Mój przekroczyłam, kiedy dosięgła mnie choroba.
Kiedyś chorowałam poważnie, ale to była choroba fizyczna. Bałam się, że moje piękne życie zbyt szybko się skończy.
Nie skończyło się.
Wystarczyła pozytywna diagnoza i wszystko poszło w niepamięć. Znowu wciągnęło mnie życie i jedyne co się zmieniło to, że stałam się empatyczna dla osób słabych. Totalnie empatyczna i coś z tym konkretnie robiąca.
Moim Rubikonem stała się choroba duszy, jak ją się ładnie nazywa. A tak naprawdę jest to niedomagająca głowa. I jest to straszne, kiedy trzeba w sobie znaleźć siłę, żeby żyć ze świadomością, że właśnie głowa szwankuje. Nie piszę tego po to, żebyście mnie żałowali. Tego nikt nie lubi. Jedynie po to, żeby wam pokazać, że to jest ta granica, po której przekroczeniu nic nie jest takie samo. Kiedy trzeba żyć, a nie wiadomo, w którym momencie jakiś magiczny guziczek się wyłączy, przewód się obluzuje... Spróbujcie sobie to tylko wyobrazić. Że nie możecie ufać jedynej osobie, którą powinniście przecież najlepiej znać. Sobie.
Żeby nie było tak smętnie napiszę, co mi ta choroba dała. Kiedy już skończyłam walkę ze sobą, zaczęłam żyć dniem dzisiejszym. Nie planuję, nie mam wybujałych ambicji, nikomu niczego nie zazdroszczę. Naprawdę. Nauczyłam się odpuszczać. Kiedyś wiele mnie to kosztowało. Dzisiaj przychodzi z łatwością. O dziwo, mam dla siebie sporo wyrozumiałości. Lenistwo z książką przez cały boży dzień? Tak! Nawet obiadu nie gotuję, jak jestem sama. Kiedyś: nie do pomyślenia. Durna byłam jak kilo kitu, uganiając się za duperelami bez znaczenia. Czyli też jakaś tam mądrość życiowa przyszła. I większy dystans. Śmieję się z siebie, kiedy nie płaczę, oczywiście

Taki mój Rubikon.
Macie swój?