tytusek1983
01.02.06, 20:22
Moja historia jest zupełnie banalna. Nic nadzwyczajengo. A jednak ja nie
wierzę, ze z nami też się tak stało.
Jesteśmy ze soba rok i 4 miesiące. Od roku mieszkamy razem, na Wielkanoc ślub.
Wszystko było piękne, byliśmy w sobie bardzo zakochani. Przez piewsze miesiące
wspolnego mieszkania, było jak w bajce-wszystko wydawało się magiczne, żadnych
problemów, sex kilka razy na dobę, żal , gdy trzeba było iść na wykłady. Ale
kiedyś trzeba było zacząć dorosłe życie. Uważam, się za osobę przedsiębiorczą,
nie czekałam na pracę za 800 zł, załozyłam firmę. Za miesiąc rusza druga moja
firma. Finansowo jest bardzo dobrze. On nie pracuje. Ma zawód artystyczny, nie
może znaleźć ciekawej oferty, a finansowo możemy pozwolić sobie na to, żeby On
nie pracował. Ja nagle wzięłam na siebie ogromną odpowiedzialność-utrzymanie
rodziny. Stres zrobił swoje, On zajął się swoimi sprawami. Kochamy się, ale
żyjemy obok siebie, chociaż nawet nie jesteśmy jeszcze małżeństwem. To chyba
pierwszy kryzys. On mówi, ze stałam się "drętwa". Fakt, nie mam w sobie tyle
luzu co kiedyś, poważniej myślę o życiu, On jeszcze nie. Praktycznie nigdzie
nie wychodzimy-mam na myśli wspólne "wypady" . On nawet nie dostrzega
problemu. Myśli, ze są tylko sprzeczki, ale uważa, ze zawsze będziemy razem,
że wszystko będzie dobrze bo się kochamy. Mam 22 lata, a czasami czuję, że
moje życie juz się skończyło. W takim sensie, że teraz juz będzie tylko takie
prawdziwe dorosłe życie, zarabianie, zero romantyzmu. Z drugiej strony wiem,
że można o ten związek zawalczyć, na nowo rozpalic ogień i poczuc się jak w
magicznym świecie, po prostu znowu odnaleźć szczęście. Ale nie wiem jak...