sloggi
22.08.05, 00:44
W Łodzi czy na Śląsku istnieją całe poprzemysłowe fragmenty miasta, które
straciły swoją produkcyjną funkcję. Zamiast je burzyć, można je rewitalizować
i robić w nich centra kulturalne
Po czasach planów sześcioletnich i marzeń o świetlanej przyszłości przemysłu
ciężkiego pozostało wielkie dziedzictwo - ogromne tereny fabryk, stoczni, hut,
kopalń. Opuszczone, niszczejące, często za duże by po prostu zrównać je z
ziemią. W wielu wypadkach, np. w Łodzi czy na Śląsku, problem dotyczy nie
pojedynczych obiektów architektonicznych - to całe poprzemysłowe fragmenty
miasta, które straciły swoją produkcyjną funkcję.
Wiadomo, że trzeba je na nowo zagospodarować, często jednak albo brakuje
pomysłu, albo wiary, że warto.
Portowe drapacze chmur
Projektami rewitalizacyjnymi terenów poprzemysłowych jako pierwsza zajęła się
Wielka Brytania.
Ogromny teren doków we wschodnim Londynie, port i stocznie, od połowy lat 60.
zaczęły być likwidowane. W 1981 r. rząd Margaret Thatcher powołał do życia
London Docklands Development Corporation, w celu przekształcenia terenu o
powierzchni 21 km kwadratowych według nowych potrzeb. W kilkanaście lat
powstała de facto nowa część miasta, z nowoczesnym centrum biznesowo-
handlowym (Canary Wharf) otoczonym przez luksusowe dzielnice mieszkaniowe.
Nową komunikację dostosowano do istniejącej siatki kanałów (mieszkańcy
apartamentowców mogą "parkować" jachty pod oknami); zachowane zabytkowe
budynki wkomponowano w otoczenie, dźwigi i podnośniki na nabrzeżach
odrestaurowano, są teraz swoistymi dziełami sztuki, przypominającymi dawne
funkcje okolicy.
serwisy.gazeta.pl/kultura/1,34169,2874735.html