Dodaj do ulubionych

Tunezyjskie zapiski :)

01.11.04, 15:25
Nie będę gorsza od Beduinki, i choć nasze tunezyjskie wojaże w żaden sposób nie umywają się do Jej podróżowania po Egipcie, pozwolę sobie zamieścić (naciskana przez kilka osób z forum Egipt;) na tym gościnnym forum i moje wspomnienia po zakończonym nieco ponad tydzień temu pobycie w Tunezji.
Z góry uprzedzam, że nie jest to oczywiście całość, brakuje najważniejszego, czyli 2 dniowej Sahary, nad którą właśnie pracuję, zakończenia wypadu do Monastyru i całego dnia w Sousse (rezydowaliśmy w Mahdii).Wszystko z pewnością pojawi się wkrótce, jak tylko czas pozwoli :)
Zatem miłej lektury w zimne, szare i ohydne jesienne dni ...
Obserwuj wątek
    • corrina_f1 (1)Welcome to Tunisia 01.11.04, 15:33
      08.10.2004 piątek

      WELCOME TO TUNISIA

      Na lotnisko docieramy punktualnie 2 godziny przed odlotem, ale mimo to okazuje się, że odbieramy bilety jako jedni z ostatnich a prawie cały samolot już dawno odprawiony. Dodatkowo mamy mały problem z nadbagażem, okazuje się bowiem, że rzekomo w Tunis Air dozwolony limit to tylko 15 kg. Na szczęście przyjmą nam walizki ponieważ połowa miejsc w samolocie jest pusta. Lotnisko znów się pozmieniało, dopiero co w maju nie można było wyjść po odprawie na zewnątrz z powodu szklanego ogrodzenia, którego dziś już nie ma. Na dodatek nie prześwietlają nawet bagażu, takie dziwne rozluźnienie... Wychodzimy więc na papieroska aby po kilku minutach wrócić do strefy wolnocłowej, gdzie oczywiście zaopatrujemy się w niezbędne "lekarstwa".
      Lot przebiega bez najmniejszych problemów, choć Okęcie opuszczamy z niewielkim opóźnieniem z powodu gęstej mgły, jaka unosiła się cały ranek nad Warszawą.
      Na wysokości 11 tyś km lecimy z prędkością 900 km/h liniami Tunis Air (Airbus A320). Odległość 2200 km pokonujemy w 2 godziny 45 min. Lecimy między innymi nad Katowicami, Bernem, Wiedniem, Grazem, przecinamy mały fragmencik Adriatyku, we Włoszech podobno lecimy nad Rzymem, ale być może z powodu chmur nie widać żadnego większego miasta. A potem już tylko Morze Tyrreńskie, Śródziemne, tunezyjski półwysep Cap Bon i zaczynamy lądowanie w Monastyrze. Obsługa samolotu miła, jedzenie nawet całkiem smaczne (na ciepło indyk z ryżem i warywami, czekoladowe ciastko i napoje). Dodatkowo za opłatą serwują wino i piwo.
      Odprawa na lotnisku trwa dosłownie kilka chwil, odnajdujemy bez problemu lokalnego przedstawiciela Exim Tours, mówiącego po polsku Tunezyjczyka, który kieruje nas do małego busika jadącego do Mahdii. Przed odjazdem tłumaczy kilka podstawowych kwestii podając najważniejsze informacje. Spotkanie z rezydentką będzie następnego dnia.
      Transfer do Mahdii trwa równo godzinę. Mijamy po drodze senne miasteczka, place budowy, gaje oliwne, momentami szosa biegnie wzdłuż linii brzegowej ciemnoszarego morza. Na razie nie wygląda ono obiecująco, jednak wiem, że nasza plaża w Mahdii zadowoli nie tylko nas, ale każdego najbardziej wybrednego turystę. Pierwsze wrażenia po widokach z za okna mieszane. Oczywiście od samego początku nasuwają się porównania do Egiptu. Jest po prostu zupełnie inaczej. Momentami jakby w Grecji, momentami w małych białych miasteczkach odnajduję coś w Włoch, motywy arabskie oczywiście także są wszędzie obecne. Taki mix śródziemnomorsko-arabski.
      Okazuje się, że do naszego hotelu wysiadamy tylko my. W recepcji czekamy kilkanaście minut na wygodnych skórzanych kanapach, w międzyczasie kelner częstuje nas drinkiem.
      Dostajemy w końcu pokój, niestety tak, jak czytałam na forum, na poziomie -2. Nie brzmi obiecująco, zwłaszcza po internetowej lekturze o tym, gdzie kwateruje się klientów Eximu. Labiryntem ciemnych korytarzy docieramy do pokoju. Na całe szczęście okazuje się, że nie jesteśmy wcale w jakiejś suterenie a tak naprawdę na poziomie parteru (recepcja jest 2 poziomy wyżej). Pokój okazuje się być bardzo ładny. Duży, jasny, przestronny, praktyczny. Jest wszystko, co potrzeba, lodówka, telewizor, duże szafy, balkon. Łazienka osobna z toaletą. Widok z okna wychodzi na ogród z basenem a gdzieś w oddali widać maleńki skrawek morza. Nie mamy prawa narzekać.
      Po rozpakowaniu i odpoczynku udajemy się na kolację, na razie bardzo smaczną, ale czas kiedy hotelowe jedzenie będzie wychodzić nam bokami jest policzony. Zakładam, że nastąpi to mniej więcej po tygodniu.
      Po kolacji wybieramy się na mały spacer po hotelu, lokalizujemy kolejno wszystkie kawiarnie, kręgielnię, sklepiki, dyskotekę i inne miejsca rozrywki. Po tym małym tour wychodzimy z hotelu do sklepiku spożywczego mieszącego się kilkadziesiąt metrów na prawo od hotelu w ciągu kilku kawiarenek. Sklep zaopatrzony jest praktycznie w same napoje i trochę słodyczy, ale my potrzebujemy tylko colę do naszego "lekarstwa".
      Odnosimy zakupy (litrowy lokalny napój w stylu Sprite (Boga) oraz 1,5 l cola - razem 2.70 DT) i postanawiamy udać się na nasz pierwszy wieczór animacyjny. Generalnie po lekturze rozkładu tygodnia w planach mam tylko dwa - dzisiejszy pokaz fakira i taniec brzucha we wtorek (który z resztą rozczaruje mnie bardziej niż cokolwiek w Tunezji).
      Fakir faktycznie pokazuje niesamowity show a ja mam okazję stać się jego asystentką na 3 numery. Momentami zamykam oczy, bo to, co robi jest czasem wręcz szokujące. Ale z całą pewnością robi wrażenie.
      Po pokazie, mocno już padnięci udajemy się do pokoju i w spokoju delektujemy się drinkiem oglądając na Euro News wstrząsające zdjęcia z wczorajszej nocy w Egipcie. Wciąż nie mogę uwierzyć w to, co się stało w Tabie, Nuweibie. Zaledwie 4 miesiące temu byłam w obydwu miejscach a do przedwczoraj wierzyłam, że Egipt jest miejscem całkowicie bezpiecznym. W ciągu dnia dostałam sms’a od znajomego Egipcjanina mieszkającego od 2 lat w Warszawie: "Egipt nadal jest bezpieczny, tylko nie dla Izraelczyków". Czy to jakiekolwiek pocieszenie? Czy to cokolwiek zmienia? Za dużo myśli, za mało snu także poprzedniej nocy, kiedy zamiast pakować się spędziłam przed telewizorem kilka godzin oglądając wiadomości. Idę spać, jutro musi być już lepiej.
      • corrina_f1 (2) Odrobina lenistwa ;) 01.11.04, 15:35
        9.10.2004 sobota

        LENISTWO

        Dzień w całości postanawiamy spędzić na ostatecznym zaaklimatyzowaniu się i odpoczynku po ostatnich ciężkich dniach. Po śniadaniu, o 11:20 zjawia się w hotelu rezydentka na spotkanie informacyjne. Okazuje się, że poza nami nie ma się z kim spotykać, w krótkim więc czasie przedstawia nam w rzeczowy i miły sposób wszystkie ważne informacje. Na wycieczki wcale nie namawia a mimo to szczegółowo opowiada ich program, choć widzi już od początku, że chyba zainteresowani nie będziemy. Ale detale warto znać, choćby dla samego porównania programu. Po kilkunastu minutach żegnamy się i udajemy wreszcie w kierunku miejsca, o którym marzyłam od ostatnich 3 miesięcy - na plażę.
        Odcinek plaży należący do Mahdia Palace jest piękny, jak cała właściwie plaża w tych okolicach. Plaża jest dość szeroka, właściwie gdyby nie turkusowy kolor wody, z łatwością uchodzić mogłaby za jedną z plaż nad Bałtykiem. Łóżek do opalania sporo, a mimo to trudno znaleźć choć jedno wolne. Mimo to po dłuższej chwili poszukiwań udaje się. Woda początkowo dość chłodna, po jakimś czasie staje się przyjemna. Lenistwo pełną parą, życie wydaje się bywać czasem piękne...
        W międzyczasie dzwoni Paweł z Sahel Voyages. Okazuje się, że 2 osoby z jutrzejszej grupy zrezygnowały w ostatniej chwili a przez to zwolniło się miejsce dla nas. To świetna wiadomość.
        Po plaży spędzamy jeszcze chwilę na basenie, późnym popołudniem woda już porządnie chłodna.
        Po kolacji pakuję potrzebne na jutrzejsze safari rzeczy i wcześniej kładziemy się spać. Czekają nas 2 wyczerpujące, ale pełne przygód dni.
        • corrina_f1 (3) Sahara dzień 1 01.11.04, 15:36
          10.10.2004 niedziela

          I dzień Safari

          Lokalizacja naszego hotelu choć raz okazuje się być korzystna, ponieważ wyjazd na 2 dni przygody na Saharze mamy w porównaniu z resztą grupy z Sousse o cała godzinę później. Właściwie to nawet 1,5 bo kilka minut przed 8:00 dzwoni do nas Paweł, że spóźnią się trochę. Nam to w sam raz, możemy spokojnie bez pośpiechu dokończyć wyścig formuły 1 (GP Szanghaju, stąd wczesna godzina) i zjeść śniadanie.
          O 8:30 zjawia się pod naszym hotelem 18 osobowy busik, w którym niestety przypadają nam najgorsze miejsca, w tym mi na kole. Busik jest dość niewygodny, to znaczy na taką długą podróż. Przed nami ponad 1200 km i jakoś ciemno to widzę, ale nie mamy wyjścia, nie ma już żadnych wolnych miejsc.
          Pierwszy postój już za 70 km, w El Jem, w niewielkim miasteczku, które prawdopodobnie samo w sobie nie byłoby interesujące, gdyby nie ogromny amfiteatr, trzeci co do wielkości na świecie. Koloseum zachowane jest w znacznie lepszym stanie, niż jego pierwowzór w Rzymie. Jego wymiary są dość imponujące – 149 m długości i 124 szerokości a trybuny wznoszą się do wysokości 36 m. W czasach swojej świetności Koloseum mogło pomieścić do 35 tyś widzów. Jego budowa rozpoczęła się w II w n.e. Z powodu braku stabilności politycznej i braku funduszy, nigdy jej nie ukończono. Wymiary budowli odpowiadają punickim jednostkom długości, co wskazywałoby, że budowali ją miejscowi rzemieślnicy. Spektakle były wówczas krwawe, zgodnie z panującą modą: zamiast gladiatorów, ludzie chcieli widzieć niewolników, chrześcijan i kryminalistów rozszarpywanych przez lwy. Później amfiteatr pełnił rolę twierdzy, a według legendy przez 3 lata broniła się w niej El-Kahina, kobieta, która w VII wieku przewodziła Berberom opierającym się najazdom Arabów.
          Z korytarzy na górnych piętrach rozpościera się piękna panorama na miasto, można też zrobić ciekawe zdjęcia amfiteatru z góry.
          Po kilkudziesięciu minutach opuszczamy El Jem i przez Fax., wzdłuż wybrzeża udajemy się jadąc wciąż na południe, do Gabes. To właśnie w okolicach Sfaxu na dzikich plażach widzę po raz pierwszy stada dzikich flamingów. Po drodze mijamy też charakterystyczne dla tych rejonów, hmm.. dość osobliwe jadłodajnie. W zasadzie to przydrożne bary, dość liczne z resztą, w których na zewnątrz wiszą na hakach zabite przy kliencie zwierzęta, najczęściej owce, jagnięta, kozy. Dla Europejczyków wygląda to dość przerażająco i okrutnie. W istocie w niczym nie różni się od traktowania zwierząt w polskich rzeźniach, tyle tylko, że my tego tam nie widzimy. Zwierzęta zabijane są tylko w miarę potrzeby i po kilkunastu minutach oporządzenia, grillowane na rusztach stojących przed barami. Ponoć smak takiego świeżego mięsa jest wyborny, ale mimo wszystko nie jestem pewna, czy zdecydowałabym się na degustację.
          Inną osobliwością, jaką mamy okazję obserwować zza okien, są równie osobliwe stacje benzynowe. Jak małe piramidki, wyrastają co kilkaset metrów poustawiane jeden na drugim plastikowe baniaki pełne benzyny. Mam pewne wątpliwości co do bezpieczeństwa tankowania na takich przydrożnych „stacjach”, ale być może nieuzasadnione, bo pomimo panującego na drodze gorąca, stacje te odwiedzane są licznie szczególnie przez libijskich kierowców ciężarówek.
          Obserwując te dziwne dla europejskich oczu widoki, docieramy w okolice Gabes, gdzie zatrzymujemy się przy drodze na kilkanaście minut obok owocowych straganów z tutejszej oazy. Mamy też okazję spróbować soku z palmy, który bynajmniej nie przypomina smaku mleka kokosowego. Jest bardzo słodki i dość mocny. Właściwie nie można tego smaku porównać z niczym innym.
          Kierując się dalej na południe do Matmaty, odbijamy nieco od wybrzeża a 40 km kilometrów dalej zatrzymujemy się w przepięknym miejscu, z którego rozciąga się panoramiczny widok na rozsiane po okolicy domy jaskiniowe. Tu zaczynają się osady berberyjskie i są to już zupełnie inne widoki, niż mijane dotychczas gaje oliwne i małe senne miasteczka. W paśmie gór Matmata królują surowe beże, żółcie i nieliczne zielenie wyrastających samotnie palm daktylowych. Przed laty księżycowy krajobraz zafascynował samego Georga Lucasa do tego stopnia, że wybrał te właśnie pejzaże jako miejsce na zdjęcia do swoich słynnych „Gwiezdnych wojen”. Miejsce to zna i uważa za święte każdy fan Gwiezdnej Sagi. Istnieją biura podróży, specjalizujące się w organizowaniu wycieczek śladami „Gwiezdnych Wojen”, bo oczywiście sama Matmata nie jest jedynym miejscem powiązanym z kręceniem filmu.

          CDN....
          • corrina_f1 (4) Mahdia 01.11.04, 15:37
            12.10.2004 wtorek

            ODPOCZYNEK PO SAFARI, WIZYTA W MAHDII

            Dzień od początku do końca postanawiamy spędzić na totalnym lenistwie i odżywaniu po 2 ostatnich dniach. Śpimy więc do oporu, w każdym razie takiego, jaki pozwala nam ostatnim rzutem na taśmę załapać się na śniadanie. Potem już godziny słodkiego lenistwa na plaży. Jest dość chłodno, żeby nie powiedzieć, że zimno. Po wczorajszym załamaniu pogody i burzy dziś od rana mocno wieje a niebo pokrywają dość gęste chmury. Mało przyjemnie leżeć w takich warunkach na plaży... Ale co odważniejsi nawet się kąpią. Na szczęście koło południa sytuacja nieco się poprawia. Wiatr nieco ustaje a słonko świeci już mocniej. Po godzinnym spacerze plażą postanawiam, że może najwyższa pora poznać wreszcie Mahdię.
            Po prysznicu i długim namawianiu zaczytanego w "Kodzie Leonarda Da Vinci" Krzysia o 16:15 udajemy się w końcu spacerem do odległej od naszego hotelu o 6 km mediny. Spacer zajmuje około 1.5 h i prawdę mówiąc jestem już padnięta. Do miasta docieramy niestety już po zachodzie słońca i wkrótce z minaretów rozlega się donośny głos muezina nawołującego co pobożniejszych mieszkańców do meczetu.
            Z mojej obserwacji wynika, że mało komu spieszy się na modlitwę a do meczetu wchodzą tylko nieliczni.
            Sama medina w Mahdii, choć historycznie ciekawa, w praktyce nie aż tak fascynująca. Jest bardzo mała, samo jej serce to praktycznie 2 równoległe uliczki pełne małych sklepików i kilku zakładów fryzjerskich. Na samym środku, pomiędzy nimi znajduje się maleńki placyk, gdzie pod drzewami przy stolikach należących do tutejszej kawiarni przesiadują miejscowi popijając herbatę i paląc sziszę. Z jednej strony pewne elementy tego miejsca przemawiają za jego arabskim klimatem, z drugiej, właściwie zupełnie nie czuję się tu jak w kraju arabskim. Nikt, dosłownie nikt poza kilkoma sprzedawcami pamiątek nas nie zaczepia, sami sklepikarze nie są zupełnie natrętni. Kilka okolicznych meczetów, śpiew muezina i herbata miętowa przypominają, że jesteśmy w Tunezji, a nie na przykład w Grecji.
            Po kilkunastu minutach kręcenia się dookoła mediny i fortu porządnie już głodni, znajdujemy rodzaj miejscowego fast fooda, gdzie ostatecznie decydujemy się na zakup serwowanych na gorąco kanapek (chapati). Ja wybieram wersję z tuńczykiem (1,300DT), Krzyś z shawermą, czyli siekanym mięsem z rusztu (1,800 DT). W kanapkach znajdują się też oczywiście dodatki: ogórki, cebula, gotowane ziemniaki pokrojone na maleńkie kostki, oliwki i sławetna harissa, która pomimo wyraźnego zaprzeczenia ląduje w mojej kanapce. Jest to na szczęście tak śladowa ilość, że w natłoku innych dodatków praktycznie jej nie czuję. W tej sympatycznej knajpce o dźwięcznej nazwie "Malibu" spędzamy dłuższą chwilę a kiedy robi się zupełnie ciemno, ruszamy jeszcze na mały obchód, ale nie znajdując w okolicy nic ciekawego (zapewne w dzień wszystko wygląda ciekawiej), łapiemy w końcu taksówkę i za 1 DT/2 osoby wracamy do hotelu. Czeka nas drugi i ostatni punkt animacyjny, który mieliśmy w planach - wieczór folklorystyczny z tańcem brzucha.
            Wspomniany wieczór folklorystyczny okazuje się wielkim niewypałem. Dwie tańczące tradycyjne tańce z południa Tunezji panie wydają się całkowicie improwizować, podobnie jak oczekiwana przez wszystkich tancerka brzucha. Wygląda trochę na Rosjankę a taniec, jaki prezentuje, nie ma nic wspólnego z tańcem brzucha. Totalna porażka.
            • corrina_f1 (5) Tunis, Kartagina, Sidi bou Said 01.11.04, 15:40
              13.10.2004 środa

              TUNIS-KARTAGINA-SIDI BOU SAID

              Dzień znów zaczyna się o nieprzyzwoitej porze, lub, jak kto woli, w środku nocy. Pobudka o 4:30, żeby zdążyć na drugie tego dnia metro do Sousse, które z naszej stacji odjeżdża punktualnie według rozkładu, czyli o 5:42. Wciąż jest jeszcze ciemno. Wsiadamy do pierwszego wolnego wagonu, zapełnionego na razie tylko nielicznymi podróżnymi, i już po chwili zjawia się konduktor, u którego kupujemy bilety (za 2 - 3,700 DT, to opłata za 2 klasę). W pociągu nikt specjalnie się na nas nie gapi, czujemy się całkowicie bezpiecznie. Podróż do Sousee zajmuje dokładnie 1.5 h a ponieważ jest jeszcze ciemno, postanawiamy spędzić ją na czytaniu książek. Wagony metra nie są może najnowsze, ale względnie czyste i nie dzielone na przedziały. Nie istnieją też, jak w Egipcie, wagony męskie i żeńskie. Właściwie wagony te metrem są tylko z nazwy, zdecydowanie bliżej im do podmiejskich polskich pociągów.
              Od czasu do czasu spoglądam na wsiadających. Już po kilku stacjach zaczynają powoli dosiadać się jadące do szkoły dzieci i młodzież. Z każdą następną stacją jest ich coraz więcej. W pewnym momencie robi się tłok a mniej więcej 95% z nich wysiądzie z nami dopiero na ostatniej stacji w Sousse. Jakiś mężczyzna, który właśnie wsiadł, opowiada coś głośno na cały wagon. Nie mam zielonego pojęcia, o czym mówi, ale prawie wszyscy śmieją się z tego, a raczej z niego samego. Nikt z nim nie rozmawia, domyślam się więc, że monolog prowadzony jest dla samej sztuki pogadania z samym sobą.
              W Monastyrze nagle niespodziewanie pociąg zawraca w kierunku, z którego właśnie przyjechaliśmy. Okazuje się, że to tylko zmiana torów, bo już po chwili mijamy lotnisko, i to nas zupełnie uspakaja.
              Kiedy docieramy do Sousse jest już całkowicie jasno. Na peron wjeżdżamy dokładnie o 7:15. Co za nieludzka godzina!
              Przed dworcem czeka już na nas Paweł z kierowcą Fahridem. Tym razem mamy szczęście, bo jako pierwsi możemy wybrać dowolne miejsca.
              Odwiedzając po drodze na chwilę biuro Pawła, tuż na przeciwko hotelu Sousse Palace, pędzimy do Nour el Kantoui po resztę grupy. Teraz już z pełną szesnastką kierujemy się na autostradę Sousse-Tunis. Duży jej fragment jest płatny. Za 140 km tej trasy wnosi się opłatę równowartości 10 zł (połowa przy wjeździe, połowa przy wyjeździe - cena i system dokładnie jak w przypadku autostrady Kraków-Katowice, tylko odcinek 2 razy dłuższy).
              Pogoda do złudzenia przypomina mi o czymś, co przeżyliśmy w maju jadąc do Aleksandrii. Czyżby dejavu? Nie mylę się, po kilkunastu minutach szare ciężkie chmury znajdują się dokładnie nad naszymi głowami a pierwsze krople deszczu zapełniają szybę. W Tunezji oczywiście o deszcz znacznie łatwiej, zwłaszcza począwszy od tej pory roku, ale mimo wszystko czujemy się dziwnie.
              W pewnym momencie wyprzedza nas srebrna alfa romeo z ... polskimi numerami.
              Mijamy Herglę, gdzie znajduje się słone jezioro, ulubione miejsce piknikowe Tunezyjczyków, pomimo braku bazy noclegowej i jakiegokolwiek zaplecza.
              Odbijając autostradą w lewo, kierując się już prosto na Tunis, po prawej stronie zostawiamy za sobą Hammamet, największe chyba teraz skupisko hoteli dla Europejczyków oraz Naebul. Trasa do Tunisu jest bardzo przyjemna dla oka, wokół pełno zieleni, tysiące drzewek oliwnych i pól uprawnych, autostrada bardzo porządnej jakości. Jedzie się szybko i sprawnie.
              Zbliżamy się do przedmieść Tunisu i niestety im bliżej miasta, a potem centrum, tym większe korki. Tunis wita nas jednak pięknym słońcem, a chmury i deszcz zostawiamy gdzieś na trasie.
              Pierwszym punktem dzisiejszego dnia jest Muzeum Bardo. Niestety, spędzamy w nim zaledwie trochę ponad godzinę i po wyjściu mam wielki niedosyt, podobnie jak przy pierwszej wizycie w Egyptian Museum w Kairze. Co zrobić, program dnia napięty i rzeczywiście, żeby ze wszystkim zdążyć, trzeba się mocno spinać i trzymać planu. Muzeum oglądam więc głównie okiem kamery i aparatu, przynajmniej w domu na spokojnie powspominam.
              Teraz udajemy się w kierunku samego centrum na suk, gdzie spędzimy kolejną godzinę. Fahrid podwozi nas praktycznie pod samą bramę, ale musimy bardzo sprawnie ewakuować się z autobusu, bo w tym miejscu oczywiście stawać nie wolno.
              Zaraz za historyczną bramą moim oczom ukazuje się przepiękny budynek British Council. Przypominam sobie wszystkie widziane dotychczas w innych miastach - Amsterdamie, Berlinie, Kairze, Aleksandrii, Budapeszcie, Krakowie. Dochodzę do wniosku, że tylko warszawski, w którym pracowałam przez ponad 2 lata, jest naprawdę okropny.
              Paweł w skrócie instruuje grupę, jak poruszać się po suku a następnie udaje się z nami i Michałem (rezydentem Orbisu) w boczne uliczki, które turyści dziwnym trafem zawsze omijają. Bo i faktycznie miejsca takie raczej nie zachęcają ani do ich zwiedzania, ani tym bardziej do robienia tam zakupów. A ja właśnie jestem w swoim żywiole, bo przynajmniej będę miała fajne zdjęcia. O zakupach od razu postanawiam zapomnieć. Godzina to absolutnie za mało nawet na targowanie tylko jednej rzeczy. Uznaję, że, podobnie jak na kairskim Khan el Khalili, lepiej zrobić sobie egzotyczny spacer. Jednak mimo to udaje mi się nabyć kilka drobiazgów w bardzo szybkim czasie. Mijając bardzo wątpliwej reputacji i widoku dwugwiazdkowy hotel mieszczący się na górnych piętrach jednej z kamienic, oraz uliczkę znaną podobno z cielesnych uciech, docieramy nagle do całkiem sporego sklepu z muzyką arabską. Na ścianach i w koszach leżą setki, jeśli nie tysiące kaset i płyt. Właśnie w tej kolejności, bo płyty CD to wciąż w Tunezji dość luksusowy towar, o wiele łatwiej nabyć kasetę do samochodu, czy domowego magnetofonu. W tym miejscu żegnamy się chwilowo z Pawłem i Michałem. W sklepie niestety praktycznie nikt nie mówi po angielsku, ale po kilku minutach udaje mi się wytłumaczyć jednemu z młodych sprzedawców, o co mi chodzi i wspólnymi siłami, a może trochę zupełnie w ciemno wybieram w końcu dwie płyty. Sprzedawca sam wydaje się nie być obeznany w asortymencie. Zatem po tej krótkiej transakcji w moim posiadaniu znajdują się dwie płyty, składanka w miarę nowych hitów, oraz egipski pop idol, Ihab Tawfik. Cena jednej płyty to 3,5 DT (kasety po 1 DT). Podejrzewam, że nigdzie taniej już nie będzie, a płyty nawet wyglądają na oryginalne. No, powiedzmy ;)
              • corrina_f1 (6) Tunis, Kartagina, Sidi bou Said 01.11.04, 15:41
                Przez kolejne 45 minut kręcimy się po głównych i bocznych uliczkach przeciskając się wielokrotnie przez tłum turystów i mieszkańców. Widoki momentami dość egzotyczne, ale już wcale nie szokują. W maleńkim sklepiku mięsnym na pal nabita zaprasza do środka wielka, ociekająca krwią głowa krowia. Kilka przecznic dalej w swoim warsztacie sprzedawca będący jednocześnie producentem swojego asortymentu, dłubie piękne wzory w miedzianych talerzach i misach. W głównych uliczkach słychać wszędzie : "dobra cena, jak się masz kochanie, za darmo!". Z przyjemnością biorę to za element miejscowej cepelii i zauważam, że tutejsi sklepikarze wcale nie są tak nachalni, jak się o nich mówi, bynajmniej nie wciągają nikogo do sklepów, uśmiechają się tylko i bije od nich raczej dużo życzliwości, niż cwaniactwa. Cóż, to tylko moje spostrzeżenia jako obserwatora bazaru, być może sytuacja wyglądałaby zupełnie odmiennie, gdybyśmy nagle zamienili się w kupujących.
                Po raz kolejny odbijamy w jakąś boczną wąską uliczkę. Wreszcie to, czego szukałam! Między sklepikami unoszą się niesamowite zapachy, bliżej niestety niesklasyfikowane, ale pochodzące od absolutnie lokalnych potraw, jakie naprędce przygotowywane są w małych kramikach. Od czasu do czasu pomiędzy barkami z gorącym jedzeniem prosto z wózka opartego o ściany, sprzedawane są świeżutkie opuncje, polewane co jakiś czas zimną wodą.
                Ku mojemu zdziwieniu, nieliczne tylko kramy oferują z pękatych worków pachnące przyprawy. Zapewne nie jesteśmy w odpowiednim miejscu. Na kairskim Khan el Khalili przyprawy miały swoją specjalną „dzielnicę”. Mimo to trafiamy w końcu do miejsca, gdzie kilka straganów oferuje przyprawy. Mieszanką nielicznych znanych mi słów arabskich i francuskich słów, a najbardziej na migi, udaje mi się nabyć za 3 DT sporą torebkę kuminu (kmin rzymski) i sławetnej, piekielnie ostrej sproszkowanej harissy.
                Udając się w kierunku bramy mijamy jeszcze miejsca, gdzie sprzedaje się lokalne słodkości, między innymi moje ulubione ciasteczka makrut. W Tunisie droższe o 300 milimów od tych specjalnych, z Kairouan.
                Ponieważ zostało nam jeszcze kilkanaście minut, a w drodze do autobusu odkrywamy po drodze Magasin General, postanawiamy wpaść do niego na krótkie rozeznanie. W efekcie wychodzimy z kolejnymi zakupami, w pełni spożywczymi. W koszyku ląduje jeszcze jedna torebka kuminu (100g - 1.030 DT), słoik (940 milimów) i dwie puszki (100g - 1.049 DT) harissy, prawie kilogramowa puszka chałwy z pistacjami (900 g - 5.985 DT) oraz mój ukochany sok z mango (1l - 1.505 DT).
                Tuż przed 13:00 udajemy się do La Goulette, gdzie w restauracji hotelu Lido czeka na nas lunch. Taka typowa turystyczna jadłodajnia nastawiona na maksymalny przerób. Ze strachem myślę, jak wygląda to miejsce w środku sezonu...
                Hotel Lido znajduje się w przepięknym miejscu, przy samej nadmorskiej promenadzie i plaży, a po drugiej stronie zatoki przy dobrej pogodzie rozciąga się widok na Półwysep Cap Bon.
                Po lunchu pora na odrobinę historii, przed nami Kartagina. Stąd to już dosłownie kilka minut. Kartagina w dzisiejszym pojęciu stanowi ekskluzywne przedmieścia Tunisu i po raz kolejny nasuwa mi się porównanie z Kairem, tym razem do Heliopolis. Również Kartagina pełna jest przepięknych domów i willi ukrytych dyskretnie w zielonych ogrodach. Miejsce musiało na wielu zrobić wielkie wrażenie, skoro to właśnie tu, na wzgórzu obok Term Antoniusza mieści się rezydencja prezydenta Ben Alego.
                Także tu znajduje się ekskluzywne liceum dla dzieci bogatych Tunezyjczyków. Szkoła sprzyja najnowszym młodzieżowym trendom i idąc z postępem, zezwala na noszenie przez dziewczęta tak "ekstrawaganckich" ubrań, jak bluzki na ramiączka i obcisłe spodnie. Jednym słowem, całkowita swoboda.
                Aleje tej dzielnicy wysadzone są gęsto śródziemnomorskimi sosnami, cyprysami, eukaliptusami, bugenwillami, jaśminem i innymi drzewami pełnymi kolorowych kwiatów. Ulice są zadbane i bardzo czyste. Na parkingach przy domach stoją najnowsze modele zachodnich samochodów.
                W Kartaginie czekają nas dwa przystanki. Pierwszym z nich jest Wzgórze Byrsa. Miejsce, do którego dociera znacznie mniej zorganizowanych grup. I dzięki Bogu, bo poza nami i kilkoma indywidualnymi turystami nie ma tu nikogo. Na szczycie wzgórza znajdują się ruiny odkopanego miasta punickiego, datowanego na 3 stulecie p.n.e. Same ruiny, choć bardzo ciekawe, wydają się być przyćmione przez panoramę, jaka rozciąga się z tego miejsca na całą Zatokę Tuniską. W tyle za nami dumnie góruje nad całym wzgórzem bazylika św. Ludwika, dziś już nieczynna jako kościół katolicki. Budynek przeszedł w ręce prywatne i odtąd służy między innymi jako wielka sala koncertowa. Ta ogromna budowla widoczna jest z kilku kilometrów. W pełnym słońcu, takim jak dziś, po deszczu, prezentuje się wspaniale.
                Biało rudy kot leniwie przeciąga się na punickim murze, być może 2 tysiące lat temu siedział tu inny biały kocur i grzał się w słońcu, jak ten. A może mur wyglądał zupełnie inaczej...
                • corrina_f1 (7) Tunis, Kartagina, Sidi bou Said 01.11.04, 15:43
                  Po tej uczcie dla oka udajemy się w najczęściej odwiedzane w Kartaginie miejsce, do Term Antoniusza. Niektórzy twierdzą, że miejsce to jest bardzo przereklamowane. Ja uważam, że jest wyjątkowo piękne. Turkus morza miesza się z zielenią cyprysów i piaskowym kolorem punickich kolumn. Nad Termami powiewa czerwona tunezyjska flaga. To właśnie w tym miejscu znajduje się rezydencja prezydenta. Lepszego miejsca wybrać nie mógł, za taki widok z okien można by się dać pokroić. Strażnik z krótkofalówką krąży pomiędzy turystami pilnując, aby nie fotografować ani nie kręcić filmów tamtej okolicy. Jednak wystarczy chwila jego nieuwagi lub nieobecności, a mur otaczający posiadłość znajduje się niemal na każdym zdjęciu. Zresztą, o wiele lepiej i okazalej rezydencja prezentuje się ze wzgórz Sidi Bou Said, gdzie udamy się za chwilę.
                  Dosłownie kilka minut zajmuje nam dojazd do "tunezyjskiego Santorini". Samo miasteczko jest bardzo klimatyczne a na pokręcenie się po wąskich biało-niebieskich uliczkach pewnie wystarczy godzina, choć żeby poczuć tutejszy klimat i oderwać się od komercyjnego zgiełku głównej alei, przydałoby się jakieś pół dnia. My niestety musimy zadowolić się wariantem pierwszym. Zaglądając więc co jakiś czas w boczne uliczki, głównie po to, żeby uwiecznić na zdjęciach kolejne, coraz to wymyślniejsze charakterystyczne błękitne tunezyjskie drzwi, docieramy do pierwszego punktu widokowego. Jesteśmy na wzgórzu, jakieś 100 m ponad morzem a to, co rozpościera się przed naszymi oczami, zapiera dech w piersiach. W oddali Cap Bon, tym razem z nieco innej perspektywy, pod nami turkus morza i całkiem pokaźny port jachtowy.
                  Jest jeszcze jeden punkt widokowy, do którego (nie wiedzieć czemu) nie docierają wszyscy. Znajduje się na samym końcu cypla, tu wzgórze urywa się niespodziewanie tworząc stromą skarpę. Widok jeszcze bardziej niesamowity, okazalsza panorama portu i zbliżający się leniwie zachód słońca. Skarpa porośnięta jest eukaliptusami, cyprysami, tamaryszkiem, opuncjami i inną śródziemnomorską roślinnością schodzącą ku morzu kaskadami. Miasteczko z jednej strony do złudzenia przypomina wraz ze swoimi bielonymi wapnem domkami i ich niebieskimi okiennicami oraz drzwiami Santorini, z drugiej ma w sobie coś z klimatu Kazimierza, który upodobali sobie artyści. Taka tunezyjska bohema.
                  Czas powoli się kończy, ale zostaje jeszcze 20 minut na słynną herbatę miętową z orzeszkami piniowymi, którą wręcz wypada wypić właśnie w tym miejscu, w bardzo klimatycznej kawiarni mauretańskiej, do której wchodzi się po stromych schodkach na samym końcu ulicy handlowej.
                  Idylla kończy się niestety razem z herbatą, słodszą, niż jakakolwiek, którą piłam dotychczas w Tunezji. Pora wracać do hotelu, ale wbrew pozorom to jeszcze nie koniec dnia.
                  Niecałe 2 godziny zajmuje nam dostanie się do Sousse, ale to, co wcale nie napawa nas optymizmem (jesteśmy naprawdę padnięci), to powrót do Mahdii - kolejne 1,5 godziny w pociągu. Zanim dostaniemy się na stację, podjeżdżamy jeszcze pod biuro Sahel Voyages, jako, że wcześniej umówiliśmy się z Pawłem na małą wymianę płyt - my podrzucamy mu trochę polskich nowości, w zamian dostajemy 2 płytki z arabskimi hitami ostatnich miesięcy. Kiedy Paweł sprawdza godzinę odjazdu naszego metra, w międzyczasie okazuje się, że Fahrid za jakiś czas wybiera się na lotnisko do Monastyru, a następnie do Mahdii. To świetna wiadomość, choć w ten sposób wcale nie będziemy w hotelu szybciej, bo samolot, z którego Fahrid ma odebrać grupę, ląduje dopiero koło 21:00. Tak czy inaczej, to o wiele milsze towarzystwo, niż kompanii w wagonie metra. W międzyczasie ucinamy sobie miłą pogawędkę z szefem Pawła, właścicielem biura, którego poznaliśmy już w poniedziałek, kiedy odwiózł nas po safari do Mahdii. Podpytuję o jakiś mały lokalik w pobliżu, bo zaczynam odczuwać głód, a facet zupełnie mnie rozczula sposobem, w jaki przekaże mi tą informację. Wystarczyłoby tylko otworzyć drzwi biura, wskazać ręką w prawo, spytać, czy widzę sklep i wspomnieć, że koło niego znajduje się lokalny fast food. Jednak gościnność Tunezyjczyków, podobnie jak Egipcjan, objawia się w znacznie bardziej wyrafinowanej formie pomocy. Wychodzimy więc na główną ulicę i maszerujemy jakieś 200 metrów, a .... po drodze pokazuje mi kolejno, gdzie możemy napić się świeżych soków, tu możecie kupić lody i ciastka, mówi, a kiedy docieramy do knajpki, wskazuje jeszcze na przeciwko sklep Mono Prix, na wypadek, gdybyśmy chcieli zrobić sobie jeszcze jakieś zakupy. Z menu knajpki na szybko poleca oczywiście briki i prawdę mówiąc, właśnie na nie mam ochotę. Wracamy do biura po pieniądze rozmawiając chwilę o urokach życia w Tunezji.
                  Do odjazdu z Fahridem mamy ponad godzinę. Choć hotel, pod którym się z nim umówiliśmy, znajduje się dosłownie na przeciwko biura, jego właściciel ponownie staje na wysokości zadania i na kartce zapisuje mi dokładną godzinę, nazwę hotelu i telefon do Fahrida - tak na wszelki wypadek. Wyposażeni w komplet informacji podążamy w kierunku knajpki. Brik z tuńczykiem smakuje wyśmienicie, kosztuje poniżej 2 DT, a popijam go sokiem, a właściwie prawie musem wyciśniętym przed chwilą z bananów. Małe, smaczne, praktyczne i kaloryczne ;)
                  Po posiłku wpadamy na chwilę do Mono Prix zorientować się w asortymencie spożywczym, ale nie znajduję tahini, pasty z ziaren sezamowych, której nie udało mi się nabyć także w Tunisie. Spacerkiem wracamy do biura a szef w ramach deseru częstuje nas słodkimi daktylami. Właśnie kończy się wypalać nasza druga arabska płytka a my, dzięki kolejnej już uprzejmości szefa, mamy możliwość skorzystać z internetu, który chodzi jednak na tyle opornie, że nie udaje mi się nawet sprawdzić poczty. Odpuszczam, w końcu jestem na wakacjach. Dobiega 20:30, więc czas się pożegnać i zmykać do Mahdii. Fahrid podjeżdża punktualnie i już za chwilę mkniemy w kierunku Monastyru. Na lotnisku czekamy niecałe pół godziny na niemiecką grupę, jeszcze odprawa rezydentki i wreszcie możemy jechać w kierunku naszych łóżek. Do hotelu dojeżdżamy koło 22:30.Wreszcie...
                  • corrina_f1 (8) Ramadan Kareem 01.11.04, 15:47
                    15.10.2004 piątek

                    RAMADAN KAREEM

                    Po kolejnym dniu lenistwa plażowego (a co, w końcu przyjechałam tu odpocząć! Chyba pierwszy raz w życiu) po południu obowiązkowo postanawiamy odwiedzić medinę w Mahdii, a następnie przeżyć kilka ważnych chwil dla lokalnej społeczności.
                    Przed hotelem łapiemy taksówkę i moje popisowe zdanie "Nos dinar lil fard" (pół dinara za osobę) nie powoduje najmniejszego sprzeciwu ze strony kierowcy. W Mahdii i innych tunezyjskich miastach jazda taksówkami (o całe lata świetlne nowszymi od egipskich!) jest bardzo tania. W Mahdii przyjęły się trzy sposoby płacenia - 340 milimów za "trzaśnięcie drzwiami" a następnie jazda z licznika, pół dinara od osoby z możliwością dosiadania się kolejnych osób po drodze (w praktyce rzadkie przypadki) lub umawianie się na konkretną cenę. Najskuteczniejsza i najtańsza jest opcja druga. Półtora złotego nawet za 6 kilometrowy odcinek wydaje się śmieszną ceną.
                    Do sennej mediny docieramy kilka minut po 16:00. Miasteczko już teraz wygląda dość pusto, ale to tylko preludium przed wieczorem, kiedy zwykle kwitnie tu życie i handel.
                    Kierowca wysadza nas na głównym Placu 7 Listopada (a jakże inaczej mógłby się nazywać? :). W Mahdii, jak w całej Tunezji widoczna jest kampania przedwyborcza, zostało tylko 5 dni i wszystkie place, ulice, zaułki powiewają tunezyjskimi czerwonymi flagami a ilość plakatów Ben Alego kwalifikuje się do Księgi Guinessa. Mam wrażenie, że kiedy po powrocie otworzymy lodówkę, również za jej drzwiczkami uśmiechać będzie się do nas ten pan.
                    Przechodzimy przez Skifa el Kahla (Ciemne Przejście), czyli symbol Mahdii - bramę, której replika, dość wierna zresztą, znajduje w naszym hotelu. Grzecznie dziękując wszystkim sklepikarzom (całkowicie "nieszkodliwym" z resztą) dochodzimy do nastrojowego Placu Du Caire. Placyk jest maleńki a dwa wielkie drzewa wyrastające spod kamiennej kostki tworzą wspaniałe zadaszenie na upalne dni. Sęk w tym, że nie zawsze opłaca się siadać pod drzewem z powodu niezliczonej ilości ptaków tam rezydujących. Po prawej stronie znajduje się Meczet Mustafy Hamzy, po lewej kawiarenka Cafe Gamra. Dosłownie dwa kroki dalej dochodzimy do placu, na którym znajduje się Wielki Meczet. W Tunezji, nawet najmniejsze miasteczka, takie jak Mahdia na przykład, mają swój Wielki Meczet. Czasem wielki bywa tylko z nazwy. Postanawiamy obejść cypel dookoła, co karkołomne wydaje się tylko pozornie patrząc na mapę, w rzeczywistości miasteczko i wszystko co się w nim znajduje, obejść można spacerem i wcale nie dziwię się teraz, że praktycznie jedynymi samochodami, jakie jeżdżą po ulicach Mahdii są taksówki. Mieszkańcy poruszają się tu skuterami, niezliczoną ilością skuterów. Sama już nie wiem, czy bardziej wyprowadza z równowagi nieustający dźwięk egipskich klaksonów, czy brzęczenie silników tunezyjskich jednośladów. Jest ich tu więcej niż rowerów w Amsterdamie.
                    Spacerując wzdłuż skalistego cypla (brudno i śmierdząco) mijając szczątki pałacu Fatimidów oraz Wielką Wieżę (Borj el Kebir) docieramy do niezliczonej liczby białych maleńkich nagrobków ciągnących się przez ponad 100 metrów wzdłuż i wszerz na muzułmańskim cmentarzu. Na kilku nagrobkach ze stoickim spokojem pasą się owce.
                    Wcięcie skalistej linii brzegowej, gdzie rzędem cumuje kilka łodzi rybackich, to stary Port Fatymidów, niegdyś zamykany za pomocą żelaznego łańcucha zawieszonego między dwiema niewielkimi wieżami. Na cyplu (Cap Afrique) w miejscu starej wieży Fatymidów stoi mała czerwona latarnia morska (Phare). Nieopodal latarni rozgrywa się właśnie lokalny mecz piłki nożnej tutejszej młodzieżówki.
                    Nadbrzeżem wracamy w kierunku mediny mijając po drodze zniecierpliwionych mieszkańców Mahdii. Do zachodu słońca pozostały dosłownie minuty, do oficjalnego ogłoszenia początku Ramadanu niewiele więcej. Oczekiwanie na coś ważnego widoczne jest na każdym kroku. To również czuć w powietrzu. W przenośni i dosłownie. Najmniej przejmują się wszystkim dzieci. Radośnie krzycząc biegają po ulicy, grają w piłkę, popisując się stają na rękach. Gorzej z dorosłymi. Szczególnie mężczyznami. W czasie, kiedy kobiety dopracowują ostatnie szczegóły świątecznej kolacji, męska część społeczeństwa dosłownie przestępuje z nogi na nogę w oczekiwaniu na rozpoczęcie świętowania i pierwszego tego dnia posiłku. To, co jednak wydaje się najbardziej ich wykańczać, to brak możliwości zapalenia papierosa. Tunezyjscy panowie bez papierosa w ręku wyglądają dosłownie nienaturalnie. Uliczkami co jakiś czas przemyka ktoś z koszem jedzenia, głównie świeżutkiego pieczywa. Na balkonach tlą się malutkie grille, na których, skwierczą złowione przed chwilą ryby. Zapachy, jakie wydobywają się tajemnie z okien wszystkich domów świdrują nasze nosy i także mnie zaczynają poważnie denerwować. Mieszanka tunezyjskich przypraw, pieczone ryby, ciepłe pieczywo i duża ilość czosnku - takie właśnie zapachy przeważają w tym momencie dookoła. Szczęśliwcy, ci przynajmniej zaraz zasiądą do stołu. My raczej nie prędko...
                    Kiedy po kilku minutach docieramy do Placu de Caire, muezin zaczyna swoje śpiewy i nagle, dosłownie w ułamku sekundy wszystkie uliczki mediny zaczynają pustoszeć. Każdy, najszybciej, jak potrafi, pragnie znaleźć się w tym momencie w domu, z rodziną. Nagle powietrze przecina głośny wybuch. To salwa oficjalnie rozpoczynająca Święty Miesiąc Ramadan. Jakieś dwie minuty później wszystkie ulice wyglądają jakby miasto naszła zaraza. Nie ma dosłownie nikogo. Część mężczyzn odprawia modły w trzech sąsiadujących meczetach, cała reszta szczęśliwie dotarła do domów.
                    Mniej więcej godzinę później życie powoli zaczyna wracać na leniwe uliczki mediny. Pierwsi panowie pojawiają się w kawiarenkach na placu de Caire. Z każdą minutą stoliki zapełniają się kolejnymi gośćmi. Dosiadamy się do jednego z maleńkich okrągłych stolików i zamawiamy herbatę, oczywiście miętową i oczywiście nieprzyzwoicie słodką. Okazuje się, że w menu mają tylko ciasto (rodzaj babki piaskowej), więc zamawiamy co jest. Jesteśmy naprawdę głodni. W kafejce spędzamy jakieś pół godziny, w międzyczasie pojawia się jeszcze kilku turystów i kolejni rezydenci Mahdii. Życie wraca do normy, można jeść, pić, a przede wszystkim palić.
                    Opuszczając to miejsce postanawiamy wreszcie znaleźć jakiś lokalik, gdzie można się pożywić. I okazuje się to wyjątkowo karkołomnym zadaniem, ponieważ przez następną godzinę szwędania się po bardziej ruchliwej części miasta okazuje się, że wszystkie lokalne knajpki serwują wyłącznie kawę i herbatę, arabski fast food, w którym żywiliśmy się kilka dni temu jest dziś w ogóle zamknięty, podobnie jak większość pizzerii i kiosków z brikami i chapati. Wędrując z determinacją po głównych i bocznych uliczkach przez kolejna godzinę, nie mamy wyjścia, musimy się poddać i kolację zjeść w hotelu. Jedynym lokalnym, choć zupełnie hotelowym akcentem, jaki wieńczy ten dzień jest szisza, jaką zamawiamy sobie w kawiarni mauretańskiej.
                    • corrina_f1 (9) Monastyr 01.11.04, 15:48
                      17.10.2004 niedziela

                      MONASTIR

                      Po monotonnym śniadaniu, które wychodzi nam już bokami, udajemy się na stację metra, skąd startujemy dziś do Monastiru. Zaopatrzeni już poprzedniego dnia w świąteczny, ramadanowy rozkład (zmieniony, okrojony, pociągi nie zatrzymują się w ogóle na niektórych stacjach i jest ich znacznie mniej, a ostatni zamiast o 22:00, odjeżdża o 17:00) wybieramy pociąg o 10:57. Tym razem kupujemy bilety 1 klasy w okienku na stacji (bez problemu można je też nabyć u konduktora w pociągu), za które w 2 strony płacimy w sumie 8,400 DT, czyli 2,100 DT (niewiele ponad 6 zł) od osoby w jedną stronę. Przedział o niebo wygodniejszy od klasy 2, wygodne, rozkładane siedzenia, których w całym przedziale jest 16. Pełen komfort jazdy. Lokalni rzadko korzystają z tego luksusu z powodu ceny. Podróżujemy więc tylko z kilkoma „trochę lepiej” ubranymi Tunezyjczykami.
                      Dojazd do Monastyru zajmuje niecałą godzinę. Mamy więc około 5 godzin na zwiedzenie obowiązkowych punktów programu. Powinno wystarczyć.
                      Zaczynamy spacerem aleją Habiba Burgiby ciągnącą się wzdłuż murów mediny. To typowa ulica handlowa, ale na próżno szukać tu sklepów (poza jednym Mono Prix na samym końcu), ulica do złudzenia charakterem i asortymentem przypomina warszawski Stadion Dziesięciolecia. Jest tu absolutnie wszystko w najbardziej tandentnym wydaniu, co tylko zdołano wyprodukować. Jest też tłum i harmider, który być może nawet przewyższa ten warszawko-stadionowy. I jesteśmy my, wciśnięci gdzieś pomiędzy wykrzykujących sprzedawców i kupujących. Należy podkreślić, że to miejsce w żaden sposób nie przypomina (np) tuniskiego suku. Tu nabyć można rzeczy praktyczne ( z lokalnego punktu widzenia) - milion par butów (perfekcyjne, lub absolutnie tandetne podróby znanych firm), ubrania, baterie, używane kasety sprzedawane jako nowe, suszarki do włosów, setki "najnowszych" pokrowców i ładowarek do komórek, nawet i pojedyncze komórki też się zdarzają. Są płyty po 1,500 DT (czyżbyśmy przepłacili w muzycznym sklepie w Tunisie ? ;), są zabawki dla dzieci, rozpuszczające się w 30 stopniowym upale czekolady rodzimego pochodzenia. Kawałek dalej zaczynają się produkty spożywcze, dziesiątki rodzajów pieczywa, ciast i ciasteczek, gofrów i pączków. Są daktyle, rzodkiewki, owoce i warzywa. Na wszystkie te stoiska tłum napiera tak, jakby dopiero co rzucili towar po miesiącach zamkniętych sklepów.
                      Właściwie to jest tu wszystko. I nic. Taki arabski pchli targ, gdzie po kilku minutach spaceru można wyjść z ciężkimi siatami. My jakoś nie jesteśmy zainteresowani zakupami.
                      Barwny i głośny(!) tłum zostawiamy za sobą i odbijamy w jedną z bram mediny. Uliczka już znacznie bardziej turystyczna i pełna sklepików dla spragnionych pamiątek. Mijamy całą tą arabską cepelię i już po chwili lądujemy koło Meczetu Burgiby (po drodze mijając Muzeum Tradycyjnych Strojów). Wejście oczywiście wyłącznie dla Muzułmanów. Przecinając Plac w formie przyjemnego, obsadzonego palmami małego parku, docieramy do głównego wejścia do Ribatu.
                      Samym ribatem jesteśmy po prostu zachwyceni. Płacąc za wejście po 2,100 DT od osoby (plus tradycyjnie 1 DT za zdjęcia) spędzamy tu ponad godzinę kręcąc się bez pośpiechu po licznych zakamarkach, punktach widokowych (cudne panoramy!), korytarzach, stromych schodach. Wszystko świetnie zachowane zachwyciło nie tylko nas. Mury ribatu posłużyły jako scenografia między innymi w "Żywocie Briana" Monty Pythona, czy w "Jezusie z Nazaretu" Zefirellego. Na terenie ribatu mieści się niewielkie Muzeum Sztuki Islamskiej (między innymi biżuteria i monety). To, co fascynuje mnie najbardziej to fakt, że poza nami jest tu dosłownie kilku turystów, których dostrzegamy zresztą tylko po drugiej stronie murów.
                      Nasyciwszy oczy islamską architekturą obronną, kierujemy się w stronę Mauzoleum Habiba Burgiby, pierwszego prezydenta Tunezji. Mijając po prawej i lewej stronie niezliczone białe nagrobki docieramy szeroką aleją wysadzaną po bokach drzewami do Mauzoleum, gdzie poza Burgibą spoczywa jeszcze jego pierwsza żona i rodzina. Zwieńczony złotą kopułą budynek wraz z dwoma potężnymi minaretami zbudowano po śmierci prezydenta, w 1963 roku. Można go zwiedzać za darmo, robiąc zdjęcia bez ograniczeń. Miejsce absolutnie warte odwiedzenia.

                      CDN...
          • dunia77 Re: (3) Sahara dzień 1 10.11.04, 13:19
            Czekam na ciag dalszy !
            Bede niezadlugo w Sousse i tez chetnie wybralabym sie na Sahare.
            Mam nadzieje, ze przy okazji opiszesz swoje wrazenia co do Sahel Voyages: warto,
            nie warto, masowka czy fajne zwiedzanie itp.
            bardzo jestem ciekawa
    • beduinka Re: Tunezyjskie zapiski :) 01.11.04, 16:32
      przeczytałam, jestem pod wrażeniem i czekam na brakujące części... no i
      oczywiście na spotkanie z tobą :))))
      • marieia Re: Tunezyjskie zapiski :) 07.11.04, 13:11
        Kasiu super! dzieki teraz czekam na fotki pozdr
        M

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka