kriss67
18.08.06, 14:33
Nielegalne schronisko dla psów odkryli na swoim terenie pracownicy gminy w
Prochowicach. Prawie setka zwierząt żyła tam w tragicznych warunkach. Ich
właściciele tydzień temu zginęli w wypadku samochodowym
Schronisko mieści się w zrujnowanych zabudowaniach po dawnej jajczarni w
Lisowicach, niedaleko Prochowic. Gospodarstwo leży pod lasem, z dala od
zabudowań. Nie ma tam prądu, kanalizacji ani bieżącej wody. Dach jednej z hal
produkcyjnych się zawalił, dachówki i część cegieł z pozostałych rozkradziono.
W kwietniu budynki kupiła Ewa B. i jej przyjaciel Andrzej P., założyciele
fundacji "Integrum". Z naszych informacji wynika, że zajmowali się
wyłapywaniem bezdomnych psów. Co najmniej kilkanaście gmin z terenów
województwa dolnośląskiego, lubuskiego i wielkopolskiego podpisało z nimi
umowę. Za każde zwierzę dostawali od 150 do 200 zł. Wszystkie trafiały do
jednej z hal gospodarstwa w Lisowicach. Łącznie w makabrycznych warunkach
znalazło się tam prawie sto zwierząt.
- Nie mieliśmy o tym pojęcia - mówi Halina Kołodziejska, burmistrz
Prochowic. - Wiedzieliśmy, że ci ludzie mają jakieś psy, ale nikt nie
wiedział, że aż tyle. Nie starali się o otworzenie schroniska.
W ubiegłą niedzielę właściciele i ich ośmioletni syn zginęli pod Krotoszynem
w wypadku samochodowym - ich samochód zderzył się czołowo z cysterną
przewożącą mleko.
Halina Kołodziejska: - Na drugi dzień pracownik gminy pojechał, żeby zobaczyć
to gospodarstwo. I dopiero wtedy przeżyliśmy szok.
W zamkniętej hali bez okien uwięziona była prawie setka psów.
Jerzy Wacker, kierownik referatu gospodarki komunalnej i mieszkaniowej urzędu
w Prochowicach: - Psy razem z sukami i nawet kilkudniowe szczenięta.
Większość bardzo agresywna, bo w stadzie czują się pewniej. Część zwierząt
przypięta była łańcuchami. W pomieszczeniu panował straszliwy smród, bo
wszystkie siedziały na grubej warstwie odchodów.
Wśród psów są min cztery rodowodowe cane corso (wpisane na listę
najgroźniejszych ras), owczarki niemieckie i kaukaskie, dobermany,
rottweilery i mnóstwo kundli.
Gmina powiadomiła o nielegalnym azylu służby weterynaryjne.
Jadwiga Haraszkiewicz, powiatowy lekarz weterynarii: - To, co zobaczyliśmy na
miejscu, to był horror. Większość zwierząt jest chora, niektóre powinno się
uśpić. Nie wiem, jak nazwać to miejsce, bo to umieralnia, a nie schronisko.
Żeby utworzyć schronisko, trzeba spełniać odpowiednie warunki, dostać zgodę
naszą i gminy. Zwierzęta mają opiekę lekarską, nadzór, są rejestrowane. A tu?
Nie wiemy nawet, ile tam było i ile zdechło, bo nie znaleźliśmy jeszcze
żadnych dokumentów.
Andrzej P. był kiedyś w zarządzie Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Pamięta
go Zofia Białoszewska z wrocławskiego TOZ. - Niezręcznie o tym mówić, bo ten
człowiek już nie żyje. Ale wyleciał stamtąd właśnie za niejasne działania,
jakie prowadził wobec zwierząt. Nie miałam pojęcia, że nadal był hyclem i to
na wielką skalę.
Ewa Gebert z fundacji OTOZ "Animals": - To przerażające, ale gminy nie
interesują się losem bezdomnych zwierząt, które trafiają w ręce rakarzy.
Płacą i niech się dzieje co chce. Kilka miesięcy temu podobną sytuację
mieliśmy w Nasielsku. Sprawa jest w prokuraturze.
Zdaniem Zofii Białoszewskiej to władze Prochowic ponoszą odpowiedzialność za
psi azyl, do powstania którego dopuścili na swoim terenie. Pani burmistrz
poprosiła już o pomoc m.in. Animals.
Ewa Gebert: - Możemy pomóc logistycznie, ale finansowo musi to udźwignąć
gmina.
Teraz codziennie psy karmią dwaj pracownicy. Zrobiono też prowizoryczny
wybieg i psy po raz pierwszy od kwietnia wyszły na dwór.
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,3556542.html