Gość: Mama
IP: *.dynamic.chello.pl
30.11.12, 12:25
Moje dziecię chodzi do gimnazjum, do I klasy. Klasa 32 osoby.
Tygodniowy plan lekcji jest taki: 1 fizyka, 1 geografia, 1 chemia, 1 biologia.
Na lekcji nauczyciel musi: sprawdzić listę, odpytać z ostatniego tematu lub zrobić kartkówkę i w końcu pozostaje te parę minut na poprowadzenie tematu. Mniej błyskotliwe jednostki wracają z pustką w głowie, a w domu: "Mamo ratuj!".
Ja, jako zapracowany rodzic, wysłałam swoje dziecię na dodatkowy angielski + klasyczne "korki" z jednego ścisłego przedmiotu. Na szczęście dziecię, w domu ma wsparcie w pozostałych ścisłych przedmiotach.
Pytałam rodziców z klasy córki czy też opłacają dodatkowe lekcje i okazuje się, że to jest norma. Nauczyciel od "korków" córki mówi, że w tym roku taki urodzaj , że codziennie minimum 4 lekcje udziela.
Jak uważacie, czy dzieciaki przychodzą do gimnazjum co raz gorzej przygotowane? Czy te programy są co raz gorsze? Czy to jest jakiś trend, żeby nauczanie przenieść po za szkołę, a w szkole tylko odpytywać i testować?