Gość: pani M.
IP: *.dynamic.chello.pl
19.06.12, 17:35
Aktualnie we wsi jest taka historia: było sobie małżeństwo Kowalskich. Kowalski zbudował piękny dom ale nie mógł mieć dzieci. Po latach okazało się że Kowalska pracując 80 km od miejsca zamieszkania narabiała z mężczyznami co niemiara. Stał się cud i Kowalski został "tatą". Niedawno do wsi zawitała cywilizacja (fb, internety itp) i Kowalskiej niecne życie wyszło na jaw.
Nastąpił rozwód. Kowalska otrzymała połowę majątku (wspólny dom).
Mojemu facetowi ta historia mrozi krew w żyłach.
Mój partner ma mieć przepisane po rodzicach kawałek ziemi pod uprawę. Są to mali gospodarze.
Zastrzegł mi już parokrotnie że będę musiała podpisać intercyzę ponieważ po rozwodzie moglabym dostać połowę a on tego sobie nie wyobraża.
Chory?! czy co? ja zaniemówiłam.
Nigdy w życiu nie dałam mu nawet cienia powodu do zmartwień. Nigdy nie musiał się obawiać że mogłabym go zdradzić.
Mnie ta jego ziemia na ciul. On się obawia że ja mogę sprzedać jego rodzinny majątek. Śmiać mi się chce, co to ma być za majątek! gdyby miał jacht, 2 domy...
zresztą o czym mówimy!?
co to za zaufanie...? żadne!!! żebym choć dawała powody. A ja mądra, grzeczna, ułożona...
a poza tym Pan się jeszcze nie zdążył oświadczyć.
Może piszę trochę prześmiewczo... ale ja nie wiem śmiać się czy płakać...
po co brać ślub skoro on już mówi o rozwodzie...