kadrowa
27.05.06, 00:49
W tym roku to już drugi atak. Polega to na tym że budzę się w środku nocy z
potwornym bólem głowy. Nie mam siły wstać z łóżka a właściwie boję się wstać.
Odwracam poduchę i wkładam w nią głowę, zimny okład pozwala mi zasnąć na
chwilę - kilka powtórzeń. I tak do 5.30 bo muszę wstać do pracy. Wstaję i idę
do łazienki (każdy krok - wstrząs - to ból nie do zniesienia) wymiotuję.
Pomijając inne czynności wykonane w tempie żółwia, mogę zjeść kanapkę. Widok
jakichkolwiek pastylek powoduje u mnie odruch wymiotny (kiedyś spróbowałam i
zwróciłam). Jadę samochodem do pracy z prędkością 60km/km (pasażer), bo
szybciej to większe wstrząsy. Po ok. 5 godz. "głowy w imadle" gdzie każdy
dźwięk i wstrząs powoduje u mnie ból nie do zniesienia mogę zjeść tabletkę
przeciwbólową (np. pół cefalginu). Po południu jeszcze mnie "ćmi", ale wracam
do formy po 6 godzinnym śnie. Stąd ta godzina rozpoczęcia wątku. Dzień
wcześniej jak idę spać nie mam żadnych podejrzeń że mnie to dopadnie, ale ból
jest tak ogromny że myślę że najlepiej by było gdyby mi ktoś urwał głowę i
wyrzucił. Czy ktoś wie co może ostrzegać o ataku i czy to aby napewno
migrena, czy lepiej iść się zbadać. Oczywiście szef i koledzy /żanki w pracy
(ci co nigdy niczego podobnego nie doznali) twierdzą że symuluję i to
niemożliwe żeby tak mogła boleć kogoś głowa, a ja prawie płacze jak dzwoni
tel.