taliza Re: MAROKO 24.08.03, 13:46 Bardzo interesuje mnie ten temat. Wkrótce wybieram się turystycznie. Odpowiedz Link
beduinka Tunel połączy Europę z Afryką 14.12.03, 10:31 Tunel połączy Europę z Afryką Europa i Afryka zostaną połączone tunelem. Jak podano w Madrycie i Rabacie, tunel o długości 39 kilometrów prowadzić będzie pod Cieśniną Gibraltarską. W niedzielę hiszpańskie Ministerstwo Rozwoju potwierdziło sobotnie doniesienia mediów, iż pod dnem Morza Śródziemnego zbudowane zostaną dwa biegnące równolegle tunele kolejowe, które połączą Punta Palomas - 40 kilometrów na zachód od Gibraltaru - z Punta Malabata koło Tangeru w Maroku. Ta właśnie trasa została wybrana, ponieważ na tym odcinku morze ma zaledwie trzysta metrów głębokości. Hiszpańskie ministerstwo podało także, iż powołano wspólny komitet ds. realizacji porozumienia hiszpańsko-marokańskiego. Budowa tunelu ma rozpocząć się już w przyszłym roku. Na wstępne prace - mające potrwać trzy lata - przeznaczono już 30 mln dol. - nie wiadomo jednak, jakie będą koszty i termin realizacji całego przedsięwzięcia. źródło: pap 14.12.03 Odpowiedz Link
beduinka O MAROKU na stronach GAZETY 03.01.04, 17:07 www2.gazeta.pl/turystyka/810636,30718,3529880,P_KRAJ.html Odpowiedz Link
balubasusa Re: MAROKO 08.02.04, 21:31 Planuję wyjazd do Maroka w marcu na 10-14 dni. Na co szczególnie zwrócić uwagę. Nigdy nie byłem w kraju arabskim. Kiedy w tym roku przypada ramadan? Poleć mi ciekawe i praktyczne strony w sieci o Maroku. Podobno wizę można otrzymać po wczesniejszej rezerwacji hotelu. Na cały pobyt, co by się wiązało z kilkoma miejscami? Odpowiedz Link
beduinka Hiszpania oskarżona o naruszenie marokańskiej stre 09.02.04, 21:49 Hiszpania oskarżona o naruszenie marokańskiej strefy powietrznej O pogwałcenie marokańskiej strefy powietrznej oskarżył Hiszpanię w sobotę rząd w Rabacie. Zdaniem Maroka hiszpańskie odrzutowce wojskowe przeleciały w czwartek 5 lutego nad północno-wschodnią prowincją Nador, zaledwie kilka kilometrów od Melilli - hiszpańskiej enklawy na kontynencie afrykańskim. Madryt tłumaczy, że nielegalny lot odbyły nieuzbrojone samoloty szkoleniowe, zaś zmiana kursu była spowodowana bardzo niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Od czasu poważnego kryzysu sprzed dwóch lat związanego ze statusem niezamieszkałej wysepki Perejil Hiszpania i Maroko dążą do unormowania kontaktów dyplomatycznych. źródło: gazeta.pl, jan 08-02-2004 Odpowiedz Link
beduinka Co najmniej 150 śmiertelnych ofiar trzęsienia ziem 24.02.04, 13:50 Co najmniej 150 śmiertelnych ofiar trzęsienia ziemi Co najmniej 150 osób zginęło, a kilkaset innych odniosło obrażenia w wyniku trzęsienia ziemi, jakie we wtorek nad ranem nawiedziło północne Maroko - podała marokańska agencja prasowa MAP. Nie ma jeszcze ostatecznego bilansu ofiar tragedii. Źródła medyczne mówiły ostatnio o 86 zabitych. Ostrzegały jednak, że liczba ofiar może dojść do 200, a jeden z marokańskich posłów nie wykluczył, że nawet do 300 osób. Od wstrząsów o sile 6,5 stopnia w skali Richtera najbardziej ucierpiał zamieszkany przez mniejszość berberyjską ubogi rejon miasta al-Hoceina na wybrzeżu śródziemnomorskim. Do al-Hoceiny napłynęły setki rannych. Tamtejszy szpital im. Mohameda V okazał się za mały. Według wspomnianego wyżej deputowanego, ratownicy wydobyli spod gruzów zaledwie niewielką część ludzi, przysypanych w otaczających miasto wioskach. Wstrząsy spowodowały też poważne zniszczenia materialne. Wioska Ait Kamara, położona 14 km od al-Hoceiny, została całkowicie zrównana z ziemią. Dwie sąsiednie - Im-Zouren i Bni-Hadifa - też poważnie ucierpiały. Większość domów zbudowana była z suszonych cegieł, nieodpornych na żadne katastrofy naturalne. Trzęsienie ziemi - najsilniejsze w tym regionie od 1994 r. - nastąpiło o godz. 2.30 nad ranem (godz. 3.30 czasu polskiego). Epicentrum znajdowało się pod dnem morza w Cieśninie Gibraltarskiej, 15 kilometrów od afrykańskich wybrzeży i około trzystu kilometrów na północny wschód od stolicy Maroka, Rabatu. Wstrząsy były wyczuwalne w Hiszpanii, przede wszystkim w południowej Andaluzji. Brak jednak informacji o ofiarach bądź stratach spowodowanych przez trzęsienie na terytorium Hiszpanii. Przedstawiciel waszyngtońskiego instytutu sejsmologicznego, gdzie zarejestrowano trzęsienie na wybrzeżu afrykańskim, Butch Kinerney, powiedział, że znaczna siła wstrząsów mogła sprawić, iż były one wyraźnie odczuwane nawet w promieniu dwustu kilometrów od epicentrum. W 1994 r. w Maroku siła wstrząsów była mniejsza od wtorkowego trzęsienia - wynosiła 6 stopni. Najwięcej ofiar w tym kraju spowodowało znacznie słabsze, lecz bardziej niszczące trzęsienie w 1960 r., kiedy w rejonie Agadiru na południu kraju zginęło około 15 tysięcy ludzi. źródło: onet.pl, PAP, mat /2004-02-24 Odpowiedz Link
beduinka Co najmniej 300 ofiar trzęsienia ziemi 24.02.04, 17:33 Co najmniej 300 ofiar trzęsienia ziemi Co najmniej 300 osób zabitych - taki najnowszy bilans ofiar trzęsienia ziemi, jakie nawiedziło północne Maroko, podały lokalne władze, cytowane przez AP. Z kolei marokańska agencja prasowa MAP, cytowana przez AFP, podaje, że zginęło już co najmniej 226 osób, a rannych zostało 120. Wcześniej MAP informowała o co najmniej 150 śmiertelnych ofiarach. źródło: onet.pl, PAP, jkl /2004-02-24 Odpowiedz Link
beduinka W wyniku trzęsienia mogło zginąć ponad 600 osób 25.02.04, 19:58 W wyniku trzęsienia mogło zginąć ponad 600 osób Liczba śmiertelnych ofiar wtorkowego trzęsienia ziemi na wybrzeżu śródziemnomorskim Maroka może przekroczyć 600 osób - podały w środę lokalne władze. W szpitalach przebywa kilkuset rannych. Trwa akcja ratunkowa, którą utrudniają zarówno powtarzające się wstrząsy wtórne, jak i zła pogoda - deszcz i temperatura około pięciu stopni Celsjusza - oraz brak ludzi i sprzętu. Ci mieszkańcy zdewastowanych berberyjskich wiosek, które ucierpiały najbardziej, gołymi rękami usuwają ziemię i gruz, szukając najbliższych pod ruinami domów. Na skutek wstrząsów o sile 6,5 stopnia w skali Richtera najbardziej ucierpiały zamieszkane przez mniejszość berberyjską ubogie wioski wokół miasta al-Hoceina. Patronat nad akcją ratunkową objął król Maroka, Mohammed VI. W Rabacie w środę zapowiedziano, że monarcha osobiście uda się na miejsce tragedii. Josephine Shields z północnoafrykańskiego biura Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża i Czerwonego Półksiężyca powiedziała, że poinformowano ją, iż na terenie dotkniętym trzęsieniem ziemi mieszkało 300-400 tys. ludzi. "Ale to rzadko zaludniony obszar, dużo tu gór, co oznacza też trudny dostęp do tych terenów" - zaznaczyła. Podkreśliła, że tym, którzy przeżyli, najbardziej potrzebne są w tej chwili koce, ciepła odzież, żywność i woda. Być może konieczne będzie zainstalowanie szpitali polowych. Potrzebny jest też sprzęt ratowniczy i poszukiwawczy oraz wyszkolone psy. Przysłanie ekip ratowników zapowiedziała już część państw Europy oraz Japonia. Wstrząsy spowodowały poważne zniszczenia. Wioska Ait Kamara, położona 14 km od al-Hoceiny, została całkowicie zrównana z ziemią. Dwie sąsiednie - Im-Zouren i Bni-Hadifa - też poważnie ucierpiały. Trzęsienie ziemi - najsilniejsze w tym regionie od 1994 r. - nastąpiło we wtorek o godz. 2.30 nad ranem (godz. 3.30 czasu polskiego). Większość mieszkańców kataklizm zaskoczył w czasie snu. Epicentrum znajdowało się pod dnem morza w Cieśninie Gibraltarskiej, 15 kilometrów od afrykańskich wybrzeży i około trzystu kilometrów na północny wschód od stolicy Maroka, Rabatu. źródło: onet.pl, PAP, MD /2004-02-25 Odpowiedz Link
beduinka W trzęsieniu zginęło 571 osób 26.02.04, 09:06 W trzęsieniu zginęło 571 osób W trzęsieniu ziemi, jakie we wtorek nawiedziło śródziemnomorskie wybrzeże Maroka, zginęło 571 osób. 405 osób odniosło obrażenia. Nowy bilans został ogłoszony na konferencji prasowej przez marokańskiego ministra spraw wewnętrznych Mustafę Sahela. Poprzednio informowano, że w trzęsieniu zginęły 564 osoby, a 300 jest rannych. Trzęsienie ziemi - najsilniejsze w tym regionie od 1994 r. - nastąpiło we wtorek o godz. 3.30 czasu polskiego. Większość mieszkańców kataklizm zaskoczył w czasie snu. Epicentrum znajdowało się pod dnem morza w Cieśninie Gibraltarskiej, 15 kilometrów od afrykańskich wybrzeży i około trzystu kilometrów na północny wschód od stolicy Maroka, Rabatu. Na skutek wstrząsów o sile 6,5 stopnia w skali Richtera najbardziej ucierpiały zamieszkane przez mniejszość berberyjską ubogie wioski wokół miasta al-Hoceina. Patronat nad akcją ratunkową objął król Maroka, Mohammed VI. źródło: onet.pl, PAP, jkl /2004-02-26 Odpowiedz Link
beduinka Front Polisario zwalnia stu Marokańczyków 24.02.04, 19:50 Front Polisario zwalnia stu Marokańczyków Stu marokańskich więźniów, głównie żołnierzy, zwolnili wczoraj partyzanci z Frontu Polisario walczącego o niepodległość Sahary Zachodniej, do 1975 roku kolonii hiszpańskiej zajętej potem przez Maroko. To humanitarny gest, do którego partyzanci zostali namówieni przez władze Kataru. Od zawarcia rozejmu w 1991 roku Front zwolnił już prawie 2000 więźniów. Pustynne tereny Sahary Zachodniej są bogate w złoża fosforytów. źródło: gazeta.pl, afp, mar 13-02-2004 Odpowiedz Link
beduinka "Le Monde" o Maroku w5lat po śmierci króla Hasana2 10.10.04, 17:23 Francuski "Le Monde" o Maroku w pięć lat po śmierci króla Hasana II Pięć lat temu zmarł król Maroka Hasan II - długoletni silny przywódca, który przeprowadził swój kraj od czasów kolonialnych do progu XXI w. Paryski dziennik opublikował właśnie głosy jego rodaków, którzy króla oceniają diametralnie różnie Driss Basri, jeden z najbliższych współpracowników Hasana, przedstawia go jako polityka zrównoważonego, który "umiejętnie balansował między ideologią Trzeciego Świata z jej neutralistycznym zabarwieniem a Zachodem, nie ukrywając preferencji dla tego drugiego". "Ten król zarazem lewantyjski i o cechach typowych dla Zachodu dzięki swojej dwoistej kulturze latyno-romańskiej i arabsko-muzułmańskiej przyczynił się do umocnienia pokoju i poszanowania nowego porządku prawnego w życiu międzynarodowym" - pisze Driss Basri. - "Historia zapamięta jego rolę moderatora w konflikcie izraelsko-arabskim, jego wysiłki na rzecz zbliżenia świata arabskiego i zachodniego, inaugurację rzeczowego dialogu trzech religii objawionych, jak też udział we włączeniu społeczności krajów islamskich do wspólnoty międzynarodowej". Basri pisze o "niepojętej interwencji USA w Iraku", ale w sposób niecodzienny u polityka muzułmańskiego dodaje, że "z każdego nieszczęścia może wyniknąć jakieś dobro". Chodzi o promowaną przez prezydenta Busha demokratyzację Bliskiego Wschodu. Była to idea bardzo bliska zmarłemu królowi - uważa Basri. Odpowiada Basriemu urzędnik marokański i działacz byłej opozycji Abraham Serfaty. Według niego marokańczycy pamiętają epokę Hasana II jako "lata ołowiane": - Przepraszam czytelników za mój ton oburzenia, ale czyż mogę zapomnieć moich przyjaciół, którzy zmarli torturowani, zapomnieć matki, które zmarły z wyczerpania w walce o swoje uwięzione dzieci, w tym moją własną matkę? Serfaty przypomina pacyfikacje i masowe represje wobec nieposłusznych królowi plemion. Hasan II był według niego sprzymierzony z "najbardziej wstecznymi siłami kapitalizmu francuskiego". Jeszcze jako następca tronu w latach 50. współdziałał z Francuzami i Hiszpanami przeciwko siłom wyzwoleńczym. Również polityka gospodarcza Hasana była w przekonaniu Serfaty'ego głęboko błędna. W niektórych rejonach kraju nie pozostawiał ludziom innej możliwości niż emigracja do Europy. Oba artykuły w "Le Monde" zamyka jednak podobna wizja Maghrebu (czyli części Afryki zajętej przez Algierię, Maroko, Mauretanię i Tunezję). U obu polityków widać przekonanie, że Maghreb zespolony geopolityką, wspólną tradycją i interesem musi łączyć wierność islamskim korzeniom z szerokim otwarciem na cywilizację europejską. W sytuacji, gdy dużą częścią świata arabskiego wstrząsa gorączka islamizmu i islamskiego terroryzmu - to duża szansa. źródło: gazeta.pl, Marek Rapacki 29-08-2004 Odpowiedz Link
beduinka Góry Riff 17.10.04, 13:43 Góry Riff Skaliste i postrzępione pasmo gór Riff, leżących w północnej części Maroka, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od wybrzeża Hiszpanii, wynurza się wprost z Morza Śródziemnego. To właśnie stąd pochodzi większość marokańskiego haszyszu. W dolinie Hajera Masyw Riff zatrzymuje stosunkowo chłodne i wilgotne powietrze znad morza i uniemożliwia mu wdarcie się w głąb Afryki. Dzięki temu, obszar ten, jako jeden z nielicznych w Maroku, nie ma problemów z wodą. Jest jej dosyć, aby zaspokoić potrzeby rolników, jak i zasilić prysznice w licznych tu hotelach i pensjonatach, goszczących rzesze turystów urzeczonych pięknem okolicy. W tej części Maroka najpowszechniej znanym przez miejscową ludność językiem obcym jest hiszpański. Wiąże się to z kolonialną przeszłością Maroka, kiedy Francja i Hiszpania podzieliły ten kraj między siebie, region gór Riff przypadł Hiszpanii. Dopiero w 1956 roku Hiszpanie wycofali się z tych terenów. Do dziś jednak pozostają w ich rękach dwie enklawy na afrykańskim kontynencie: Ceuta i Melila. Najbardziej chyba malowniczym i godnym poświęcenia kilku dni miejscem tego regionu jest Chefchaouen (Szefszawan) - miasteczko położone w Uedzie (czyli dolinie) Hajera. Nad miejscowością tą góruje szczyt Jbel Meggou. Aby go zdobyć, należy wspiąć się na wysokość 1615 m n.p.m. Nie jest to może wysokość imponująca, ale dotarcie tam nie jest bynajmniej tak łatwe, jak mogłoby się wydawać. W górach tych nie ma bowiem oznaczonych szlaków, są jedynie ścieżki wydeptane przez stada kóz i owiec, a jedynymi ludźmi, których można spotkać, są ich strażnicy - riffeńscy pasterze. Jeśli marzycie, by na chwilę zapomnieć o zachodniej cywilizacji i wyruszyć na samotną wędrówkę z dala od wyznaczonych szlaków turystycznych i schronisk, tu znajdziecie po temu znakomitą okazję. Jeśli macie przy tym za dużo pieniędzy, a nie macie ochoty nosić swych bagaży, wynajmijcie osły i przewodnika. Chefchaouen sięga początkami znacznie dalej niż czasów protektoratu hiszpańskiego. Założył go w 1471 r. niejaki Mulaj ibn Raszid. Rozkwit miasta przypadł na czasy hiszpańskiej rekonkwisty, kiedy muzułmańscy emigranci z Półwyspu Iberyjskiego, uciekając przed prześladowaniami ze strony chrześcijan, m.in. tutaj się osiedlali. Miasto, nazywane także Xauen, było zamknięte dla niewiernych; w razie złamania tego zakazu groziła kara śmierci. Mimo że dziś niemuzułmańscy turyści są tu mile widziani, meczety wciąż pozostają dla nich zamknięte. Centralnym punktem miasta jest zamknięty dla ruchu kołowego plac Uta el-Hammam. W cieniu drzew można tu schronić się przed słońcem, popijając doskonale gaszącą pragnienie herbatę miętową. Tu znajdują się dwie najstarsze i najciekawsze budowle tej uroczej osady: XV-wieczny meczet wybudowany przez Mulaj ibn Raszida i górująca nad placem kazba, czyli rodzaj budowli obronnej. W kazbie znajduje się niewielkie muzeum, w którym zgromadzono kolekcję wytworów kultury materialnej okolicznych górali. W latach 20. naszego wieku więziono tu Abd el- Karima, przywódcę Riffenów zbuntowanych przeciw europejskim kolonizatorom. Spacerkiem po medinie W Maroku starą część miasta określa się mianem mediny. W Chefchaouen jest to istna plątanina wąskich i krętych uliczek, zaskakujących ozdobnymi drzwiami, kutymi kratami w oknach, tajemniczymi przejściami kończącymi się miniaturowymi placykami. W przeciwieństwie do innych miast Maroka, medina chefchaoueńska jest bardzo czysta i pięknie odnowiona; przeważają jasne odcienie niebieskiego. Mieszkańcy Chefchaouenu są równie życzliwi jak inni Marokańczycy, ale posiadają jeszcze dodatkową zaletę: nie są tak natarczywi w zachwalaniu turystom swoich towarów i usług. Wieczorami w mieście nieprzerwanie rozbrzmiewa muzyka. W sezonie turystycznym organizuje się tu koncerty muzyki ludowej, przyciągające nie tylko turystów, ale i mieszkańców okolicznych wiosek. Lato to najlepszy czas do zamążpójścia bądź ożenku. Podczas ceremonii zaślubin pannę młodą obnosi się w lektyce po mieście. Towarzyszy jej korowód rozbawionych weselników i oczywiście orkiestra grająca tradycyjną muzykę berberyjską - gnawe, w której można odnaleźć, oprócz arabskich, również afrykańskie wątki i tematy muzyczne. Widok pochodu weselnego przywiódł nam na myśl tak w ostatnim czasie popularne w Europie Parady Miłości. Marokańskie "parady", bądź co bądź miłości przecież, są znacznie bardziej kameralne: uczestniczy w nich znacznie mniej ludzi i zamiast muzyki techno mamy równie taneczną i żywiołową arabsko-berberyjską muzykę ludową. Komu haszysz, komu? Okolice Chefchaouenu, podobnie jak cały obszar gór Riff, turyści z Zachodu odwiedzają dla jednej jeszcze przyczyny. Jest nią uprawa konopi i produkowany z nich haszysz. Oficjalnie władze Królestwa Maroka zabraniają tego rodzaju praktyk, ale dla ubogich górali, podobnie jak w Afganistanie czy na Kaukazie, produkcja i handel haszyszem nie przynoszą co prawda fortuny, ale są nierzadko jedynym możliwym źródłem utrzymania. Głównym ośrodkiem handlu haszyszem jest położona w centrum tego regionu Ketama. Przed miastem tym ostrzegają nie tylko przewodniki, ale także sami Marokańczycy; tam, gdzie w grę wchodzą duże pieniądze, zazwyczaj robi się niebezpiecznie. W Chefchaouen można być narażonym co najwyżej na wypowiadane szeptem zachęty do zakupu haszyszu lub kifu (rodzaj marihuany), jednak stanowcza odmowa szybko zniechęca handlarza. źródło: gazeta.pl - turystyka, ROBERT ZYDEL 13-02-1999 Odpowiedz Link
beduinka Gorąca kuchnia Berberów 17.10.04, 13:47 Podróżowanie po Maroku to prawdziwa przyjemność: niebywałe krajobrazy (od oceanu, przez góry o przedziwnych formacjach geologicznych, po pustynię), niezwykłe miasta ze starożytnymi dzielnicami-targami, rzymskie ruiny, barwne rzemiosło, transowa muzyka no i wspaniała kuchnia. Pełno w niej dorodnych warzyw, zwłaszcza bakłażanów, cebuli, papryki, marchewki, cukinii, pomidorów oraz oliwek kiszonych na wiele sposobów. Do tego wołowina i baranina, kurczaki i ryby. Wszystko suto okraszone oliwą z oliwek, ugarnirowane pękami zielonej pietruszki i gałązkami świeżej mięty. W dodatku Maroko to prawdziwe korzenno- ziołowe królestwo - szafran, kminek, sezam, cynamon, imbir, kolendra, kurkuma, kozieradka, liczne odmiany pieprzu... Ich barwne kopczyki cieszą oko na każdym targu. Obok nich stosy suszonych daktyli i fig. A łakocie! Nie sposób ich zliczyć ani im się oprzeć, zwłaszcza że składają się na nie głównie zmiażdżone migdały, orzechy, sezam i miód. No i jeszcze zielono-miętowa herbata, nazywana tam whisky Berberów (w 30-milionowym Maroko to oni stanowią najliczniejszą grupę etniczną) - to kraj muzułmański i prawdziwej whisky nie uświadczysz. Ceremoniał parzenia Berber-whisky zajmuje dobre pół godziny, ale jej ożywczy smak nie ma sobie równych. Uwaga! Marokańskie dania wcale nie są trudne i da się je ugotować i w Polsce, niekoniecznie szukając składników w sklepie z żywnością arabską. Zaś gliniane tajine w kształcie stożka, w którym przyrządza się na małym ogniu lub grillu potrawy o tej nazwie - clou marokańskiej kuchni - można zastąpić głębokim porcelanowym naczyniem do zapiekania z pokrywką. Oto coś małego "na rozgrzewkę". Wszystkie przepisy na 4-5 osób Tajine z kurczakiem 4 piersi kurczaka, 4 średnie cebule, 5 niezbyt dużych marchewek, 4 pomidory, 2 małe cukinie, 6-8 kartofli, papryka zielona i czerwona, po garści zielonych i czarnych oliwek z pestkami, tzw. 44 przyprawy (można zastąpić mieszanką kilku przypraw, które ma się pod ręką), sól i pieprz, pół szklanki oliwy z oliwek, kilka ząbków czosnku) Piersi kurczaka podsmażyć lub zgrilować (ja wcześniej nacieram je i szpikuję czosnkiem, posypujemy pieprzem, solą i przyprawami, skrapiam oliwą i wstawiam na jakiś czas do lodówki), dorzucając ćwiartki cebuli. Na dno tajine bądź innego żaroodpornego naczynia wlać trochę oliwy, ułożyć połówki obranych kartofli, podsmażone piersi i cebulę. Układać na nich - jeśli to możliwe w stożek - pokrojoną w paski marchewkę, paprykę i cukinię. Po wierzchu obłożyć ćwiartkami pomidorów, powtykać gdzie się da oliwki i kawałki czosnku. Pamiętajmy o posypywaniu kolejnych warstw solą, pieprzem i przyprawami. Całość skrapiamy kilkoma łyżkami oliwy, szczelnie przykrywamy i wstawiamy do nagrzanego do ok. 160 stopni piekarnika bądź na mały płomień gazu/grilla (w Maroku używa się przypominających doniczki glinianych mikro-piecyków na węgiel drzewny). Po ok. 30-40 min. - gotowe (sprawdźmy patyczkiem kartofle). Rogi gazeli 30 dag migdałów bez skórki (jeśli są w łupinkach należy sparzyć je gorącą wodą, by dały się wyłuskać), 40 dag mąki, 12 dag cukru, 5 dag masła, łyżeczka cynamonu, parę łyżeczek wody z kwiatu pomarańczy (ewentualnie likier pomarańczowy), cukier puder do posypania Zmielone migdały połączyć z miękkim masłem, dodać łyżeczkę cynamonu i dwie łyżki wody pomarańczowej. Zagnieść, wałkować ruloniki o przekroju ok. półtora centymetra, pociąć je na 5-centymetrowej długości kawałki. Do mąki dodać sól i pół litra ciepłej wody, zagnieść ciasto i wyrabiać przez 15 min., aż stanie się sprężyste. Cienko rozwałkować, pociąć na pasy szerokości 10 cm. Ułożyć na nich migdałowe nadzienie, skleić dłuższe boki, pociąć na kawałki i uformować na kształt rożków. Piec na blasze posmarowanej masłem przez ok. 20 min w nagrzanym do 160 stopni piekarniku. Skropić pozostałą wodą pomarańczową i posypać cukrem pudrem. Pyszne i na gorąco, i na zimno. Miętowa herbata mojego przyjaciela Aziza 4 łyżeczki zielonej chińskiej granulowanej herbaty, 5-8 kostek cukru, 3 gałązki świeżej mięty Herbatę i cukier wsypać do metalowego imbryka i zalać wrzątkiem, gotować przez 5 min. Odlać małą szklaneczkę, resztę gotować przez kolejne 5-10 min. Dodać z powrotem odlaną szklaneczkę, chwilę odczekać, zestawić z ognia i wrzucić gałązki mięty. Po kilku minutach rozlewać do małych szklaneczek. Efekt jest większy, a smak ponoć lepszy, jeśli strumień leje się z wysoka, a w szklaneczkach tworzy się piana. Napełniwszy pierwszą szklaneczkę, należy herbatę wlać z powrotem do czajniczka i dopiero wówczas "nalewać naprawdę". źródło: gazeta.pl, Alicja Dąbrowska 16-10-2004 Odpowiedz Link
beduinka Uroki Maroka: u wrót Sahary 17.10.04, 13:50 Uroki Maroka: u wrót Sahary Na długo zapamiętam niezwykłe chwile w namiocie Alego. Niestety, gonił mnie czas - coś, czego nie mógł zrozumieć Droga, a raczej wąski pasek asfaltu przyklejony do wietrzejących skał, pięła się ku ośnieżonym szczytom Wysokiego Atlasu. Od przepaści po lewej nie odgradzała żadna barierka. Zza każdego zakrętu (podobno jest ich 5 tys.!) wyłaniały się coraz ciekawsze widoki - kamienna wioska oddzielona od drogi szeroką rozpadliną, starzec na osiołku. Skały tworzyły urzekające stromizny, czasem wyglądały tak, jakby zaraz miały się rozsypać. Łączyły się w łagodne pagórki, na których gdzieniegdzie rosły jakieś rośliny. Góry ciągnęły się po horyzont, z oddali nieregularne i gładkie, z bliska popękane, o fantazyjnych kształtach, jak babki z piasku odciśnięte z gigantycznych foremek. Im wyżej, tym więcej zakrętów. Ale prawie żadnego ruchu, więc kosiłam zakręty jak na wyścigu. Krajobraz był coraz bardziej księżycowy. Postanowiłam zobaczyć Ait Benhaddou, najsłynniejszą kazbę (twierdzę) w Maroku, tło ponad 20 filmów, m.in. "Jezusa z Nazaretu" Franca Zeffirellego. Z daleka prawie zlewała się z kolorem i strukturą skały, do której przylegała, i nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Co innego z bliska. Zafascynował mnie intensywny kolor wyschniętej gliny, z której była wykonana, jej doskonale płaskie ściany i misterne wieże. Wyglądała jak rzeźba, a ozdoby z cegły błotnej upodabniały ją do zamku z piasku. Po wąziutkich, wysłużonych schodach wspięłam się na jedną z wież, z której widać było główny dziedziniec. W rogu pod dachem z trzciny stał osiołek, na środku kobiety zwijały przędzę, wokół pętały się kozy. Kazbę otaczały zielone pióropusze palm, u jej stóp płynęła częściowo wyschnięta rzeka. Na drugi brzeg można było przejść po kolana w wodzie lub po workach z piaskiem. Tej wygodniejszej drogi strzegły dzieci. Złapały mnie za ręce i przeprowadziły, żądając za tę "usługę" pieniędzy. Kilka razy o mały włos nie wylądowaliśmy w wodzie, wśród pokrzykiwań i śmiechu. Pieniędzy nie dostały, ale z butelki coca- coli były bardzo zadowolone. Czekały na mnie, gdy wracałam z kazby. Na zapewnienia, że nie mam ani pieniędzy, ani coli, jeden z chłopców przeprowadził mnie za darmo. Do Ouarzazate dojechałam po zmroku. Rozsądek podpowiadał, żeby tu zanocować, ale ciągnęło mnie na pustynię. Miałam do pokonania ponad 250 km po bezdrożach. Na stacji benzynowej zapytałam, czy droga jest bezpieczna. Zapewniono mnie, że tak. Do Tinfu, gdzie, jak przeczytałam w przewodniku, można "poczuć atmosferę pustyni", dojechałam tak późno, że zobaczenie pustyni musiałam odłożyć do rana. Są tu dwa hotele - drogi Porte au Sahara i - dużo tańszy - Repos des Sables. Kiedy tam podjechałam, po kilku minutach pojawił się niski człowiek w śmiesznych, wąskich przy kostkach i bardzo szerokich w siedzeniu spodniach. Powtarzając co chwila pas de probleme, otworzył hotel i zaproponował wyprawę na wielbłądach (nie skorzystałam). Rano "wrota Sahary" ukazały się w całym swym braku okazałości. Jak okiem sięgnąć, płasko i kamieniście, na horyzoncie wysokie góry z płaskimi czubkami. Spośród tej "płaskości" wyrastało kilka wydm. Wyglądały jak kupki piasku wysypane tu przypadkiem. Nie poczułam "atmosfery pustyni". Pojechałam dalej. Nauczyciel, którego wzięłam na stopa, wytłumaczył mi, że wydmy nie przemieszczają się dzięki przeciwstawnym wiatrom, które wieją z różnych kierunków i trzymają całość w przysłowiowej "kupie". Tak więc, choć mało imponujące, są pierwszym zwiastunem Sahary. A ponieważ trwają w jednym miejscu, zbudowano przy nich hotel - z widokiem oczywiście. Droga, której krawędzie wyznaczają pomalowane na biało kamienie, biegnie prosto, wydaje się, że środkiem skalistej pustyni - hamady. Mijają mnie hotelowe dżipy, potem kilka podrasowanych samochodów z numerami zawodników. Niedobitki po Rajdzie Paryż - Dakar? Przede mną niesamowite formacje skalne i znowu zakręty. Powoli unoszące się nad horyzontem słońce oświetlało Dolinę Drâa: malownicze przełęcze, gęste, pięknie kontrastujące z rudopiaskową ziemią gaje palmowe i miasteczka z domami ulepionymi z gliny lub wypalanych z niej cegieł, a potem gliną tynkowane. Byłam coraz bliżej granicy z Algierią, coraz bliżej Sahary. Wokół więcej piachu, pojawiają się małe wydemki porośnięte kępkami trawy. W M'Hamid kończy się droga. Mieszkańcy wioski świetnie wiedzą, że celem wszystkich przybyszów jest pustynia i że w M'Hamid jeszcze jej nie ma. Prawdziwe wydmy zaczynają się ok. 10 km stąd. Niełatwo tam trafić, więc przyjezdnych próbują zatrzymać dziesiątki mężczyzn natarczywie oferujących usługi przewodników. Postanawiam radzić sobie sama. W końcu droga się kończy, kluczę, próbuję - nie da rady. Nagabuję chłopaka z książkami pod pachą, jest miły, ale nie mówi po francusku. Do samochodu podbiega dwóch innych. Twarze zakrywają końcówkami turbanów, bo wiatr niesie ze sobą wciskający się wszędzie piasek. - Ty wsiadaj - mówię. Chłopak w brązowoburym dżilabie gramoli się na tylne siedzenie. Ma szeroki, miły uśmiech. - Mam na imię Ali - szybko zatrzaskuje drzwi i wskazuje ręką, żeby jechać prosto, a potem skręcić w prawo. Kluczymy, ale w końcu wyjeżdżamy za miasto. Droga jest czysto umowna, pewnie istnieje kierunek, w którym trzeba jechać, i trasa wśród kamieni i piaszczysto-kamienistych wydm, którą on widzi. Jedziemy bardzo wolno, na razie po twardym podłożu. Ali niecierpliwi się, że za wolno. - To może poprowadzisz? Ląduję na siedzeniu obok kierowcy i od tej pory czuję się jak pasażer kolejki w wesołym miasteczku, co jakiś czas boleśnie zderzając się z sufitem. Jedziemy szybko, Ali prowadzi pewnie i wreszcie zaczynam widzieć "drogę". Wjeżdżamy w piach. Mój wypożyczony fiat palio przechodzi chrzest bojowy. - Trenuję codziennie - mówi Ali. - Citroenem 4 mojego wujka, do którego jedziemy. Wjeżdżamy w coraz większe wydmy. Na szczycie jednej z nich zakopujemy się. Wysiadamy, odkopujemy koła i wypychamy samochód do tyłu - akcją steruje Ali. Zakopaliśmy się jeszcze tylko dwa razy! Cała droga przypominała trochę jazdę po lodzie z misternym wprowadzaniem i wyprowadzaniem samochodu z poślizgu. Wreszcie obozowisko - berberyjskie namioty u podnóża wydm o wiele bardziej okazałych niż te, które oglądałam rano - preludium do niekończącego się, niebezpiecznego i zachwycającego morza piasku. Poszłam na wydmy. Wspinałam się na największą i zbiegałam w dół, potem następna, i następna... Z ich szczytów namioty wydawały się małe i odległe. Na horyzoncie góry, po przeciwnej stronie, gdzieś daleko, była prawdziwa Sahara... Niełatwo chodzić po sypkim piasku. Z każdym krokiem wyrywałam stopę z kilkucentymetrowego, błyskawicznie zasypującego się dołka. Piasek miał piękny, żółtopomarańczowy kolor. Wiał wiatr, więc po chwili miałam go pełno w oczach i uszach. Wysypałam piasek z butów i weszłam do namiotu, do którego zaprosił nas wujek Alego (też Ali). Wyglądał zjawiskowo. Wysoki, spowity w niebieską jedwabną tunikę z szerokimi rękawami. Śniada twarz osmagana wiatrem, na głowie misternie zawiązany czarny turban, na każdym palcu masywne srebrne pierścienie wysadzane kamieniami, na szyi kilka imponujących wisiorów. Długo rozmawialiśmy, siedząc w targanym wiatrem namiocie, pijąc zieloną, przeraźliwie słodką the a la menthe. Słuchałam opowieści o organizowanych przez niego festiwalach kultury, oglądałam zdjęcia. Zapraszał na wieczorną imprezę przy ognisku, ale z żalem musiałam odmówić. Gonił mnie czas, coś, czego nie mógł zrozumieć. Na długo zapamiętam niezwykłe chwile spędzone w gościnie u Alego. Był on miejscowym guru - znali go prawie wszyscy w okolicy. Wołali na niego rastafa z powodu długich, kręconych włosów ukrytych pod turbanem. Wokół niego skupiało się kulturalne życie całej okolicy. Organizował też komercyjne wyprawy na wielbł Odpowiedz Link
beduinka Uroki Maroka: u wrót Sahary (2) 17.10.04, 13:51 Na długo zapamiętam niezwykłe chwile spędzone w gościnie u Alego. Był on miejscowym guru - znali go prawie wszyscy w okolicy. Wołali na niego rastafa z powodu długich, kręconych włosów ukrytych pod turbanem. Wokół niego skupiało się kulturalne życie całej okolicy. Organizował też komercyjne wyprawy na wielbłądach. Miałam wielką ochotę przejechać się na grzbiecie tego wspaniałego zwierzęcia, ale postanowiłam odłożyć to na kiedy indziej. Wielbłądy Alego były brzydkie, przeraźliwie chude, porośnięte kępkami liniejącego futra, całe poharatane. Gdy siedzieliśmy w namiocie, na wyprawę wybierała się właśnie para Niemców... Po powrocie do M'Hamid z żalem rozstałam się z moim przewodnikiem i pojechałam z powrotem w kierunku gór z poczuciem, że mam szczęście do poznawania niezwykłych ludzi. źródło: gazeta.pl - turystyka, Anna Janowska 15-10-2004 Odpowiedz Link
beduinka odkryj Fez 17.10.04, 13:53 odkryj Fez Jeśli przymknąć oko na reklamy coca-coli w mikroskopijnych sklepikach, łatwo pogrążyć się w iluzji, że ciągle trwa tu XV wiek - Studiujecie budownictwo i przyjechałyście na staż? - spytał Mohamed. Nie, spędzamy wspaniałe wakacje na workcampie. Rozumiem zakłopotanie Mohameda na nasz widok. Po co dwie kobiety (z Polski!) pchają się do łopat, taczek i gruzu (w Maroku!) w 45-stopniowym upale? Wszyscy traktują nas pobłażliwie - ot, nieszkodliwe wariatki. Nasz pobyt w Fezie to jednak nie tylko budowanie nowego dachu, ale także międzynarodowego porozumienia i dialogu. Taki jest cel workcampów (polskie "obozy pracy" brzmią niefortunnie, przyjęła się więc angielska nazwa), czyli letnich obozów dla wolontariuszy organizowanych przez Service Civil International. Naszym workcampem zainteresowały się tylko cztery dziewczyny - oprócz nas dwie Hiszpanki, które remontują dom w pobliżu. *** Przy remoncie medyny (starego miasta) pracujemy w czwórkę, ale nie jesteśmy w Fezie same. Trwają tu trzy inne workcampy: remont szkoły, praca w fabryce ceramiki, lekcje francuskiego i angielskiego dla dzieci. Wszyscy uczestnicy - ok. 40 osób - mieszkają w szkolnym internacie. Przeważają Europejczycy z Zachodu, jest też Japonka i grupa Marokańczyków, organizatorów obozu. Większość to studenci, wśród gospodarzy jest m.in. szewc, sklepikarz i nauczyciel. Żyjemy jak w komunie. Śpimy w kilkunastoosobowych salach, razem jemy, zmywamy, co wieczór spotykamy się przy aromatycznej sziszy, czyli fajce wodnej, a w weekendy zwiedzamy okoliczne miasteczka. Hitem workcampu jest koncert tradycyjnej muzyki gnawa w szkolnej jadalni z okazji urodzin Słowaczki. Komunikujemy się, jak się da, nie bacząc na gramatykę. Wokół słychać francuski, angielski, arabski, hiszpański, niemiecki. Marokańczycy cierpliwie powtarzają podstawowe zwroty po arabsku, nikt nie chce już mówić hello, tylko salam alejkum, a szukran wypiera merci. Różnice kulturowe dochodzą do głosu głównie w jadalni. Hiszpanie oburzają się za każdym razem ("Co za stres!") na widok zrywających się od stołu Marokańczyków. *** W pracy codziennie towarzyszy nam jeden z organizatorów Adil. Jest naszym tłumaczem i przewodnikiem w plątaninie wąskich uliczek (podobno jest ich 9,4 tys.!), ślepych zaułków, bram i podobnych do siebie budynków. Jednak praca w obrębie feskiej medyny, największej i najbardziej imponującej w Maroku, której najstarsze zabudowania pochodzą sprzed ponad tysiąca lat, to czysta frajda. Jeśli przymknąć oko na reklamy coca-coli w mikroskopijnych sklepikach, łatwo pogrążyć się w iluzji, że ciągle trwa np. XV wiek. Ustępujemy z drogi objuczonym osiołkom, przyglądamy się pracy krawców i szewców w otwartych warsztacikach. Ledwo zauważamy olśniewającą fasadę XIV-wiecznej medresy wciśniętej między inne budynki. Medyna, choć wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, jest biedna i przeludniona, a domostwa popadają w ruinę. Projekt, w którym bierzemy udział, ma na celu jej renowację, w tym wielu zabytkowych domów zamieszkanych przez ubogie rodziny. *** Nasz brak doświadczenia w pracy na budowie wychodzi na jaw już pierwszego dnia. Kiedy po dziesięciu minutach rozcinam sobie palec, w niesienie pomocy angażuje się cały dom. Adil siłą ciągnie mnie do lekarza, płaci za opatrunek i zamartwia się moim stanem. - Nie ochroniłeś Madame - pogłębia jego poczucie winy nasz obozowy kolega Mustafa. Dźwiganiu worów z piachem i machaniu łopatą przyglądają się z sympatią mieszkające w budynku kobiety, które schodzą się, by popatrzeć na naszą pracę. - Work slowly, work slowly - powtarza Adil. Im bliżej południa, tym chętniej przystajemy na tę sugestię. Chowamy się w cień, by kontemplować piękny zielony minaret, wyrastający, jak nam się wydaje, prosto z dachu, na którym pracujemy. Pijemy słodką herbatę z miętą i podziwiamy panoramę Fezu - widok z naszego dachu jest fantastyczny! Przyznaję rację wolontariuszce, której wypowiedź przeczytałam przed wyjazdem: "Po workcampie lista niezwykłych doświadczeń w Twoim życiu znacznie się powiększy". źródło: gazeta.pl - turystyka, Aleksandra Lipczak 16-10-2004 Odpowiedz Link
beduinka Mosiężna taca z Fezu 04.12.04, 10:37 Joanna Woźniczko 27-11-2004 źródło: gazeta.pl Skusił nas napis: zimny prysznic. O, tego nam trzeba w pięćdziesięciostopniowym upale, po nocy spędzonej w dusznym autobusie. Przybyliśmy do Fezu prosto z Sahary W marokańskim hotelu najpierw trzeba wytargować cenę. Wychodzi do nas potężny, brodaty le chef z marsem na czole. - 80 dirhames! - grzmi. Tłumaczę, że pięć osób to już grupa (więc zniżka), że my z biednego kraju Bolanda (więc zniżka), że studenci (zniżka) i tak dalej. Nie pomaga... - Ale ja mam dzisiaj urodziny! Le chef ogląda paszport i kapituluje. Godzi się na nasze 40 i prowadzi do pokoików na piętrze - maleńkich i gorących, za to tuż obok upragnionej łazienki. Po chwili pukanie do drzwi. Chudy garcon w jednej ręce trzyma bukiet wściekle różowych sztucznych róż, w drugiej - paczkę. Odwijam błyszczący papier. W środku jest piękna mosiężna taca - stara, pokryta arabeskami. Prezent od le chef! Zachwycona biegnę do jego kantorka. Składa mi życzenia i powierza opiece Allaha. Z tacą w torbie i kwiatami w ręku wyruszyłam na spacer po średniowiecznej medynie. Miałam je z sobą w medresach, w farbiarni skór i w herbaciarni... Wieczorem - też z prezentami - poszłam z przyjaciółmi na urodzinowe tajine (zapiekanki w glinianych stożkach). Za każdym razem, gdy wracaliśmy do hoteliku, le chef witał się kordialnie, cały w uśmiechach. Zostaliśmy u niego trzy dni. Teraz taca wisi na ścianie w moim pokoju. Lubię na nią spoglądać i przypominać sobie tamte urodziny. Odpowiedz Link
beduinka Wypadek autokaru w Maroku 30.03.05, 01:21 Wypadek autokaru w Maroku IAR, 2005-03-29 20:17:23 W Maroku 7. turystów francuskich zginęło w wypadku autokarowym. Autobus turystyczny zderzył się koło południa z pojazdem terenowym. 30 osób odnioło obrażenia w tym 10 ciężkie. Zdarzenia miało miejsce w górskim regionie Taroudant 650 kilometrów na południowy-zachód od stolicy kraju Rabatu. Odpowiedz Link
gajasirocco Re: MAROKO-bez wiz 09.04.05, 21:35 Dobra wiadomość dla turystów spragnionych marokańskiej egzotyki- w tym roku do Maroka jeżdzimy bez wiz!!! więcej info na www.msz.gov.pl Odpowiedz Link
izzaa Re: MAROKO-bez wiz 09.04.05, 22:36 Super:) Wlasnie zastanawiam sie czy podczas tegorocznego urlopu tam nie bryknąć ;) w polaczeniu byc moze z Portugalią...to na razie marzenia.... przynajmniej jedna dobra wiadomość dzisiejszego dnia:) Odpowiedz Link
gajasirocco Re: MAROKO-bez wiz 09.04.05, 23:26 Cieszę się, że mogłam dostarczyć CI dobrą wiadomość- a więc do zobaczenia w Marrakeszu!!! Odpowiedz Link
beduinka Cesarskie miasta Maroka - foty 11.04.05, 20:26 serwisy.gazeta.pl/turystyka/5,63285,2642799.html Odpowiedz Link
beduinka WęgryChcąZorganizować"Rajd Dakar"dla biedniejszych 02.05.05, 16:08 PAP /2005-04-30 16:31:00 Węgry chcą zorganizować "Rajd Dakar" dla biedniejszych Węgry chcą zorganizować imprezę na wzór słynnego Rajdu Dakar, ale przeznaczoną dla biedniejszych zawodników. 26 grudnia wystartuje Rajd Budapeszt-Bamako, który zakończy się 9 stycznia 2006 roku w stolicy Mali. 15-dniowa impreza będzie mniej wymagająca niż Rajd Dakar. Kierowcy pokonają 7632 kilometry przez Maroko i Mauretanię do Mali. Średnia długość etapu to 502 kilometry. "Rajd jest przeznaczony dla tych, którzy nie mają środków by uczestniczyć w Dakarze i nie mają takiego zaplecza technicznego by startować w zawodach profesjonalnych" - powiedział rzecznik prasowy Rajdu Budapeszt-Bamako Andras Szabo Gal. W przeciwieństwie do Rajdu Dakar zawodnicy, których liczba będzie ograniczona do dwustu, będą mogli korzystać z dowolnego sprzętu, ale w dwuosobowych załogach. Przewidziano rywalizację w dwóch klasach - w "zawodach" i w klasie turystycznej. W tej ostatniej jedynym celem będzie dotarcie do mety w Bamako. Organizatorzy otrzymali już zgłoszenia z Węgier, USA, Anglii, Kanady i Kostaryki. Odpowiedz Link
beduinka Sześć dni biegli przez Saharę 02.05.05, 16:10 PAP /2005-04-18 21:37:00 Sześć dni biegli przez Saharę Generalnym triumfem reprezentantów Maroka zakończył się najtrudniejszy bieg świata, 20. super-maraton pustynny Sahara. Zwyciężył, już po raz ósmy w tej imprezie, Lahcen Ahansal. Trasę długości 245 km, podzieloną na 6 etapów, pokonał w czasie 19:09.04. Drugie miejsce, podobnie jak przed rokiem, zajął brat Ahansala - Mohyamad ze stratą 7.55, a trzecie Lhoucine Akhdar - strata 2:08.40. Jubileuszowy bieg był jednym z najtrudniejszych spośród wszystkich. Jego uczestnicy, a była ich rekordowa liczba - 798 zawodniczek i zawodników, zmagali się z upałem i silnymi burzami piaskowymi. Każdego dnia pokonywali maratoński dystans - około 40 km. Zwycięzca uzyskał przeciętną prędkość 12,83 km/godz. Odpowiedz Link
beduinka Maroko-Portugalia: dialog kulturowy 10.06.05, 15:22 Maroko-Portugalia: dialog kulturowy źródło: arabia.pl; Al-Bawaba, 2005-06-10 Regionalny instytut badań nad migracją na wydziale Sztuki i Nauk Społecznych na Uniwersytecie Ibn Zuhra w Agadirze zorganizował w dniach 10-11 czerwca międzynarodową konferencję "Dialog kulturowy między Marokiem a Portugalią". Przedsięwzięcie zostało zorganizowane przy współpracy z Uniwersytetem Fernando Pessoa i Stowarzyszeniem Camoes w Portugalii. Konferencja odbyła się w ramach serii badań i dyskusji na temat migracji, a zwłaszcza migracji między Marokiem a Portugalią. Podczas konferencji dyskutowano również na temat kulturowego dialogu pomiędzy muzułmanami a chrześcijanami, który rozpoczął się już przed niepodległością Portugalii. Odpowiedz Link
beduinka Śmierć nielegalnych imigrantów 13.06.05, 19:35 Śmierć nielegalnych imigrantów IAR, 2005-06-13 Co najmniej 14 nielegalnych imigrantów utonęło u wybrzeży Maroka w okolicach portowego miasta Tanger. Ich łódź zatonęła w drodze do Hiszpanii. Lokalne władze poinformowały, że ciała 14 osób, w tym sześciorga dzieci, znaleziono na plaży na wschód od Tangeru. Razem z nimi na łodzi mogło się znajdować nawet ponad sto osób. Część z nich zdołała dopłynąć do brzegu. Marokańscy ratownicy poszukują reszty rozbitków. Odpowiedz Link
beduinka Dyplomata USA ratuje Marokańczyków... 15.09.05, 14:16 Dyplomata USA ratuje Marokańczyków i spotyka się z pułkownikiem Kaddafim gazeta.pl; mz 21-08-2005 Amerykańska dyplomacja święci triumfy na Saharze. Senator Richard Lugar przyczynił się do uwolnienia 404 marokańskich jeńców wojennych przez Front Polisario, a libijski przywódca pułkownik Kaddafi, niegdysiejszy wróg Ameryki, zaprasza do siebie Busha Uwolnieni Marokańczycy byli jeńcami wojennymi o najdłuższym na całym świecie stażu. Niektórzy z nich spędzili w prymitywnych obozach na pustyni ponad 20 lat. Są ostatnimi ofiarami konfliktu o byłą hiszpańską kolonię, Saharę Zachodnią. Front Polisario, komunizujący ruch saharyjskich Nomadów, który ich przetrzymywał, od 1973 roku walczy o jej niepodległość, najpierw z Hiszpanią, a potem z Mauretanią i Marokiem. 404 więźniów zapakowano w czwartek do dwóch amerykańskich samolotów wojskowych w algierskim Tindouf, gdzie znajduje się baza Polisario. Operacji na miejscu przyglądał się Amerykanin Richard Lugar, szef senackiej komisji spraw zagranicznych, który negocjował ich uwolnienie. - Mam nadzieję, że Algieria i Maroko wykorzystają ten budujący moment, żeby rozwiązać wreszcie problem Sahary Zachodniej - mówił. Dokładnie 30 lat temu Hiszpanie zgodzili się na referendum w sprawie przyszłości swojej kolonii. Jednak w listopadzie 1975 r. król Maroka Hassan II poprowadził Zielony Marsz, w którym 300 tys. jego poddanych zajęło większość Sahary Zachodniej. Jej południowe krańce przypadły Mauretanii. Hiszpanie opuścili pustynną kolonię bez walki i bez żalu, ale komunizujący Front Polisario proklamował Saharyjską Arabską Republikę Demokratyczną. Szybko wykurzył z kraju Mauretańczyków, ale wojna partyzancka z Marokiem trwała aż 16 lat. Front popierała Algieria, a kibicowały mu kraje bloku radzieckiego. W 1991 r. z pomocą ONZ wynegocjowano rozejm, którego jednym z postanowień było przyszłe referendum w sprawie przyszłości Sahary. Jednak do referendum nigdy nie doszło, a Sahara Zachodnia jest do dziś administrowana przez Marokańczyków. Kilka tysięcy partyzantów Polisario schroniło się w Tindouf, tuż za granicą algierską. Przez lat 90. przetrzymywali tam około dwóch tysięcy marokańskich jeńców, chcąc w ten sposób wymusić obiecane referendum. Stopniowo więźniowie byli jednak zwalniani, a w zeszłym tygodniu wyszli na wolność ostatni. - Jestem bardzo szczęśliwy - opowiadał pilot zestrzelonego marokańskiego myśliwca, którego Front Polisario więził 25 lat, dwa miesiące i 25 dni. - Przez 17 lat nie miałem żadnego kontaktu z rodziną. Potem pozwolili mi pisać do niej dwa listy rocznie, nie dłuższe niż 11 linijek. To był koszmar. Koniec koszmaru więźniów nie przybliża jednak rozwiązania politycznego klinczu. Senator Lugar spotykał się w zeszłym tygodniu z marokańskim królem Mohammedem VI, który ani myśli rezygnować z Sahary, a partyzantom Polisario oferuje tylko "rozległą autonomię". Z Maroka specjalny wysłannik prezydenta Busha poleciał do Trypolisu, który w latach 80. bombardowały samoloty USA. Dziś libijski przywódca pułkownik Muammar Kaddafi jest już niemal przyjacielem Ameryki. W 2003 r. Libia wyrzekła się broni masowego rażenia i przyznała do podłożenia bomby w samolocie PanAmu, który wybuchł nad szkockim Lockerbie w 1988 r. Trypolis zgodził się wypłacić odszkodowania rodzinom 270 ofiar zamachu. Wczoraj pułkownik Kaddafi zaprosił prezydenta Busha i sekretarz obrony Condoleezzę Rice do odwiedzenia swojego kraju. Senator Lugar mówił, że postępy Kaddafiego doprowadzą do skreślenia Libii z amerykańskiej listy krajów popierających terroryzm i zniesienia sankcji gospodarczych. Stwierdził, że oba kraje chcą otworzyć swoje ambasady w Waszyngtonie i Trypolisie. Odpowiedz Link
beduinka Autor wirusa "Zotob" zatrzymany w Rabacie 15.09.05, 14:19 Autor wirusa "Zotob" zatrzymany w Rabacie gazeta.pl, PAP, pi 26-08-2005 W Rabacie aresztowano w czwartek młodego Marokańczyka, domniemanego autora wirusa komputerowego "Zotob", którego ofiarą padły min. telewizje CNN i ABC - poinformowała w piątek marokańska służba bezpieczeństwa Autor wirusa ma 18 lat. Działał prawdopodobnie w porozumieniu z siatką fałszerzy kart bankowych. Aresztowanie przeprowadził mieszany zespół policji sądowej i wywiadu z pomocą amerykańskiego FBI. Amerykanie wytropili, że wirus, który zaatakował także komputery w redakcji dziennika New York Times" oraz na lotnisku w San Francisco, pochodził z witryny w Maroku. 18 sierpnia brytyjski "Financial Times" ostrzegał czytelników przed anomaliami powodowanymi przez wirus "Zotob", który wykorzystuje braki w zabezpieczeniach w systemach operacyjnych Windows 95, 98, ME, NT, 2000 i XP. Odpowiedz Link
beduinka Ile kosztuje król? 19.09.05, 22:54 Ile kosztuje król? Francuskojęzyczny marokański tygodnik "TelQuel" ujawnił w najnowszym numerze, że król Maroka Mohammed zarabia (w przeliczeniu) 50 tysięcy USD miesięcznie, a roczne koszty utrzymania królewskiego dworu wynoszą 227 milionów USD. Publikacja "TelQuel" została odebrana jako kolejna próba poszerzenia granic wolności prasy w tym muzułmańskim kraju. W przeszłości tygodnik poruszał już wiele drażliwych kwestii, takich jak homoseksualizm, narkomania i handel narkotykami. 12-stronicowe dossier na temat królewskich finansów jest wydarzeniem bez precedensu w Maroku, a zapewne i w całym świecie arabskim. "Choć nie ma tu żadnej tajemnicy, sprawa budżetu monarchii napawa Marokańczyków strachem - napisał tygodnik. - Ani media, ani parlamentarzyści nie śmieli dotąd badać tego zbyt uważnie". "TelQuel" zwraca uwagę, że parlament tradycyjnie aprobuje budżet monarchii nie wgłębiając się w szczegóły. Tygodnik odnotował, że zarobki króla są mniejsze niż pobory szefa dużej korporacji w świecie zachodnim. Marokańczycy dowiedzieli się też, że koszty utrzymania dworu królewskiego (1100 osób) wynoszą 2,28 miliarda dirhamów (227 milionów USD) rocznie. Śmiałe jak na Maroko publikacje tygodnika "TelQuel" nie wywołały dotąd reakcji pałacu królewskiego. Król Mohammed, który ma obecnie 41 lat, usiłuje zreformować i zmodernizować Maroko, od kiedy w 1999 r. zasiadł na tronie po śmierci swego ojca, króla Hasana, który władał autokratycznie przez 38 lat. Edytor "TelQuel" Ahmed Benhemsi powiedział Reuterowi: Od 1999 r. w Maroku można mówić, co się tylko chce, pod warunkiem, że nikogo się nie obraża. Ale ludziom jakoś trudno jest oswoić się z tą sytuacją. Zdaniem edytora, wielu marokańskich dziennikarzy nie orientuje się, jak daleko mogą się posunąć i gdzie są nieprzekraczalne granice wolności słowa. (PAP/kr / 04 stycznia 2005 15:57) Odpowiedz Link
tetys Uchodźcy wywiezieni na pustynie 07.10.05, 18:59 Uchodźcy wywiezieni na pustynie IAR 2005-10-07 Organizacja Lekarze Bez Granic zlokalizowała dużą grupę afrykańskich imigrantów w pobliżu granicy algiersko-marokańskiej. Wcześniej pojawiły się doniesienia, że Maroko wywozi nielegalnych imigrantów, którym nie udało się dostać do hiszpańskich enklaw, w pustynny rejon przy granicy z Algierią. Nie mają oni tam jedzenia i wody pitnej. Rzecznik Lekarzy Bez Granic poinformował, że przedstawiciele organizacji udali się na miejsce, by sprawdzić sytuację. Według ich informacji imigranci są wywożeni autobusami kilkaset kilometrów na południe od miasta Oujda i tam zostawiani. Stamtąd na piechotę starają się wrócić na północ Maroka, by ponownie spróbować dostać się na teren Hiszpanii Odpowiedz Link
gajasirocco Re: Uchodźcy wywiezieni na pustynie 07.10.05, 20:47 Przerażające...jaki smutny ten świat! Odpowiedz Link