smutna_kochanka
29.08.09, 16:07
Miałam atak migreny na wakacjach. Potwornie się czułam, nie muszę Wam tego
opisywać, wiecie, co to znaczy. Nie mogłam chodzić, kręciło mi się w
głowie,ból koszmarny, noc bezsenna, itepe. Mąż mnie zawiózł na pogotowie, a
tam dwóch panów kazało mi wziąć apap i magnez... Powiedzieli, że oni nie są od
leczenia i że nie umieram, więc mam sobie iść....Generalnie "od bólu głowy się
nie umiera" pan się jeszcze radośnie zaśmiał, że jego to głowa nigdy nie boli.
Spytał, ile razy dziś straciłam przytomność, mąż na to, że JESZCZE ani razu,
ale jestem blisko, a on znów w śmiech... że może poczekają aż padnę i tyle...
Na szczęście w przychodni był akurat lekarz, wybłagałam, żeby mnie
zarejestrowano, musiałam czekać w kolejce i mi wypisał tramal, który trochę mi
pomógł, ale na krótko...
Wiem, że od migreny się nie umiera! Ale ja ich prosiłam o jeden głupi zastrzyk
(żadne leki na mnie nie działają tak dobrze, jak zastrzyki albo kroplówki nie
wiem, dlaczego, ale tak jest). Nie chciałam, żeby mnie badali, leczyli, tylko
dali jeden zastrzyk.... Ale mnie zlali, wyśmiali i potraktowali bardzo
niesympatycznie.
Nie wiem, czy ja przesadzam? Wcześniej kilka razy lądowałam na pogotowiu i
NIGDY nie zdarzyło mi się coś takiego. Nieraz leżałam pół dnia pod kroplówką,
po której miałam migrenę z głowy na kilka ładnych dni. A teraz dowiedziałam
się, że migrena to nic takiego i w ogóle jestem przewrażliwioną paniusią.
Tak się chciałam podzielić z Wami tą historią. może przesadzam? A może nie...
Pozdrawiam ciepło