zaczelo sie od zakochania. od magii, jak zwykle w takich wypadkach

nietypowy to zwiazek, nielatwy, trzeba bylo walczyc o bycie razem, uporac sie
z wlasnym sumieniem, z ludzkimi osadami.teraz od ponad dwoch lat jestem
kochana i kochajaca. zyc nie umierac, ale...
no wlasnie, czemu zawsze musi byc jakies "ale".
Kiedys bylam zbzikowana niesforna dziewczyna dla ktorej wolnosc miala smak
brzoskwin i byla potrzebna jak powietrze. smialam sie wszystkim w nos,
bawilam w "gonienie zajaczka" (jesli wiecie co mam na mysli

) i zawsze
twierdzilam ze moj Mezczyzna musi byc przede wszytskim moim przyjacielem, nie
musze go nawet kochac... gupia maupa
a teraz oddaje ta wolnosc bez chwili zastanowienia, bez namyslu - bo KOCHAM.
I co (gorsza? wiecej? nie wiem..) uzaleznilam sie od bycia razem. od
wspolnego zasypiania i budzenia sie razem z usmiechem... oj, niebezpieczne
gdy jednodniowa nieobecnosc wywoluje drgajace rece, szamoczace sie serce...
Jak to jest Waszym zdaniem? czy uzaleznienie w byciu razem to cos niedobrego,
cos co nigdy nie powinno sie przytrafic bo nalezy zachowac proporcje? czy
nalezy w zwiazku pozostac ciut obojetnym, troche obok? czy tak mowia osoby
ktore naprawde nie kochaja?
wybaczcie chaos mysli.. brak snu, pulsujacy bol glowy.. ale chcialam napisac
ps. dobrze ze jest takie forum.