skiela1
29.11.06, 14:23
Czy firmowe wyjazdy i imprezy integracyjne to rzeczywiście frajda? Czy
pracownicy chcą jeździć w odludne miejsca do zapomnianych pensjonatów i pić
tam na umór w towarzystwie swoim i prezesa? Czy imprezy integracyjne muszą
integrować tylko pracowników, a nie ich rodziny?
- Wiem, że mój mąż mnie nie zdradzi, ale za każdym razem kiedy wyjeżdża na
szkolenie lub po to, by integrować się z innymi pracownikami, czuję się tak,
jakby jechał na wojnę - mówi pani Basia, której mąż jest kierownikiem działu w
dużej korporacji.
- Pękałem ze śmiechu na tych zjazdach - mówi Maciek, który kierował przez dwa
lata dużym zespołem ludzi. - Budowałem lojalność zespołu na całkowicie
nieskodyfikowanych, powiedziałbym intuicyjnych przesłankach. Wszystko grało.
Ludzie pracowali, każdy miał czas na wszystko. Pojechałem potem na szkolenie
na Mazury do jakiegoś lasu, upiekli nam dzika na ognisku, a potem jakiś bałwan
opowiadał o misji i lojalności. Nawet była taka karteczka na drzwiach: sala
lojalności. Okazało się, że moje doświadczenie i - bądź co bądź - sukcesy to
mydło, nie nadaję się na kierownika. Muszę robić tak, jak mi kazał ten palant:
zebrania, sprawozdania itp. Myślałem, że gdy stamtąd wyjedziemy, to wszystko
wróci do normy. Gdzie tam! W firmie zrobiło się jak w powieści o wojaku
Szwejku. Co drugi pracownik był takim Szwejkiem, który udawał idiotę, żeby
przetrwać. Ja chwilę poudawałem i poszedłem na swoje. Nie żałuję.
wiadomosci.o2.pl/?s=513&t=7873