Dodaj do ulubionych

Gustaw Holoubek o Slazakach

18.03.02, 13:37
Katowice? To nie był przypadek

Piątek, 15 marca 2002r.

Rozmowa z GUSTAWEM HOLOUBKIEM, aktorem, a w latach 1954-1956 dyrektorem
artystycznym Teatru Śląskiego im. St. Wyspiańskiego



- Zacznijmy od końca. Po wyjeździe z Katowic zagrał pan główną rolę w filmie
Wojciecha Hasa ,Pętla" według prozy Marka Hłaski. To, zdaje się, był moment
przełomowy w pańskim życiu?

- Siedziałem wtedy w Zakopanem, w sanatorium, a potem w tym mieście nawet
zamieszkałem, by nabrać kondycji. To była moja pierwsza praca po dwóch latach
nieuprawiania zawodu. Wcześniej w Katowicach podałem się do dymisji. Chorowałem.

- A kiedy przyjechał pan do Katowic?

- W roku 1949, kiedy dyrekcję Teatru Śląskiego obejmował Władysław Woźnik, mój
pedagog z krakowskiej Szkoły Teatralnej. Po wojnie na Śląsku zjawił się zespół
teatru lwowskiego z dyrektorem Bronisławem Dąbrowskim. Po jego odejściu do
Krakowa wraz z nim wyjechało paru aktorów. Inni jednak zostali, nie ruszali się
z Katowic. Trafiłem więc w dobre środowisko. Wcześniej, już po szkole, przez
dwa lata pracowałem w Krakowie. Było mi tam dobrze, a jednak ruszyłem za
Woźnikiem do Katowic. On wprawdzie próbował mnie odwieść od tego pomysłu, ale
ja się uparłem. Woźnik był pedagogiem znakomitym, nie wyobrażałem sobie życia w
teatrze bez niego. I to był jedyny powód, dla którego tu przyjechałem.
Oczywiście drugim powodem stała się moja pierwsza żona, wcześniej koleżanka ze
szkoły krakowskiej. Pobraliśmy się w tym czasie i zamieszkaliśmy w Katowicach.

- Gdzie pan mieszkał?

- Najpierw przez bodaj cztery lata w Ligocie, potem przeniosłem się do centrum
Katowic. Na początku wydawało mi się, że tu nie wytrzymam. W tym kurzu, mgle,
wśród szarości domów, w tej plątaninie szyn kolejowych i tramwajowych. Gubiłem
się. W miarę upływu czasu zaczynałem utwierdzać się w przekonaniu o słuszności
mojej decyzji. Teatr był żywy, prowadzony świetnie, choć trzeba było harować od
rana do nocy. Teatr miał charakter objazdowy, więc trzeba było ,obsłużyć"
kilkanaście, czasem kilkadziesiąt miejscowości, od Częstochowy począwszy na
Bielsku kończąc.

- A jednak wspomina pan ten okres z sentymentem.

- Bo wspaniała była ówczesna publiczność. Po prostu ludzie. Przekonałem się, że
Ślązacy są nadzwyczajni. Mówię: Ślązacy, bo wtedy jeszcze Ślązacy w Katowicach
i na Śląsku byli. Jak wiadomo, potem zaczął się exodus. Ci ludzie wyjeżdżali z
Polski, osiadali w Niemczech. Powoli, powoli pojawiali się nowi mieszkańcy, ale
charakter Śląska nie zmienił się. Zbyt wielkie są tradycje tej dzielnicy, by
można ją było w tak krótkim czasie przeobrazić, mimo że ówczesny ustrój do tego
zmierzał. Do dzisiaj wydaje mi się, że Śląsk jest głównie zamieszkany przez
Ślązaków, choć wiem, że już tak nie jest. Ci ludzie nauczyli mnie kultu pracy,
wiary w dobrodziejstwo pracy. Mierzyli moralność innych ludzi z punktu widzenia
ich stosunku do pracy. To umiejętności człowieka były w najwyższej cenie.

Spróbujmy zrozumieć to moje zaskoczenie. To był już czas, gdy w innych
dzielnicach kraju ów przysłowiowy hydraulik, kiedy zjawił się w czyimś
prywatnym mieszkaniu, najpierw obwieszczał katastrofę: ,Tego się nie da
naprawić!" No chyba że włoży się ogrom pracy i pieniędzy. Potem ów hydraulik,
przykręcając jedną śrubę, bawił w takim mieszkaniu mniej więcej przez tydzień,
okradając biednych właścicieli mieszkania z pieniędzy. Na Śląsku nic podobnego
nigdy nie miało miejsca. Jeśli hydraulik zjawił się w domu i stwierdził, że
praca jest znikoma, to prawie nie brał pieniędzy, a jeśli już, to tylko tyle,
by pokryć tzw. koszta.

Opowiem inną prawdziwą historię. Mój teść, ojciec mojej pierwszej żony, był
przedwojennym komunistą, po wojnie wstąpił do partii, pełnił funkcję prorektora
Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach. Zdarzyło się, że zmarła jego żona, a
moja teściowa. Teść pochował ją w zgodzie ze swoimi przekonaniami, czyli w
obrządku świeckim. Następnego dnia do pana profesora przyszło dwóch na czarno
ubranych sąsiadów. Zapytali go, czy mogą go zaprosić na drugi, tym razem
katolicki pogrzeb. Teść, który był człowiekiem szlachetnym i poczciwym, zgodził
się. I wszyscy byliśmy na tym drugim pogrzebie. Czy wyobraża pan sobie, by
mogło się to wówczas zdarzyć w innej dzielnicy kraju?

- Niekiedy Ślązacy szczycą się swą tolerancją.

- I słusznie, bo gdzie indziej mojego teścia ukamienowaliby za to, że pochował
żonę w obrządku świeckim. Tutaj nadal był szanowany. Ci ludzie, ci śląscy
sąsiedzi, wyrażając szacunek wobec jego poglądów, przekonali go, by uszanował
także ich poglądy i obyczaje.

Taki właśnie był Śląsk. Śląsk, w którym panowała hierarchia rodzinna. Od norm
obyczajowych nikt nie odstępował. Matka była głową rodziny, bo dawała jeść, a
ojcu należał się szacunek, bo przynosił do domu pieniądze. Hierarchia
obowiązywała także przy stole. Wyznaczała, kto pierwszy, ile i co dostanie jeść
w zależności od tego, kim jest, co robi, ile ma lat itp., itd. Dzieci były
zależne od rodziców, żadnych ważniejszych decyzji nie podejmowały bez rozmowy z
nimi i bez ich zgody. Ale przecież swych rodziców bardzo kochały, a może lepiej
byłoby powiedzieć - szanowały, skoro słowo ,kochać" nieraz brzmi sztucznie i
fałszywie. Tym pięknym życiem rządziły niepisane obrządki.

- To musiał być ważny okres dla pana jako młodego aktora, który niebawem z
powodzeniem zaczął też reżyserować, w przyteatralnym Studium Dramatycznym uczyć
innych zawodu, by w końcu zostać artystycznym szefem katowickiej sceny. To
serie ważnych ról, z Fantazym na czele. To współpraca z wybitnymi artystami z
różnych dziedzin sztuki, by przywołać tylko nazwisko Tadeusza Kantora...

- Tak, zaprosiłem go do Katowic. Zrobił tu ,Czarującą szewcową" Garcii Lorki...

- ... która przeszła do legendy śląskiej sceny. Jakże wielu wspaniałych
artystów otarło się wtedy o Teatr Śląski. To wtedy jako kompozytor teatralny
debiutował Wojciech Kilar.

- I wielu innych. Środowiska muzyczne Katowic i Śląska były bardzo mocne.
Pamiętam Grzegorza Fitelberga i młodych wówczas dyrygentów, takich jak Jan
Krenz czy Stanisław Skrowaczewski. Był Szabelski, potem Górecki... Opera Śląska
dwa razy w tygodniu występowała w Katowicach. Widziałem w tamtych latach jej
wszystkie znakomite premiery z naszymi czołowymi solistami: Paprockim,
Hiolskim, Stokowacką, Ciepielówną. To były wspaniałe, tętniące życiem
artystycznym czasy.

- Ale istniała też druga strona medalu. Był przymus grania produkcyjniaków,
choć w Teatrze Śląskim nie one dominowały.

- No właśnie, nie dominowały. Socrealizm obowiązywał we wszystkich polskich
teatrach. Katowice trochę tego uniknęły. Mnie jako kierownika artystycznego,
nawet przestano do tego namawiać. Komitet wojewódzki partii z Józefem
Olszewskim jako pierwszym sekretarzem dawał nam cenzuralną ulgę. Mieliśmy
poczucie pewnej repertuarowej swobody. To krytycy bardziej podlizywali się
komitetowi...

- A jednak nie udało się panu wprowadzić wtedy na scenę takich zakazanych
wówczas pozycji jak ,Kordian", ,Wesele" czy przede wszystkim ,Dziady".

- Nie, choć o tym myśleliśmy. ,Dziady" właśnie mieliśmy wprowadzić w próby, gdy
okazało się, że muszę stąd odpłynąć. Przez rok codziennie miałem stan
podgorączkowy, dochodzący do 38 stopni. Dłużej się nie dało...

- Przypomnijmy choćby tylko paru ludzi, z którymi pan wówczas pracował.
Zacznijmy od pańskich uczniów...

- Bernard Krawczyk, Stanisław Brudny, Henryk Maruszczyk, Jan Klemens, Wincenty
Grabarczyk i paru innych. To byli świetni chłopcy. Większość z nich zasiliła
potem śląskie i nie tylko śląskie sceny.

- Byli też ci starsi, a wśród nich wielkie oryginały...

- Tak, scenograf i plastyk Wiesław Lange, szalenie zabawny, towarzysko
atrakcyjny, artystycznie zapładniający innych.

- Był Józef Para, późniejszy dyrektor tej sceny.
Obserwuj wątek
    • zygmunt43 Re: Gustaw Holoubek o Slazakach 18.03.02, 13:39
      cd:

      - To wówczas czołowy aktor tego teatru. Był też wielki protagonista Bolesław
      Smela. Ze starszych aktorów wypada pamiętać o Romanie Hierowskim, o legendarnym
      Bolesławie Mierzejewskim, który przed wojną był ,królem operetki warszawskiej"
      czy Filipie Kuligowskim - ,królu operetki lwowskiej".

      - A z pań?

      - Długo by wymieniać. W tamtych latach pojawiła się piękna dziewczyna,
      wschodząca gwiazda polskiego teatru, Jolanta Hanisz, która grała - by tak
      powiedzieć -,wszystkie Amelie".

      - Zaś pan wynalazł dla teatru mało wtedy jeszcze znanego literata i
      dziennikarza radiowego, czyli Andrzeja Szczypiorskiego.

      - Tak, był moim kierownikiem literackim.

      - O obliczu teatru decydowały także te postaci, które na scenie się nie
      pojawiały. Na przykład był taki fryzjer z wiedeńsko-lwowską biografią...

      - Och, trzeba powiedzieć: charakteryzator, mistrz. Tomasz Rzeszutko, mąż
      świetnej aktorki Stefanii Michnowskiej. Cóż to była za postać! Za kołnierz nie
      wylewał i trzeba było uważać, bo miał wtedy swoje sympatie i antypatie. Klej do
      peruk nazywa się mastyks. To taki kleisty płyn, którym smaruje się skronie,
      ewentualnie czoło. Rzeszutko, gdy się wściekł, potrafił wlać całą butelkę na
      głowę. Po spektaklu ofiara zdejmowała perukę wraz ze swoimi włosami...

      Rozmawiał:

      KRZYSZTOF KARWAT - Dziennik Zachodni

    • loggy1 Re: Gustaw Holoubek o Slazakach 05.04.02, 13:29
      wpis apolityczny

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka