się zbyt wysoko na mojej liście marzeń. Podwieźli mnie
      więc jeszcze do miasta, a ja się z nimi pożegnałam dziękując za umożliwienie
      zwiedzenia tych świątyń. zostawiłam bagaż w jednej z kafejek. Zostałam
      zaproszona przez jednego Bahryjczyka (a może Bahrajnina) na wypicie czegoś
      zimnego. Gdy sączyłam Fantę, wszedł jakiś człowiek ograniczony umysłowo. To co
      zaobserwowałam, to było pozytywne, przyjazne nastawienie wszystkich, którzy
      byli wtedy w kawiarni wobec niego. Podejmowali jego zabawy. Np. zabrał komuś
      komórkę i podszedł do naszego stolika i zaczął udawać wydając tylko sobie
      zrozumiały bełkot z „moim Bahryjczykiem”. Ten wziął swoją komórkę i kontynuował
      zabawę w rozmowę telefoniczną, sprawiając widoczną radość przybyszowi. Podobnie
      reagowali na niego inni, włączając młodzież, a ja pomyślałam, że w Polsce nie
      byłoby pewnie aż tak kolorowo, a ten chory człowiek spotkałby się pewnie z
      kpinami czy złośliwością, szczególnie w przypadku młodzieży. Nie jestem w
      stanie sobie wyobrazić chamstwa ze strony młodych ludzi wobec osób starszych
      czy nawet kobiet tak często widocznego w Polsce – przeniesionego na grunt
      egipski lub ogólniej mówiąc arabski.

      Spaceruję po miasteczku. Na dworcu autobusowym kupuję ostatni (!!!) bilet na
      dzisiejszy autobus do Kairu o godz. 15. Robię zakupy spożywcze, by mieć coś do
      picia i przekąszenie w czasie długiej drogi do stolicy. Między innymi
      zaopatruję się w woreczek daktyli, z których do ta oaza słynie w całym Egipcie.
      Wsiadam do autobusu i okazuje się, że moje miejsce jest totalnie zniszczone z
      oderwanym siedzeniem. Nie wytrzymałabym chyba wielogodzinnej jazdy na czymś
      takim. Na szczęście ktoś zamienia się ze mną miejscówką i ląduję na lepszym
      miejscu. Autobus jest przepełniony i wiele osób siedzi lub w stoi w przejściu
      między rzędami siedzeń. Jest to związane z tym, że za kilka dni rozpocznie się
      nowy rok akademicki, więc studenci zjeżdżają się z oddalonych miasteczek i
      wiosek na swoje uczelnie. Rok szkolny już się rozpoczął. Obserwowałam wówczas
      szał zakupów zeszytów, kredek, podręczników, mundurków szkolnych, butów i
      skarpetek.
    • beduinka 14 IMPRESJE Z EGIPTU 28.11.04, 22:43
      W autobusie oprócz mnie jest jeszcze kilku obcokrajowców: Japończyków i
      Australijki. Natomiast gdy egipscy współpasażerowie spostrzegają, że mówię po
      arabsku, staję się atrakcją. Podczas postoju w połowie drogi zapraszają mnie do
      stołu dwie kobiety w abajach i nikapach (siedzi z nimi jeszcze mężczyzna).
      Myślałam, że to może siostry bądź koleżanki, lecz okazuje się, że mam przed
      sobą matkę z córką. Cóż po samych oczach trudno jest ocenić wiek. Starsza
      kobieta, by udowodnić mi, zsuwa nikap, natomiast młodsza pokazuje mi w portfelu
      swoje zdjęcie bez zasłony na twarzy. Jedziemy dalej. Nagle jeden z pasażerów
      stwierdza, że jestem przewodniczką turystyczną i pracuję przy piramidach w
      Gizie. Jestem zdziwiona, skąd on o tym wie, jako że w czasie tej podróży po
      oazach zachodniego Egiptu niewielu osobom wspominałam o swojej profesji.
      Okazuje się, że mężczyzna ten należy do policji turystycznej (oglądam jego
      odznakę) i pracuje na terenie Gizy i widywał mnie, oprowadzałam tam swoich
      turystów. Tylko nie wiedziałam, że aż tak się rzucam w oczy. Przecież bywa tam
      codziennie kilka tysięcy turystów, kilkudziesięciu lub więcej przewodników.

      Zbliżamy się do Kairu, lecz nim jeszcze wjedziemy do miasta mijamy October
      City – nowoczesne przedmieścia. Docieramy na dworzec w Gizie. Stamtąd jadę na
      Midan Tahrir (stacja Sadat) metrem, a następnie krążę po okolicy szukając
      taniego noclegu. Wybieram hotel Merami, znajdujący się na 5 i 6 piętrze
      kamienicy jednej z ulic odchodzących od placu Talar Harb. Jest tu przyjemnie,
      obsługa jest miła, a grono globtroterów tworzy przyjemne towarzystwo. Pokoje, a
      także łazienki są schludne i czyste. Jedynka kosztuje 30 LE, dwójka 50 LE, a
      nocleg w dormitorium 15 LE – wszystkie ceny obejmują także śniadanie. Można też
      kupić napoje po przyzwoitych cenach, skorzystać z Internetu za 4 LE za godzinę
      czy wyprać ubrania za 1 LE za sztukę. Oddaję swoje rzeczy do prania, biorę
      łóżko w dormitorium. Mieszkam między innymi z Meksykanką – Gabrielą,
      Amerykanką – Doną i Australijką – Sarah. Reszta osób przewija się przez pokój,
      zostając w nim na 1 bądź 2 noce. Po kąpieli i krótkim odpoczynku wychodzę na
      miasto. Wstępuję do księgarni Mutbali, gdzie będę częstym gościem. Dzisiaj
      kupuję wiersze Miłosza i Szymborskiej oraz książkę o Palestynie.
      Bahriyya – Kair
    • kosmaj Re: IMPRESJE Z EGIPTU 08.12.04, 18:53
      Beduinko, prosze o wiecej !! Sprawilas mi wielka radosc swoja relacja,
      przypadkowo jestem w Egipcie i mam zamiar sobie zafundowac dodatkowy tydzien -
      czesciowo twoja trasa. Czy znasz jakis niedrogi i czysty hotel w Aleksandrii ?
      Pozdrowienia
      • beduinka Re: IMPRESJE Z EGIPTU 08.12.04, 23:21
        kosmaj napisała:

        > Beduinko, prosze o wiecej !!

        dobrze... zmobilizowałeś mnie... jutro wezmę znów mój magiczny notatnik z
        podróży i przepiszę kolejny dzień

        > Sprawilas mi wielka radosc swoja relacja,
        > przypadkowo jestem w Egipcie

        jak to przypadkowo?

        > i mam zamiar sobie zafundowac dodatkowy tydzien -
        > czesciowo twoja trasa.

        wow... też bym chciała być z powrotem w tamtych miejscach

        > Czy znasz jakis niedrogi i czysty hotel w Aleksandrii ?

        nie... bo nie byłam jeszcze w Alex. Zawsze planuję odwiedzić to miasto, ale
        jestem tak uzależniona od Kairu, że jak tam trafiam, to nie mam ochoty go
        opuszczać... toć to najpiękniejsze miasto na świecie

        > Pozdrowienia

        pzdrw
        • kosmaj Re: IMPRESJE Z EGIPTU 09.12.04, 08:35
          Ej , myslalam, ze twoj numer jeden to Damaszek ? Wiem, trudno sie zdecydowac,
          bylam w Kairze, wiele lat temu,w Damaszku w tym roku, moze jak sobie znow
          odswieze obraz Kairu, to bede mogla sie zdecydowac co jest moim numerem jeden.
          Zreszta czy to takie wazne ? W razie czego zawsze mozna jeszcze raz pojechac do
          Damaszku , zeby sobie odswiezyc, potem znow do Kairu itd.
          Jestem w Egipcie na statku - przypadkowo, bo mialam byc na innym statku,
          zupelnie gdzie indziej. Ok 20 grudnia koncze prace i grzech byloby wracac do
          slotnej Polski. Zaczne od Aleksandrii, potem moze udam sie w kierunku
          zachodnim - twoja relacja spadla mi z nieba ! Jestem kompletnie
          nieprzygotowana, nie mam przewodnika, spiworu, plecaka ( mozna gdzies kupic w
          Egipcie??), na szczescie mam aparat fotograficzny.
          Czekam na dalszy ciag relacji.
          pozdr
          Maja
          • gajasirocco Re: IMPRESJE Z EGIPTU 09.12.04, 08:39
            Szkoda,że wcześniej nie napisałaś o potrzebnym plecaku i śpiworze,
            przekazałabym Ci przez znajomych, którzy dziś rano polecieli do Egiptu. To są
            jednak niezbędniki podczas podróży. Pozdrawiam
          • beduinka Re: IMPRESJE Z EGIPTU 09.12.04, 09:29
            kosmaj napisała:

            > Ej , myslalam, ze twoj numer jeden to Damaszek ? Wiem, trudno sie zdecydowac,
            > bylam w Kairze, wiele lat temu,w Damaszku w tym roku, moze jak sobie znow
            > odswieze obraz Kairu, to bede mogla sie zdecydowac co jest moim numerem
            jeden.
            > Zreszta czy to takie wazne ? W razie czego zawsze mozna jeszcze raz pojechac
            do
            >
            > Damaszku , zeby sobie odswiezyc, potem znow do Kairu itd.

            ja też się nie mogę zdecydować... teraz nr 1 jest Kair, bo tam byłam ostatnio,
            lecz niedługo - bo na Sylwestra - będę znowu w Damaszku, więc obawiam się zmian
            w rankingu. To są miasta magiczne, czarujące, niesamowite... nigdy stamtąd nie
            chcę wyjeżdżać :)))

            > Jestem w Egipcie na statku - przypadkowo, bo mialam byc na innym statku,
            > zupelnie gdzie indziej. Ok 20 grudnia koncze prace i grzech byloby wracac do
            > slotnej Polski.

            jako kto ty pracujesz na tym statku??

            > Zaczne od Aleksandrii, potem moze udam sie w kierunku
            > zachodnim - twoja relacja spadla mi z nieba !

            polecam odwiedzić te regiony... urzekające, a co ważne niezadeptane przez
            chmary turystów... a ja uwielbiam pustynię i ciszę tam panującą (dlatego bez
            chmary turystów)... widoki, rozgwieżdżone niebo, rozmowy z beduinami przy
            ognisku, jazdę na jeepie na dachu

            jeśli byś chciała wynająć jeepa na jakiś wypad na pustynię, to polecam właśnie
            Suleimana, wyjątkowy człowiek. Podać ci jego numer telefonu?

            > Jestem kompletnie
            > nieprzygotowana, nie mam przewodnika, spiworu, plecaka ( mozna gdzies kupic w
            > Egipcie??),

            tak cię zastanawiam i nie kojarzę żadnego sklepu z takimi przyborami
            moja rada: w jakimś hoteliku dla backpackersów w Kairze zagadać osoby, które
            właśnie wylatują do swojego kraju. Plecaka ci na pewno nie odstąpią, lecz
            śpiwór i przewodnik może odsprzedają

            jako ciekawostkę powiem ci, że w Syrii ukradziono mi śpiwór... ale jak.... w
            wielkim stylu... zostawiłam cały plecak w jednym ze sklepików i pojechałam na
            całodzienną wycieczkę do Dar Simon. Gdy wróciłam do miasta, wzięłam plecak i
            pojechałam autobusem do Damaszku. Dopiero w akademiku otworzyłam plecak i
            okazało się, że brakuje śpiworu, a zamiast tego dostałam wyszywany obrus z
            adamaszku, srebny naszyjnik z agatami, piękne poszewki i jeszcze jakieś
            drobiazgi... wartość tego na pewno przewyższała cenę śpiworu, lecz bez tego
            trudniej się później podróżowało po Syrii

            > na szczescie mam aparat fotograficzny.
            > Czekam na dalszy ciag relacji.

            ciąg dalszy nastąpi

            > pozdr
            > Maja
            • kosmaj Re: IMPRESJE Z EGIPTU 09.12.04, 17:06
              No tak, do glowy mi nie przyszlo, zeby “sciagnac” ekwipunek z Polski, ze to
              takie proste. Nic to, jakos sobie poradze, moj maz mi zaproponowal, zebym jako
              prawdziwa Polka podrozowala z reklamowka…
              Czesc bagazy zostawie w hotelu, mam torby pelne ksiazek i zupelnie
              niepotrzebnych rzeczy, np zakupiona juz na wszelki wypadek shishe - na statku
              nigdy nie mozna byc pewnym, gdzie sie bedzie schodzic.
              Pracuje tutaj jako sekretarka, na statku , ktory w tej chwili tnie na kawalki
              platforme po wybuchu,- nikomu sie nic nie stalo, tylko palila sie 3 tygodnie,
              zanim zdolali ja ugasic.

              Opowiesc o spiworze – cudna ! Kazdy by tak chcial…

              Beduinko, jesli mozesz to podaj mi telefon do Suleimana, najlepiej z
              orientacyjana cena, bo jestem ograniczona finansowo – dzien przed wyjazdem z
              Polski zgubilam ( i zablokowalam) jedyna karte visa !
              Jak widzicie jestem kompletnie nieprzygotowana, ale nawet mi sie to podoba -
              niech zyje improwizacja.

              Mam jeszcze pytanie, ktore mi dzisiaj przyszlo do glowy jak przegladalam w
              Internecie czyjes zdjecia z Egiptu. Autor bez zenady sie chwalil, ze placil
              dzieciom za robienie im zdjec. Wszystko sie we mnie burzy, bo to jest duzy
              problem w miejscach turystycznych na calym swiecie, dzieci przestaja chodzic
              do szkoly tylko wystaja pod atrakcjami turystycznymi i coraz natarczywej zadaja
              pieniedzy, prawie zebrzac. Mozna co prawda je zastapic slodyczami, ale to
              wlasciwie nie wiele zmienia ( byl z was ktos napadniety przez chmare dzieciakow
              zadajacych slodyczy?).
              A z drugiej strony, nie ma wdzieczniejszego tematu do zdjec i ciezko sie go tak
              zupelnie wyrzec.
              Jak wy to robicie? Moze to temat na osobny watek ?
              Pozdrawiam
              Maja
              • beduinka Re: IMPRESJE Z EGIPTU 09.12.04, 17:45
                właśnie przepisuję kolejny dzień pobytu w Egipcie :)))

                kosmaj napisała:

                > No tak, do glowy mi nie przyszlo, zeby “sciagnac” ekwipunek z Polsk
                > i, ze to
                > takie proste. Nic to, jakos sobie poradze, moj maz mi zaproponowal, zebym
                jako
                >
                > prawdziwa Polka podrozowala z reklamowka…

                w Kairze jest sporo miejsc, gdzie widziałam w sprzedaży torby turystyczne
                (takie na ramię) bądź walizki... niestety nie plecaki... ale może taka torba
                byłaby dla ciebie rozwiązaniem.

                > Czesc bagazy zostawie w hotelu, mam torby pelne ksiazek i zupelnie
                > niepotrzebnych rzeczy, np zakupiona juz na wszelki wypadek shishe - na
                statku
                > nigdy nie mozna byc pewnym, gdzie sie bedzie schodzic.

                no z tym ekwipunkiem na pewno nie jedź na pustynię :)

                > Pracuje tutaj jako sekretarka, na statku , ktory w tej chwili tnie na
                kawalki
                > platforme po wybuchu,- nikomu sie nic nie stalo, tylko palila sie 3 tygodnie,
                > zanim zdolali ja ugasic.

                i to polska firma się tym zajmuje??
                >
                > Opowiesc o spiworze – cudna ! Kazdy by tak chcial…

                ja najpierw byłam oczywiście zła... miałam nawet ochotę jak wrócę robić temu
                sklepikarzowi awanturę jak tylko wrócę do Aleppo. Jednak jak byłam z powrotem w
                tym mieście, to zaprosił mnie on do swojej mamy do domu, potem nocowałam u żony
                jego brata i jakoś nie byłam w stanie wytknąć mu tego

                >
                > Beduinko, jesli mozesz to podaj mi telefon do Suleimana, najlepiej z
                > orientacyjana cena, bo jestem ograniczona finansowo

                Nr tel. 0103425192 Nazywa się Suleiman. Ma 3 jeepy. Obsługuje przede wszystkim
                turystów z Europy Zachodniej, także Japończyków.
                Nie wiem, jakie ma ceny.

                > – dzien przed wyjazde
                > m z
                > Polski zgubilam ( i zablokowalam) jedyna karte visa !
                > Jak widzicie jestem kompletnie nieprzygotowana, ale nawet mi sie to podoba -
                > niech zyje improwizacja.
                >
                podoba mi się takie podejście

                > Mam jeszcze pytanie, ktore mi dzisiaj przyszlo do glowy jak przegladalam w
                > Internecie czyjes zdjecia z Egiptu. Autor bez zenady sie chwalil, ze placil
                > dzieciom za robienie im zdjec. Wszystko sie we mnie burzy, bo to jest duzy
                > problem w miejscach turystycznych na calym swiecie, dzieci przestaja chodzic
                > do szkoly tylko wystaja pod atrakcjami turystycznymi i coraz natarczywej
                zadaja
                >
                > pieniedzy, prawie zebrzac. Mozna co prawda je zastapic slodyczami, ale to
                > wlasciwie nie wiele zmienia ( byl z was ktos napadniety przez chmare
                dzieciakow
                >
                > zadajacych slodyczy?).
                > A z drugiej strony, nie ma wdzieczniejszego tematu do zdjec i ciezko sie go
                tak
                >
                > zupelnie wyrzec.
                > Jak wy to robicie? Moze to temat na osobny watek ?
                > Pozdrawiam
                > Maja

                ja ludziom nie płacę za robienie im zdjęć. I prawie nigdy mnie o to nie proszą.
                Albo powiem inaczej - widziałam jak dzieci (i nie tylko) w ten sposób się
                zachowywały w turystycznych miejscach, ale w takich miejscah ja ewentualnie
                robię zdjęcia zabytków etc., ale nie portrety ludzi, bo nie ma wtedy w takiej
                fotografii naturalności. Tymczasem, gdy się jest w miejscach nienawiedzanych
                przez turystów zazwyczaj takie sytuacje nie występują
                • kosmaj Re: IMPRESJE Z EGIPTU 10.12.04, 20:18
                  Dzieki wielkie!!! Na pewno mi sie przyda - wydrukuje sobie caly watek.
                  Czy to juz koniec twojej podrozy po Egipcie?

                  • beduinka Re: IMPRESJE Z EGIPTU 10.12.04, 20:24
                    kosmaj napisała:

                    > Dzieki wielkie!!! Na pewno mi sie przyda - wydrukuje sobie caly watek.
                    > Czy to juz koniec twojej podrozy po Egipcie?

                    oj nie
                    w Kairze spędziłam 10 dni, czyli to dopiero początek kairskiej przygody
    • beduinka 15 IMPRESJE Z EGIPTU 09.12.04, 17:47
      22.09.2004 ŚRODA
      Dzisiaj porządnie się wyspałam, następnie leniwie zjadłam w hotelu śniadanie.
      Jestem szczęśliwa, że jestem ponownie w Kairze. Pierwszy raz byłam w tym
      mieście ponad 8 lat temu, lecz wciąż tutaj powracam. Niektóre miejsca się
      dynamicznie rozwijają, lecz niketóre pozostają od stuleci niezmienne. Plączę
      się po ulicach śródmieścia, wstępując na zakupy do przeróżnych księgarń.
      Ponownie odwiedzam Madbuli, a także wpadam do księgarni Al-Ahram, lecz rónież
      do wielu innych. Idę na Uniwersytet Amerykański i tam w księgarni wybieram
      sobie różne książki, m.i.n. Natrafiam na album o uchodźcach. Gdy go oglądam,
      wracają wspomnienia z obozów. Jest drogi – kosztuje mnie tyle, że wystarczyłoby
      to na 10 dni noclegów ze śniadaniem w hotelu, w którym mieszkam, a na 20 dni w
      jeszcze innym tanim hoteliku. Jednak dochodzę do wniosku, że takie przeliczenia
      nie mają sensu i decyduję się go kupić, bowiem, gdy go oglądam wracają
      wspomnienia z odwiedzanych przeze mnie obozów. Dzisiaj zakupiłam ok. 50 książek
      i wydałam na nie mnóstwo kasy. Lecz po powrocie do Polski będę miała na pewno,
      co czytać.

      Po popołudniu idę pod muzeum by oddać książki, brudne ubrania (!), wypstrykane
      filmy i trochę zbędnych drobiazgów komuś z firmy, by zawiózł to do Hurghady.
      Spotykam Tamera, Mahmuda, Ahmeda F., Ahmeda, Basię i Agnieszkę. Witamy się
      serdecznie, plotkujemy, rozmawiamy o tym, co wydarzyło się w czasie mojej
      podróży u mnie, a co się działo w Hurghadzie. Autokar podwozi mnie pod
      Cytadelę, bowiem postanowiłam dzisiaj obejrzeć tanurę, czyli egipską odmianę
      tańca wirujących derwiszy. Mam jeszcze godzinę czasu (jest 19, przedstawienie
      rozpocząć się ma o 20), więc idę zjeść falafel, a następnie – już po zmierzchu –
      spaceruję po Mieście Umarłych.

      O 19:40 przybywam do Cytadeli, gdzie jest już pełno ludzi – zarówno turystów,
      jak i miejscowych. Pewna ok. 50-letnia egipska matrona dzwoni do kogoś z
      komórki i rozemocjonowanym głosem opowiada, że wokół niej „siedzą wszystkie
      rodzaje turystów – Europejczycy, Amerykanie, a nawet Chińczycy”.

      Show zaczyna się od występu muzyków grających na różnych tradycyjnych
      instrumentach, np. Rababie, tabli, bębenkach, fletach, dzwoneczkach itp.
      Prezentują się grupowo i indywidualnie. Największy aplauz wśród widowni wzbudza
      starszy (ok. 50-letni) jegomość grający na dzwoneczkach i poruszający się z
      niezwykłą gracją. Jego ruchy przypominają lekkość, kojarzą się nawet z
      lataniem, ma też bardzo rozbudowaną mimikę i dobry kontakt z publicznością.
      Później wchodzi na scenę derwisz. Ubrany jest w specjalną galabiję, kubrak i
      tanurę, czyli rodzaj kolorowej spódnicy. Kręci się i kręci i kręci i kręci bez
      końca. Podczas występu ustawia w różne konfiguracje cztery (a potem trzy)
      specjalne koła, ustawia je sobie na głowie, przed sobą. Później je oddaje. Na
      jakiś czas zakłada sobie kubrak na głowie i przez kilka minut kręci się z
      zasłoniętymi oczami. Jego wyraz twarzy wskazuje na jakieś wewnętrzne
      uniesienie.

      Później na scenę wchodzi jeszcze trzech derwiszy, których występ jest jeszcze
      bardziej kolorowy i spektakularny. Mają na sobie trzy tanury (te specjalne
      spódnice). Obracając się wokół własnej osi, wymieniają sie też wzajemnie
      pozycjami. Są momenty gdy opuszczają spódnice aż do ziemi, albo też gdy
      podnoszą je do góry i kręcą nimi nad głowami. Lecz największy zachwyt
      wzbudzili, gdy...ufff jak to opisać... schowali się w swoich spódnicach, a
      mianowicie okazało się, że składają sie one z dwóch warstw i da się zrobić coś
      takiego: www.pbase.com/beduinka/image/35442385

      Całe przedstawienie mi się brdzo podobało i zrobiło na mnie niezwykłe wrażenie.
      Tradycyjnie derwisze wirowali, by zbliżyć się do Boga, by odłączyć się od tego
      co przyziemne i wkroczyć na pewien wyższy stan duchowości.

      Gdy wychodzę z cytadeli zostaję zaczepiona przez 3 chłopców. Dwóch z nich
      dzisiaj wirowało na scenie. W ten sposób zyskuję sobie trzech wspaniałych
      przyjaciół Hasana, Saida i Ismaila. Spytali się mnie skąd jestem.
      Odpowiedziałam im jak to zazwyczaj robię: jestem z Szobry (jedna z dzielnic
      Kairu). Uśmiechnęli się do siebie. Też byli z Szobry. Zaprosili mnie do domu
      rodzinnego Hasana. Pojechaliśmy najpierw minibusikiem, potem metrem. Poznałam
      mamę, siostrę i brata Hassaa. On sam mieszka troszkę dalej na przedmieściach (w
      stronę Quneitru) z żoną (siostrą Saida) i 2-letnim synkiem Mahmudem.
      Odwiedzamy jeszcze mieszkanie Saida, a następnie wracam do hotelu taksówką.
      Jest godzina 2 w nocy.
      Kair
    • kosmaj Re: IMPRESJE Z EGIPTU 29.12.04, 19:12
      No i na nic moje przygotowania, w Egipcie bylam tylko dwa dni, jeden w
      Aleksandrii, jeden w Kairze i prosto stamtad wyslali mnie na inny statek w ...
      Kongo. Musze odlozyc podroz po oazach. Teraz probuje skontakowac sie z kims kto
      byl w Afryce Zachodniej, moze chociaz tutaj uda mi sie zostac pare dni po
      skonczeniu kontraktu.
      Pozdrowienia dla Beduinki, mam nadzieje, ze podzieli sie z namiu wrazeniami ze
      swiatecznego pobytu na Bliskim Wschodzie ( ciekawa jestem tych wywiadow).
      Maja
      • gajasirocco Re: IMPRESJE Z EGIPTU 29.12.04, 19:37
        A ja zazdroszczę Ci pobytu w Kongo, no i wyprawy do Afryki Zachodniej, bo to
        moje wielkie marzenie- zobaczyć Timbuktu!!! Pzdr gorąco
    • beduinka 16 IMPRESJE Z EGIPTU 15.01.05, 10:51
      Po zjedzeniu śniadania mam dzisiaj w planach obejrzenie Muzeum Sztuki Islamu,
      jednak gdy tam przychodzę, okazuje się być zamknięte, a cały budynek jest
      rozkopany. Ktoś z robotników mówi mi, że kolekcja została przeniesiona do
      Pałacu Abidin. Idę tam, lecz od obsługi pałacu dowiaduję się, że to nieprawda.
      Wracam pod gmach muezum, gdzie tym razem dowiaduję się, że muzeum będzie
      zamknięte przez dwa lata, a zbiory z niego zostały złożone w magazynie. Czuję
      się zła i rozgoryczona.

      Idę do meczetu Al-Azhar, a tam wszystkie te uczucia odpływają. Jestem na
      południowej, głównej modlitwie. Później rozmawiam z Gumu'a - studentem Al-
      Azharu o islamie, o życiu. W międzyczasie, gdy po sali modlitw przechadzają się
      koty - pytam się, czy zwierzęta są dozwolone w meczecie. Mówi, że tak, czemu by
      nie. A więc pytam się, co by powiedział na psa. Pies to nie - bo to jest
      zwierzę nieczyste. Bo w psie mieszka szatan. A poza tym koty są zwierzętami
      domowymi, a psy mieszkają, jedzą i chodzą gdzie popadnie... no cóż...

      Następnie spaceruję uliczkami starego islamskiego Kairu. Na ulicy Al-Nahaseen
      spoglądam w górę na elementy dekoracyjne Madrasy i Mauzoleum Sadiha Ajjubiego,
      są wspaniałe, misterne, gdy spuszczam wzrok w dół, okazuje się, że stoi przede
      mną Amr, zwany też Amorkiem, mój kolega z pracy. Na ulicach
      dwudziestomilionowej aglomeracji można wpaść na znajomego człowieka. Ja
      sądziłam, że on jest w Hurghadzie, on myślał, że ja przebywam nadal na pustyni.
      Padamy sobie w ramiona i idziemyna Midan Sayyidna Hussein, gdzie Amr czeka na
      anszą grupę. Siedzimy i rozmawiamy. Dowiaduję się od niego, że A. jest w
      Kairze. Żegnamy się, a ja idę do meczetu Husajna, gdzie spędzam trochę czasu.
      Akurat wypada pora modlitwy. Wychodzę i ponownie spaceruję po okolicy, a gdy
      znów pojawiam się na placu Husejna, spotykam tam nasz autokar, kierowcy łapią
      mnie w ramiona, wciągają do środka i stwierdzają, że zabiorą mnie teraz do
      Hurghady. Ale ja nie chcę, wolę Kair. Witam się tez z Khalidem i Agnieszką. Idę
      się przejśćpo Chan al-Chalili. Kupuję ręcznik w staroegipskie motywy, dywanik
      modlitewny i bluzkę. Dzwonię do A. i umawiamy się za pół godziny na Talat Harb.
      Biorę taksówkę, lecz kierowca wiezie mnie w złą stronę. Zwracam mu na to uwagę,
      a on łapie mnie za nogę,a potem za pierś. Uderzam go i wołam na niego policję.
      Wysiadam i odchodzę. Inny policjant odwozi mnie na Talat Harb. Spotykam A. i
      idziemy na długi spacer po Kairze. Wracam do hotelu o 1 w nocy.
      Kair
    • podroznik47 Re: IMPRESJE Z EGIPTU 15.01.05, 16:55
      Witaj.
      Nie moge znalezc maila do Ciebie i Twojej mamy. Czy mozesz do mnie napisac:
      marganomad@yahoo.com
      pozdrawiam
      Małgosia
      • beduinka Re: IMPRESJE Z EGIPTU 15.01.05, 18:25
        ja - beduinka@gazeta.pl
        Gaja - sirocco.tur@interia.pl
    • beduinka 17 IMPRESJE Z EGIPTU 17.01.05, 21:54
      24.09.2004 PIĄTEK
      Wstajemy dzisiaj z Daną jeszcze przed godziną 5 rano. Jemy śniadanie. Łapiemy
      taksówkę za 10LE do Imbeby, a tam bardzo długo krążymy, by znaleźć miejsce,
      spod którego odjeżdzają minibusiki do Birqash, gdzie znajduje się drugi
      największy w Egipcie suk wielbłądów. Wreszcie udaje nam się znaleźć kawiarnię,
      slużącą za punkt zbioryczy dla udający się na ten bazar. Siadamy i pijemy
      herbatę, podobnie jak ok. 10 mężczyzn w podniszczonych galabijach i z długimi
      kijami. Są to poganiacze wielbłądów.

      Pojawia się busik, a my i nasi bracia doli-niedoli sadowimy się w nim. Wkrótce
      opuszczamy miasta, a droga wije się przez pola i wioseczki. Nasz kierowca
      jechał swoim rozklekotanym busikiem dosyć wolno i ślamazarnie - i jak tylko
      wyprzedzał nas jakiś podobny pojazd do naszego, nasi współtowarzysze
      komentowali umiejętności kierowcy i narzekali, że jak dojadą na miejsce,
      wszystkie najlepsze wielbłądy będą już sprzedane. Ja ze stoickim spokojem
      znosiłam naszą powolną jazdę... jeśli dzisiaj nie znajdę mojego wymarzonego
      wielbłąda, przyjadę na zakupy kiedy indziej. W każdym razie przejazd ten
      kosztuje zawrotną sumę 1,25 LE (70 gr).

      Po ok. 45 minutach jazdy, docieramy na miejsce, lecz ku mojemu zdziwieniu
      okazuje się, że i tutaj wprowadzono bilety dla turystów - 20LE + 10 LE za
      fotografowanie. Ja jednak zaczynam przekonywać owego pana, że ze mnie żadna
      turystka nie jest, a ja tu przyjechałam sobie wielbłąda kupić, takie sztuczki
      to on może sobie robić z Europejczykami, Amerykanami, ale ja? ja jestem
      przecież Arabką, a on jako Arab moim bratem. A więc wchodzę bez biletu, baaa
      słyszę, że jestem zawsze mile widziana bezbiletowo. Doona kupuje bilet i taksę
      za fotografowanie.

      Targ jest ogromny. Składa się z głównego, podłóżnego placu oraz licznych jego
      odnóg, a także odzielnych zagród. Spacerujemy sobie powoli po jego
      różnych "dzielnicach", zaglądając tu i ówdzie. Obserwujemy, w jaki sposób
      dokonuje się transakcji. Jest przy tym wiele krzyku, odchodzenia, przyciągania
      z powrotem sprzedającego bądź kupca, potrząsania kontrahentem, ciągnięcia za
      rękawy, popychania. Dla osoby nie rozumiejącej języka arabskiego, może się to
      wydawać kłótnią lub wręcz wstępem do poważniejszej draki.

      Wszędzie przyjmują nas z uśmiechem, serdecznie pozdrawiają, chcą z nami
      rozmawiać. Ludzie ci są bardzo otwarci i chętnie pokazują nam swoje stada,
      prezentują najpiękniejsze zwierzęta, a wręcz proszą o zrobienie im zdjęć
      (uprzedzę wasze pytania: bez domagania się o bakszysz), a potem mi za
      sfotografowanie siebie, bądź swojego garbatego milusińskiego dziękują.

      Wielbłądy są w różnym wieku, zarówno samice, jak i samce (te dorodne rozrodowe
      są naprawdę muskularne, a na widok tylu wielbłądzich panienek rozochocone, a
      więc czasem trochę agresywne i niektóre z nich mają na pyskach kagańce), w
      większości o jasnym ubarwieniu sierści, choć zdarzają się też ciemniejsze.
      Widzę też wielbłądzią młodzież - roczniaki, dwulatki, rozfiglane, radosne. Lecz
      mi wpada w oko malutki kilkumiesięczny wielbłądzik. Biega między innymi
      zwierzakami, płacząc jak dziecko. Tulę go do siebie, zaczyna ssać mój palec. Ma
      mięciutką, grubą sierść, tak więc w dotyku jest troszkę jak puszowa
      przytulanka. Gdy spotykam go ponownie, widzę, że znalazł już swoją mamę i
      bezpieczeństwo. Przyssał swój pyszczek do maminich sutków i pije z nich mleko i
      jej miłość.

      Mi też się chce pić, lecz wybieram coś bardziej tradycyjnego, czyli herbatkę.
      Jestem też częstowana sziszą.

      Na suku robię ogromne wrażenie - nie tylko dlatego, że jestem blondyną mówiącą
      po arabsku, lecz tym razem dlatego, że umię się z wielbłądami obchodzić, a one
      słuchają moich poleceń. Wprawiam ich w osłupienie, gdy przeganiam stada,
      wyłapuję odpowiednie osobniki, każę im się kłaść i wstawać... cóż moje
      beduińskie pochodzenie jednak na coś się przydaje. Dostaję propozycję pracy i
      od razu obietnicę, że będę zarabiać tyle samo, co oni, stare doświadczone wygi -
      ) 10 LE za dzień pracy... tymczasowo odmawiam, lecz w razie bezrobocia, będę
      wiedziała, gdzie wrócić.

      W ten sposób spędzamy kilka godzin - od 7 do 10 i dopiero wtedy na targ dociera
      kilkoro innych turystów. Poruszają się dosyć dziwnie, byle dalej od wielbłądów,
      z pwenej odległości je tylko obserwując. Za jakiś czas my decydujemy się już
      skończyć naszą dzisiejszą wizytę w Birqesh i idziemy w stronę wyjścia, by
      czekać na jakiś busik. Docieramy do Imbeby, tam pijemy po soku z mango i
      wracamy taksówką do hotelu ok. godz. 11.

      Biorę prysznic, trochę odpoczywam, przebieram sie, zakladam himar i wyruszam na
      stare miasto. Zaplanowałam dziś być obecna na połoudniowej modlitwie w meczecie
      Al-Azhar. Przyjeżdżam na miejsce taksówką, a meczet okazuje się byc otoczony
      kordonami policji. Pytam się zdziwiona taksówkarza, co się dzieje, a on
      odpowiada mi, że to są normalne środki ostrożności stosowane co piątek. Bez
      preszkód wchodzę do środka. Siadam sobie pod arkadami na dziedzińcu i obserwuję
      ludzi zbierających się na główną piątkową modlitwę. Jestem proszona o
      opuszczenie dziedzińca i przejście do części sali modlitewnej przeznaczonej dla
      kobiet.

      Wchodzę tam i chcę sobie grzecznie usiąść z tyłu, by móc wszystko spokojnie
      obserwować, lecz jest tam kobieta kierująca ruchem, która wszystkie wchodzące
      osoby - więc także i mnie - ustawia w równiutkich rzędach. Ma w rękach kijek i
      nim pokazuje każdej, gdzie ma usiąść. Po jakimś czasie teren wokół mnie
      całkowicie się zapełnia, tak że - gdy odwracam się do tyłu, spostrzegam, że
      odcięto mi wszelkie drogi ewentualnej ucieczki. Słuchamy chutby, czyli kazania.
      Potem następuje modlitwa. Jedna z kobiet, znajdujących się w pobliżu mnie, pyta
      się, czemu ja sie nie modlę. Odpowiadam, że nie jestem muzułmanką, ona uśmiecha
      się i kontynuuje swoje modły. Ja w tym czasie wstaję i obserwuję kolorowy tłum
      kobiecych ubrań. Dominują ciemne, stonowane barwy, lecz ich monotonność
      przerywana jest przez wyraziste kolory: różowy, turkousowy, zielony i wiele
      innych. Część dziewczyn wbiegała do meczetu w modnych ubraniach, obcisłych
      dżinsach i koszulkach i dopiero tutaj w środku zakładała na nie luźne spódnice
      czy sukienki, zasłaniały włosy hidżabami. Podobnie robiły buisneswomen,
      zakrywające luźnymi szatami swoje dobrze skrojone kostiumy. Wchodzą też kobiety
      zakryte od stóp do głów, spowite w czarne abaje, himary, nikapy, rękawiczki i
      grupy rajtuzy i dopiero tutaj odsłaniają swoje oblicza. Widzę także
      starusieńkie babeczki, które przynoszą tutaj ze sobą na modlitwę rozkładane
      krzesełka, bądź korzystają w czasie modlitwnych pokłonów z tych znajdujących
      się na wyposażeniu meczetu. Spoglądam przez parawan na część przeznaczoną dla
      mężczyzn. Tam spostrzegam jeszcze większy tłum ludzi. Wszyscy wykonują te same
      ruchy wywoływane dźwięcznym głosem imama. Słucham go zaczarowana. Barwa i
      brzmienie jego głosu są bardzo ciepłe, dzwięczne i przyjemne dla ucha. Podobają
      mi się. Modlitwa się kończy. Kobieta, która kierowała ruchem, podchodzi do
      mnie. Pyta się mnie czy jestem nie-muzułmanką. Gdy potwierdzam jej, nagle łapie
      mnie i zaczyna całować po policzkach i dziękuje za przyjście tutaj. Inne
      kobiety też próbują mnie tulić i szczypać po policzkach.

      Tymczasem żegnam się i opuszczam kobiecą salę modlitewną i udaję się na
      dziedziniec, przez który przelewają się teraz krzyżujące się strumienie mas z
      sali kobiecej i męskiej. Niektórzy śpiesznie opuszczają do miejsce, pędząc do
      pracy, biur, warsztatów, sklepików. Inni siadają i rozmawiają ze znajomymi,
      witają i żegnają.
    • beduinka 18 IMPRESJE Z EGIPTU 19.01.05, 22:35
      Przechodzę do głównej części meczetu, gdzie rozpoczęła się demonstracja
      polityczna. Mężczyzna mówiący przez megafon, zgromadził wokół siebie tłum, któy
      chętnie podchwytuje to, o czym on akurat mówi. Nawołuje do dżihadu, opowiada o
      cierpieniu Palestyńczyków i Irakijczyków, o westernizacji życia i zbyt
      konsumpcyjnym do niego podejściu. Padają hasła antyamerykańskie i
      antyizraelskie.Zbiera się coraz więcej policji. Są dziennikarze skrzętnie
      notujący lub nagrywający padające słowa, pstrykający zdjęcia.


      Spotykam Saida, z którym się tutaj umówiłam, lecz nim jeszcze opuścimy meczet,
      zostajemy wylegitymowani przez tajną policję. Spacerujemy. W związku z
      zbliżającym się Ramadanem - na wielu straganach sprzedawane są fannuzy -
      specjalne lamki, z którymi dzieci wychodzą po zmroku na ulice. Said kupił mi
      taką na pamiątkę. Dochodzimy do stacji metra i udajemy sie do Szobry.
      Odwiedzamy starszą siostrę Saida - Iman. Ma 33 lata, wygląda na 25.
      Uśmiechnięta, lekko puszysta dziewczyna w okularach o pyzatej buzi, matka 3
      urwisów, m.in. mojej imienniczki Amiry. Częstuja mnie pysznym, dopiero co
      przygotowanym, sokiem truskawkowym. Długo rozmawiamy. Said siada przed
      komputerem i pokazuje mi filmiki z pokazami swojego tańca. Dołącza do nas mama
      męża Iman. Później przychodzi też Hassan, któy zaprasza mnie do swojego domu,
      bym poznała żonę i synka, lecz ja przekładam zaproszenie na jakiś inny dzień -
      witam się jednak z jego mamą i siostrą. Jestem już zmęczęczona i chcę wracać do
      hotelu. Said odprowadza mnie do metra i odjeżdżam na plac Tahrir, piję sok
      mango i udaję się do hotelu i szybko zasypiam.
      Kair - Birqash - Kair
    • beduinka 19 IMPRESJE Z EGIPTU 25.01.05, 19:02
      25.09.2004 SOBOTA
      Wstaję rano i udaję się taksówką pod meczet Al-Azhar. Wkraczam w plątaninę
      uliczek na jego tyłach. Dochodzę do ulic Al-Mu'izzli Din, gdzie w jednym ze
      sklepików kupuję sobie abaję. Na dalsze wędrówki wychodzę już w nią ubrana. W
      jednym z meczetów siedzę i uzupełniam notatki. Dochodzę do bramy Zuewila i
      wchodzę na Al... (nie mogę z notatek rozczytać nazwy - sprawdzę ją gdzieś
      później), gdzie znajduje się suk, na którym sprzedawane są tkaniny, dywany,
      makatki, poszewki i inne tekstylia. Kupuję sobie basmalę wykaligrafowaną na
      kształt ptaka. Zamawiam też wykonanie dla mnie poszewek z wybranymi przeze mnie
      słowami (np. Amira). Przechodzę dalej i tam robię większe zakupy. Kupuje sobie
      między innymi beżową bawełnianą bluzeczkę wyszywaną brązową nicią, beżową
      kurtkę, beżową torbę (czemu mnie tak naszło na ten beż??), dwa kolorowe
      plecaczki oraz skórzane buty koloru czeronego. Te ostatnie okażą się później
      niezwykle wygodne i bardzo będę zadowolona z tego zakupu (a dodam także, że
      nawet teraz siedząc przed komputerem i przepisując tę relację - mam je na
      stopach).

      Idę dalej, piję sok z trzciny cukrowej i jem kanapkę z falafelem. Na deser
      wybieram pyszny koktail owocowy.

      Odwiedzam meczet Sułtana Hasana II. Wchodzę w abaji i hidżabie, więc nie
      potrzebuję nawet biletu. Wybudowany za czasów Mameluków w XIV w. Budowla ta
      jest uważana za jedną z najznakomitszych przykładów sztuki architektonicznej
      islamu. Jest to zespół czterech szkół prawa muzułmańskiego: hanbalickiej,
      hanafickiej, szafaickiej i malikickiej. Budowla ma więc formę dziedzińca (na
      nim znajduje się fontanna do ablucji) otoczonego czteroma iwanami - czyli
      wysokimi niszami - a w każdym z nich mieści się jedna ze szkół. Nad głowami
      wiszą nam setki starusieńkich lampek. W bocznej sali znajduje się mauzoleum
      sułtana Hasana II - założyciela tego miejsca - w tej salce muezzin prezentuje
      nam wspanaiłe efekty echo. Następnie muezzin i imam siadają ze mną i rozmawiamy
      o islamie. Później żegnam się z nimi, siadam w koncie, by spisać kilka słów do
      mojego notatnika i obserwuję roześmiane kobiety, ich biegające i bawiące sie
      dzieci, które gdy tylko wchodzą turyści z długimi obiektywami, zaczynają się
      wygłupiać przez aparatami. Widzę też turystów wsłuchanych w słowa swoich
      przewodników.

      Przechodzę do meczetu Ar-Rifa'i - leżącego tuż obok i harmonijnie pasującego to
      meczetu Sułatana Hasana II. Wyglądają jak rodzeństwo, a Meczet Ar-Rifa'i jest
      tu młodszym brata, bowiem pochodzi z zaledwie 1912 r. Jest on wyjątkowy ze
      względu na spoczywające tu prochy ostatniego króla Egiptu, a także szacha
      perskiego. Siedzę, piszę i obserwuję, co dzieje się wokół mnie. Podchodzi do
      mnie stra babeczka, która częstuje mnie ogórkiem. Czas mija mi tu tak szybko.
      Prawdopodobnie dlatego, że jestem szczęśliwa, to, co mnie spotyka tutaj w
      Kairze w ciągu tych kilku minionych dni, to, co robię, ludzie, którzy pojawiają
      się na mojej drodze - jest tym, o czym marzyłam przez ostatnie miesiące.

      Wracam taksówką do hotelu. Mam pół godziny czasu na prysznic i króciutki
      odpoczynek i już wkrótce znpwu biorę taksówkę i jadę pod cytadelę - umówiłam
      się z saidem, że będę w środku na godz. 19. Okazuje się jednak, że nie mogę
      wejść - dopiero o 19:30 wszyscy oczekujący będą wpuszczani do środka. Dzisiaj
      jest tu naprawdę sporo turystów, a także nerwowa atmosfera w stylu - ja byłem
      tutaj pierwszy, niech pan ustawi się w kolejce, pan tu nie stał itp. Spotykam
      tutaj Danę i Gabrielę. Said wychodzi do mnie, ale nie udaje się mu mnie do
      środka przeszmuglować. Będę czekać - natomiast on obiecuje zająć nam trzy
      miejsca w pierwszym rzędzie. Dotrzymuje słowa, z czego wszystkie trzy się
      bardzo cieszymy, bo nie musimy uczestniczyć w wyścigu, jaki turyści
      zorganizowali, by dopaść dobre miejsca - pędzą, popchając siebie nawzajem.
      Tymczasem my sobie spokojnie dochodzimy i siadamy tam, gdzie Said zajął dla nas
      miejsca. Said nie będzie dzisiaj tańczył - i musimy wyjść wcześniej.

      Poznaję Libijczyka Ibrahima Swari, któy kończył studia u nas na warszawskiej
      arabistyce, zna prof. Skarżyńską-Bocheńską, prof. Machut-Mendecką, mgr George'a
      Yacouba. Mamy też wspólnych znajomych w Libii, np. dr Abul Gasima Gsudę.
      Ibrahim pełni funkcję ambasadora Gamahirijji w Kenii. Tymczasem wykłóca się o
      to, że nie ma dla niego miejsc siedzących - on jest Arabem, w kraju aranskim -
      więc mu się należy. Show się rozpoczyna i znów artyści przekazują swoją
      pozytywną energię przybyłym gościom. Znów patrzę się zaczarowana na wyczyny
      muzyków i tancerzy.

      Wkrótce jednak Said daje mi znak, że wychodzimy. Idziemy pod meczet Saidy
      Aiszy, gdzie wsiadamy w busika jadącego do Gizy (żeby busik tam jadący się dla
      nas zatrzymał - należy złożyć ręce na kształt piramidy). Wysiadamy przy
      Gardenii - restauracji wyspecjalizowanej w obsłudze turystów hiszpańskich,
      gdzie także odbywają się pokazy tanury. Siadamy w kawiarni, piję karkade i palę
      sziszę. Później wchodzimy do Gardenii. Jestem przedstawiana reszcie zespołu.
      Siadam sobie przy stoliku i ogląd rozpoczynające się show. Część instrumentalna
      jest na niższym poziomie niż w cytadeli, ale moi derwisze tańczą jak zawsze
      wspaniale. Przyniesiony zostaje mi talerz pysznego jedzenia - właściciel
      restauracji mówi, że to ta egipska gościnność.

      Po występie Said dzisiaj naprawdę źle się czuje. Odwożę go do Szobry. Jeszcze
      potem rozmawiamy. Następnie ubieram tanurę i tańczę, wiruję, a wokół mnie
      wiruje tanura, jej kolory mienią się. Przy pierwszych próbach mam zawroty
      głowy, później moje zmysły coraz bardziej przyzwyczajają się do okrężnego ruchu
      ciała.

      Said odprowadza mnie do drogi, wsadza w busik, którym dojeżdżam na Midan
      Tahrir, skąd biorę sobie taksówkę na Talat Harb, kupuję jeszcze w Supermarkecie
      picie i Molto i idę do hotelu. Jest godzina 4 w nocy. Ashrafa - którego
      spotykam na recepcji - proszę, by przekazał Abdowi, z którym mam jechac jutro o
      świcie na 2 dni do Fajum, że niestety nie pojadę. W pokoju znajduję na łóżku
      karteczkę, że Abdo będzie czekał na mnie przed hotelem o godz. 7. Żal mi go, że
      tak go załatwiłam, ale nie dam rady wstać. Nie tylko dlatego, że pozostało mi
      tak mało czasu snu, lecz raczej z powodu wirownia. W każdym razie szybko
      zasypiam.

      Kair
    • beduinka 20 IMPRESJE Z EGIPTU 16.02.05, 23:09
      26.09.2004 NIEDZIELA

      O 7 rano jestem budzona przez jakąś dziewczynę, że Abdo na mnie czeka. Całkiem
      jeszcze zakręcona po wczorajszych lekcjach tańca, nie mam siły nigdzie jechać.
      Tak też jej mówię, a o 7:30 wkracza do mnie do pokoju sam Abdo. Jest bardzo
      zawiedziony moim postępowaniem, a ja no cóż - ponownie zasypiam.

      O 12 po śniadaniu i zimnym prysznicu wychodzimy z Daną i Gabrielą, by udać się
      do kairskiego ZOO. Wsiadamy do Metra na stacji Muhammad Nagib, wysiadamy przy
      Cairo University. Uczelnia ta jest naprawdę ogromna i wygląda imponująco. Krążą
      po niej tysiące mrówek, tj. studentów. Bierzemy taxi za 3 LE i podjeżdżamy pod
      bramę ZOO, gdzie kupujemy bilety wejściowe, które kosztują 0,25 LE, czyli 15gr.

      Spacerujemy po ogrodzie zoologicznym, który zajmuje ogromny teren. Jednak
      miejsce to powstało i istnieje nie dla zwierząt, lecz dla ludzi i przygotowane
      jest tak - by zwiedzający mogli jak najlepiej zobaczyć mieszkańców ogrodu, bez
      dbania o komfort zwierzaków. Są tu ławki, obwoźni sprzedawcy popcornu i 1001
      drobiazgów, kawiarnie, placyki zabaw dla dzieci. Natomiast zwierzęta są
      zamknięte w małych klatkach. Można tutaj zwierzaki karmić – przed
      poszczególnymi klatkami stoją sprzedawcy pokarmu, można je pogłaskać, zrobić
      sobie z nimi zdjęcia – trzeba tylko dać pół funta czy funta opiekunowi
      zwierzaka. Wchodzimy jeszcze do osobnej części dla słoni i wielbłądów
      (dodatkowy bilet za 0,25 LE). Opłacam też możliwość dojścia do lwa, którego
      głaszczę i drapię za uchę, a on przeciąga się jak mały kiciuś. W ten sposób
      spędzamy miło kilka godzin.

      Wsiadamy do taksówki i za 10 LE dojeżdżamy na Talaat Harb. Gabriela udaje się
      do hotelu, a ja z Daną idziemy na podbój świata świeżych soków. Ja decyduję się
      na truskawkowy, a później jeszcze na owoce z jogurtem. Wracamy do hotelu, lecz
      ja tylko biorę prysznic i zaraz jadę do Szobry. Czas na kolejną lekcję tanury.
      Tym razem Said ubiera mnie w specjalny strój – w galabiję, która na dole jest
      bardzo szeroka – w takich to galabijach oni występują. Niestety nie zakładam
      właściwej tanury, czyli spódnicy z ciężkiego sukna (?). Dzisiaj doskonalimy
      technikę. Nie pozwala mi też pić wody w czasie treningu a gdy uzyskuję zgodę,
      otrzymuję jedynie niewielki łyk. Po godzinnym treningu mogę założyć tanurę,
      lecz wtedy jestem już niestety totalnie zmęczona. Odpoczywam więc, biorę
      prysznic i wracam do pracy. Wirowanie sprawia mi coraz większą przyjemność,
      choć nie odczuwam żadnego stanu uniesienia, odpływania do jakiejś wyższej siły.
      Biorę ponowny prysznic.

      Zaraz wraca do domu mama Saida z jego młodszym bratem. Rozmawiamy jeszcze
      długo – jestem zaproszona na pojutrze na rodzinny obiad. Wracam do centrum
      busikiem, a następnie taksówką na Talaat Harb. W hotelu jestem ok. 2 w nocy i
      szybko zasypiam.

      Kair

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka