Człowiek ma kilka naturalnych potrzeb. Tak? - Oczywiście, że tak.
Jedzenie? - TAK
Picie? - TAK Sen? - TAK
Seks? - TAK
Bezpieczeństwo? - TAK
Schronienie? - TAK
Uznanie? - TAK
Szacunek? - TAK
Kontakt społeczny? - TAK
Więc co się tak wszyscy przyczepili do tego nieszczęsnego seksu? Na
business-lunch z kontrahentką mogę pójść? Pewnie. I mogę z nią
pogadać i wypić.... a dlaczego nie mogę się z nią pokochać, skoro
oboje byśmy chcieli i pewnie by nam to dobrze zrobiło? Ile radości
człowiek czerpie z seksu, w dodatku udanego? Mnóstwo, a ile energii,
chęci do działania, zalewa go powódź endorfin, ogarnia go stan
błogości, relaksu, człowiek młodnieje.... STOP - NIE WOLNO! A
dlaczego nie? Bo co? Bo mamy żonę, męża - a niech sobie też pozwolą
na udany seks. Bo obyczaje - a ilu przykładnych obywateli onanizuje
się przy filmach porno? Bo choroby? Trzeba uważać, tak jak się nie
idzie jeść do brudnej knajpy, w której biegają karaluchy. Bo
przykazania? A ktoś się ich trzyma i jest szczęśliwy? Seks jest
normalny, naturalny. Maslow umieścił seks na pierwszym poziomie
potrzeb człowieka i słusznie. Tak po prostu jest. Pewnie gdyby nie
był taki zakazany, zdemonizowany, wszyscy bylibyśmy szczęśliwsi i
nie szkodziłby ani rodzinie ani bliskim, tak jak nie
szkodzi „jedzenie na mieście”. Korzystalibyśmy bezpośrednio i
pośrednio. Bezpośrednio - wiadomo, czysta radość i spełnienie. A jak
pośrednio? Pamiętacie niewyżyte stare panny jako nauczycielki w
Waszych szkołach? Ja pamiętam. Niespełnione ekspedientki w sklepach,
rozdrażnionych samotnych kopaczy rowów w lecie narażonych na
niezapomniane widoki... Na niektórych znajomych blogach, (pisanych
przez kobiety!) funkcjonuje ostrzeżenie, żeby nie wchodziły te
cierpiące na syndrom Niedopchnięcia. Bo jakie są? Wredne,
czepialskie, złośliwe... a wystarczyłby jeden orgazm (na początek),
prawda?
Co jest złego w seksie?
No?
Cisza?
I dobrze, bo w seksie nie ma niczego złego i tyle.
W takim razie bądźcie szczęśliwe i szczęśliwi!