Dodaj do ulubionych

Bajeczki z jelitkiem w tle

11.06.05, 14:40
Janusz M. nigdy nie był w górach. Od małego dziecka rodzice zabierali go
tylko nad morze. Górskie powietrze jest za ostre - mówili. Teraz miał 50 lat,
pokaźne konto bankowe - postanowił wreszcie poznać piękno górskiego
krajobrazu. Spakował się więc i wsiadł do autobusu, który jechał aż pod same
hale. Gdy wysiadł na miejscu - przed nim rozpostarł się piękny widok.
Ośnieżone pasmo górskie wybijało się wysoko ponad chmury. Przeciągnął się i
wciągnął głęboko w płuca ostre jak brzytwa powietrze, które odcięło mu głowę
Obserwuj wątek
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:40
      Konstanty B. wstał o 7.00 rano. Dokonał starannej toalety, odział się i spożył
      pożywne śniadanie. Zadzwonił do rodziców paląc papierosa, potem wypił kawę i
      przejrzał poranną prasę. Gdy nadszedł czas wyjścia do pracy - ubrał się w
      palto, szalik i rękawiczki, wzuł buty i znikł.


    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:41
      Jego uwagę przykuła staruszka, która stała na przejściu przez szyny tramwajowe,
      bojąc się najwidoczniej przejść. Był uprzejmy, więc podszedł do niej i
      zaproponował pomoc. Zgodziła się z ulgą, komplementując jego zachowanie. Gdy
      byli już na torach, złapała go mocno za ramię i przytrzymała dotąd, aż
      nadjechał tramwaj i rozsmarował go na przestrzeni 200 metrów. Wtedy dopiero
      powoli i niepewnie przeszła na drugą stronę i udała się na roraty.


    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:41
      Dziś na obiad będzie tatuś - powiedziała do dzieci mama - stojąc w dzwiach do
      jadalni. Cała zbryzgana była krwią, na podomce miała strzępy skóry z kłębkami
      włosów, a w ręku szczerbaty nóż. Za nią, w kuchni, widać było na podłodze nogi,
      które wystawały zza lodówki. Część ciała powyżej kolan była niewidoczna - wtedy
      jeszcze nie wiedziały, że jej wogóle nie ma. Nogi wyglądały normalnie - z
      wyjątkiem tego, że u jednej brakowało stopy. Z kikuta wystawały kości
      postrzępione od razów topora, którym ją oddzielono. Krwi ma meblach nie było
      dużo - więcej było jej na babci, która ciągnęła do sypialni korpus. Mama
      cofnęła się do kuchni, wzięła nogi i wróciła do dzieci. "Dam Wam prezent" -
      rzekła - po czym z rozmachem wkroiła się w ciało. Gdy nóż utknął w kości -
      użyła tasaka - i już wnet trzymała w dłoniach oba kolana, które to wręczyła
      pociechom. Trzeba pomóc teraz babci - powiedziała. Gdy weszły do pokoju,
      zastały tam babunię, która przygotowała już stół. Leżał na nim tułów. Oooo -
      dobrze, że jesteście - ucieszyła się - pomożecie przy patroszeniu. Gdy dzieci
      się ociągały - dodała - "nie bójcie się, bo przypominacie Waszego
      ojca". "Strasznie wył, gdy źle trafiłam go siekierą" - dodała z szelmowskim
      uśmieszkiem. Zbliżyła się do ciała i zaczęła wyjmować jelita ze środka.
      Podawała je dzieciom, które musiały biegać z nimi do kuchni i wrzucać do garnka
      z zupą, by zgodnie z twierdzeniem babci nadać jej swoistego, mięsnego wyrazu.
      Cały czas przy tym marudziła, że ojciec przeszkadzał jej się szybko z nim
      sprawić, a jak było po wszystkim - to w dodatku nabrudził na posadzkę. Nie
      zdążyła dodać nic więcej, bo pobliska eksplozja bomby atomowej zdmuchnęła całą
      okolicę.
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:42
      Popołudniowy spacerek z jamniczkiem zakończył się dla 13-to letnij Elwirki dość
      tragicznie. A to dlatego, że jamniczek zapomniał z domu kagańca i smyczy dla
      Elwirki. Tak więc kiedy ukąsiła przechodzącą obok kobietę w kostkę - jamniczek
      musiał dać jej klapsa i wrócić z nią do domu.


    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:42
      Było to dawno, dawno temu w cudownej krainie mlekiem i miodem płynącej. Żyła
      tam sobie spokojnie i sielankowo pewna krówka, której dobrzy ludzie dali na
      imię Wanda. Czasami też wołali na nią Mućka - ale tylko wtedy, kiedy
      dobrowolnie nie chciała zejść z pastwiska. Aż pewnego słonecznego dnia dobry
      gospodarz się wkurwił i odpierdolił jej łeb toporem.
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:42
      Nazywam się Walery Boczek, bo zawsze byłem pulchny i na twarzy różowy. Mam 78
      lat. Mocz oddaję prawie zawsze i regularnie o 7.30 rano. Czasem, co muszę z
      przykrością przyznać - moczę się. Zdarza mi się to niestety także wtedy, gdy
      jestem w ruchu, nieomalże pod drzwiami ubikacji. Lecz pocieszam się faktem, że
      mój najlepszy kolega - Jaś Pyrek - także to robi.
      Jak co dzień rano, nagi, rozpoczynam preparowanie śniadanka. Zagotowuję mleko,
      zapuszczam parę kropelek uryny doń, a zanim ostygnie, staram się zwrócić na
      siebie uwagę sąsiadki i przechodniów wystając w oknie.
      Czatując nań.
      Mleko tymczasem ostygło, więc sporządziłem sobie dwa tosty, które natychmiast
      spożyłem i popiłem sobie zdrowo zimnym już teraz mlekiem. Uradowany
      wypełnieniem żołądka udałem się w kierunku łazienki, aby zaaplikować sobie
      solidną porcję prochów. Jak co dzień.
      Po zażyciu lekarstw poczułem się trochę nieswojo, więc udałem się do ubikacji w
      celu wypróżnienia. Zajęty kontemplacją płynącą z procesu defekacji nie
      dostrzegłem z początku GO. Ale gdy GO ujrzałem, targnęły mną mocne torsje i
      skurcze pośladków. Poczułem, że coś w mojej głowie bezgłośnie pęka. Poczułem
      żądzę destrukcji i eksternimacji. W dziwacznym widzie zacząłem tłuc swoją
      sztuczną szczęką kafelki na ścianie klozetu. A to był dopiero początek. Moimi
      ofiarami stawały się po kolei: najnowszy model umywalki z Carrefoura, lustro ze
      szkła holenderskiego - to w łazience - a gdy wybiegłem do kuchni - talerze i
      kubki. Zaatakowałem lodówkę. Chwyciłem kuchenkę mikrofalową i chciałem cisnąć
      nią o podłogę, gdy kątem oka dostrzegłem spoczywający na blacie stołu nóż do
      pieczywa......
      Ocknąłem się i spostrzegłem, że znajduję się leżąc na zimnej podłodze w pokoju
      jadalnym, wciąż nagi. Obok mnie walały się szczątki mebli, porwane firanki
      zwisały żałośnie, słyszałem także głosy.
      Nagle agresywny dźwięk rozdarł panującą ciszę atakując moje bębenki. Hałas,
      który z początku wydał mi się waleniem młota w gong, przerodził się po dłuższej
      chwili w...... pukanie.
      Pukanie do drzwi.
      W jednej chwili stałem się trzeźwo myślącym człowiekiem, poderwałem się na
      równe nogi, podsunąłem się niczym cień do drzwi i spojrzałem przez wizjer.
      Po drugiej stronie rozpoznałem nikogo innego, jak mojego serdecznego druha,
      wspomnianego już wcześniej Jasia Pyrka.
      Wpuściłem go do środka i powitałem z należnymi honorami. Ruszyliśmy do kuchni,
      gdy głosy pojawiły się ponownie. Teraz były wyzaźne i rozumiałem ich sens.
      Kazały mi dokonywać zniszczeń i pić...pić....pić krew. Dużo krwi.
      Zwieracze lekko popuściły i po chwili poczułem w nogawkach ICH obecność.
      FEKALIA.
      Teraz stawały się wręcz pożądane. Wiedziałem i czułem, że są nieodłączną częścią
      mnie. Gdy ekstramenta sięgnęły posadzki, znalazłem wyjście w tej samej chwili,
      w której dostrzegłem TOPÓR. Chwyciłem go pewnie i zadawałem ciosy - mnóstwo
      ciosów. Bryzgająca, szkarłatna krew oplotła mą twarz.
      Roześmiałem się ekstatycznie, a ma dłoń poczęła błądzić w okolicach mych
      wystrzyżonych genitalii.
      Była ósma. Właściwie trzy po.
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:43
      Nazywam się Stanisław Bazia. Mieszkam na małym osiedlu w małym mieście. Swoje
      gniazdko uwiłem wraz z żoną w bloku wielorodzinnym przy ulicy Działkowej. Moja
      żona miała na imię Patrycja - miała - ponieważ odeszła do krainy wiecznych
      łowów 4 lata temu. Nowotwór złośliwy, przez lekarzy uznany za zwykłą
      niestrawność okazał się śmiertelny. Był to dla mnie straszny cios - niemożność
      oddania stolca przerodziła się w wielodniowe zatwardzenie - żeby nie powiedzieć
      zbrylenie. Nic nie pomagały tabletki, ani hipnoza. Wreszcie za pomocą
      autosugestii udało mi się wydzielić malutkiego bobka. Aby to uczcić, uraczyłem
      się lampką swojskiego, czerwonego wina. I wtedy się zaczęło.
      Czyszczenie, początkowo delikatne, w połowie drogi do łazienki osiągnęło punkt
      krytyczny. Potem nic nie pamiętam. Ocknąłem się parę godzin później, leżąc w
      przedpokoju, a dookoła mnie.......
      Sprzątanie trwało tydzień i wywarło wielki wpływ na moją psychikę.
      Ale tyle o starych czasach.
      Przez całe życie towarzyszył mi przyjaciel - Kazimierz Dzwon. Nie opuścił mnie
      nawet w tamtych trudnych chwilach.
      Dziś jak zwykle po przebudzeniu ruszyłem małymi kroczkami do ustępu. Mocz
      oddałem bez zakłóceń, za to ze stolcem miałem małe kłopoty, ale i tak wszystko
      poszło dobrze. Udało mi się nawet prytnąć.
      Podtarłem się i ruszyłem do kuchni na śniadanie. Po otwarciu lodówki
      zdecydowałem, że nie będę nic jadł - wypiję tylko kubek mleka. Potem wyszedłem
      na balkon i głosiłem przez około półtorej godziny. po powrocie do pokoju
      odziałem się. Włączyłem telewizor, polałem sobie suto mleka i zapadłem w fotel.
      Oglądając program usnąłem.
      Obudziło mnie pukanie do drzwi. Otworzyłem je i zobaczyłem Kazia. Wszedł, zzuł
      buty, po czym udał się do pokoju. Ja w tym czasie byłem w kuchni i parzyłem
      herbatę. Gdy wszedłem do pokoju z dwiema parującymi filiżankami naparu,
      zastałem go siedzącego w fotelu i wertującego gazetę. W Moim Fotelu. Nie dając
      nic po sobie poznać postawiłem herbatę na stole, a sam zająłem miejsce na
      kanapie. Ale nie spuszczałem go z oczu. Drgnąłem, a po chwili oblał mnie zimny
      pot, gdy Kazik niedbałym ruchem wyjął z kieszeni fajkę i jął podpalać tytoń.
      Zamknąłem oczy, ale to nie pomagało. W wyobraźni widziałem, jak z cybucha
      wypada żażące się ziarnko, spada na fotel i wypala w nim dziurkę. Powoli
      rozluźniłem się. Bardzo powoli.
      Kazimierz sięgnął po herbatę i siorbał ją małymi łyczkami. Nagle nie wiem jakim
      cudem zakrztusił się. Parsknął jeszcze ciepłym płynem na podłogę, ale dwie
      kropelki osiadły w Jego poręczy. Błyskawicznie rzuciłem się do spiżarni po
      ścierkę. Gdy zapaliłem światło, mój wzrok momentalnie skierował się w kąt,
      gdzie leżał On. Jego wypolerowana, drewniana rączka lekko połyskiwała lakierem,
      a metalowa końcówka lśniła w świetle żarówki.
      Młot.
      Otrząsnąłem się. Porwałem ścierkę i ruszyłem biegiem do pokoju. Gdy byłem już w
      drzwiach stanąłem jak wryty. Kazik siedział w fotelu, trzymał nogę na nogę, ale
      czubkiem skarpety dotykał obicia.
      Zatrzęsło mną.
      Rzuciłem ścierkę w kąt i wróciłem do spiżarni. Zacisnąłem rękę na Jego trzonku
      i krokiem marszowym powróciłem do pokoju. Uśmiechnąłem się mile do Kazika i
      zadałem pierwszy z mnóstwa ciosów.
      Potem straciłem przytomność.
      Gdy się ocknąłem, wstałem i wyszedłem na balkon, gdzie głosiłem przez pół
      godziny.
      Potem załadowałem resztki Kazia do worka foliowego i rzygnąłem se.
      Ale trafiłem w fotel.
      Momentalnie znalazłem się znów w spiżarni, skąd wyciągnąłem konopny sznur.
      Uplotłem z niego pętlę, przyniosłem z kuchni taboret, wszedłem na niego,
      przywiązałem pętlę do żyrandola, zszedłem, po czym głosiłem na balkonie.
      Gdy się ściemniło, wróciłem do pokoju, dopiłem herbatę, wziąłem FOTEL w
      ramiona, wszedłem na taboret, włożyłem głowę w pętlę po czym tryknąłem nóżkami.
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:43
      Feralnego dnia Krzysztof F. obudził się i stwierdził, że jeszcze śpi. Podszedł
      do siebie i zauważył, że zmarł. Gdy tylko ten fakt zalogował się w jego umyśle -
      przestał oddychać.
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:44
      Gdy z szafy wyszedł Mieczysław W. przebrany za kelnera - wiedziałem już, że mam
      omamy. Stuki i szmery, które od pewnego czasu słyszałem wszędzie - teraz
      przestały mnie niepokoić. Wielka kanapka z serem topionym, która mieszka w
      pokoju gościnnym przestała mnie zdumiewać. I już nigdy nie zdenerwuje mnie
      fakt, że choćbym nie wiem jak się starał, nie zagotuję wrzątku do zaparzenia
      herbaty. Po prostu omamy mam. A przy omamach chce się bardzo pić - pragnienie
      jest tak wielkie, że można opróżnić jezioro płynu. Płyn - gdzie ja go
      zostawiłem. Pamiętam dokładnie jak stawiałem go obok klawiatury. Płyn znajdował
      się w przeźroczystej szklance i stał dokładnie na wprost klawisza F1. A teraz
      znikł. A ja muszę z powodu omamów przyjąć go natychmiast. Gdzie jest kurna mój
      płyn. Powoli bez niego słabnę - chce mi się bardzo spać.......spać.......
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:44
      Norbert W. szed ulicą. Wyszedł z domu wcześnie rano i zdążał do
      pracy. Spojrzał na zegarek nie przerywając marszu i spostrzegł, że
      jest już spóźniony. Nagle wpadł na wspaniały pomysł: cofnę wskazówki -
      pomyślał - i będę w fabryce na czas. Z całej siły przekręcił mechanizm do tyłu
      i w tej samej chwili średniowieczny rycerz obciął mu nogi ciosem halabardy.
      Upadł, a z kikutów ciekła mu obficie krew. W panice złapał za mechanizm i tym
      razem kręcił jak szalony w drugą stronę. Gdy już przestał, Galaktyczny Strażnik
      pozbawił go głowy uderzeniem laserowego miecza.
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:44
      Krysiu - zawołałem, gdy zobaczyłem ciało leżące w przedpokoju. Krysiu -
      powtórzyłem, gdy ujrzałem, że to nie ona. I wtedy Krysia odpowiedziała ciosem
      siekiery, który ugodził mnie w tył głowy. Zanim jednak została ona oddzielona
      od tyłowia, dowiedziałem się za pomocą słuchu, że przesoliła sałatkę.
    • lachien Re: Bajeczki z jelitkiem w tle 11.06.05, 14:45
      Dawno nie jadłem zupy - pomyślał Zbigniew R. w momencie, gdy jego czarny
      Mercedes wpadł w poślizg. Takiej ze śmetanką - dodał w momencie uderzenia w
      staruszkę, która przechadzała się poboczem. Miała na imię Gienia i miała na
      sobie czarną podomkę i siekierę. Bardzo ją zdenerwowało to, że Mercedes
      pobrudził jej ową suknię. Wywlekła więc z samochodu ciało Zbigniewa i nie
      reagując na pytania o pieprz i sól oddzieliła mu głowę od korpusu dwoma silnymi
      uderzeniami.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka