Dodaj do ulubionych

Oog om oog

18.01.10, 02:08
Bardzo lubię. To jest poezja...
Przyda się Aqua trochę czystej wody...

Hugo Claus

"Oko za oko (według starych mistrzów)"

1
Moja dusza mówi: Uciekaj
choćbyś miał stracić pieniądze i miłość
Tak rzecze moja dusza
Lecz nie poruszam się, nie mogę
Bo ta diablica, moja dusza, oszalała
na punkcie tego małego kruczoczarnego ścierwa

2
Wieczór jak dawniej. Nic nie wskazywało na to
że istniejesz gdzieś w świecie
Nie zostałam uprzedzona


Równie dobrze mogłam cię nie ujrzeć
Mogłam zostać tego popołudnia w domu
zachorować, zamiast ciebie spotkać twego kuzyna

Tego wieczoru kto inny mógł mnie posiąść
Czyż nie lepiej trwać kamieniem?
A może jestem zadowolona że to byłeś ty?

Lepiej już być trawą
Można ją strzyc i plewić
a przecież dziko rośnie i zawsze inaczej

3

Przyszłaś tak jak pragnąłem żebys przyszła
I z czystego szaleństwa twój wizerunek
runął we mnie i drżę teraz

Dusza moja odwraca się, tonie,
ginie w falach. O ratuj mnie,
topię się, o, wciagnij mnie do wnętrza twojej łodzi.

4

Powiadają, ze człowiek pogryziony przez wściekłego psa
widzi w wodzie
wszędzie
odbicie zwierzęcia

Czy kły wściekłej miłości
zatopiły sie we mnie, że na otwartym morzu
w wirach rzeki, w szklance
która wychylam, muszę oglądać twój wizerunek
i przeznaczony dla mnie uśmiech?

5

Marscha powiedziała: On jest za stary dla ciebie. Wyobraź sobie!
Daj spokój, odparłam. Zaraz powiesz jeszcze
że nie moge zapomnieć mego ojca. Ależ skąd!
A jednak Marscha jest wyborna. Nawet dość fajna
Ale gdy zaczyna w ten sposób...

Jesteś stary mój chrząszczyku, tak, ale znajdziesz jakieś
rozwiązanie
Nikt nie znajduje go tak łatwo jak ty
Czekaj, muszę polakierować paznokcie. Teraz? Tak, natychmiast
Czekaj mówię ci

("Tkwi w mym spojrzeniu
jak chrząszcz na szpilce")

6

Jak mówi Bhartrhari:

"Księżyc wstydzi się oświetlać twoją twarz
Swoim spojrzeniem zawstydzasz kwiaty lotosu
Lśniące nogi krępują rzekę
Sploty włosów zadziwiają pawia
Swoje piersi nosisz jak odyniec kły
Przed kragłymi pośladkami rozstepuje sie ziemia

Gdy mówie o tobie, moja dusza bredzi".

7

Co przed chwilą powiedziałam? Nieważne. I tak nie słuchasz
Wiatr czyha w mym ubraniu i pachwinach

To co chciałam powiedzieć, nie jest wiele warte
Zostań przy mnie. Oko za oko

Pachniesz tak miło bo cie kocham
Jesteś moim pokarmem i napojem

8

Tak bardzo pragnąłbym upieścić
kiedyś namiętna ruda dziewczynę,
chociaż raz!

Jak lalkę tarmosiłaby mnie
w swoich rączkach
i tylko ugniatała roześmiana!

A po tych rozrywkach
przestałbym być zabawką
Pozostałbym tym samym

Ależ by zawodziła
ujrzawszy potem mężczyznę
czujnego, gotowego jak pień!

9

Kochany dzikusie, na starość nie będę ładniejsza,
pośpiesz się,
upieść źrenice moich piersi

10

Drgający satelito, który przesyłasz obrazy z Ameryki,
błagam cie, wtargnij do jej pokoju,
żebym ujrzał ją

nawet w obcym mieście gdzie
jak gładka śniada bestia
drży leżąc pod innymi

Satelito, niech nie opuszczają mnie twoje fale
które podglądają jej dudniące ciało

11

Gdy wybuchałam śmiechem
marynarze w Rotterdamie stawali sie zakłopotanymi karłami

Wieczorem pradawnym obyczajem ojciec
sypał pod oknem trociny
Rowerzyści wywracali się jeden po drugim

Lecz właśnie teraz w tych dniach
dzieje się coś ze mną
Ani razu nie napisał z Anglii

Nigdy nie zobaczę już siebie jaką byłam
gdy "Washington" był w porcie a on w moim łóżku

12

Mówi, ze nie ma pojęcia o miłości
Ha! Tylko coś niecoś słyszała. Ha!
Ale jej ciało mówi prawdę

Jej ciało mówi: jestem spustoszona wewnątrz

O, Boże, spójrz na ciemne kregi pod jej oczyma
O, Boże, rozpalaj ją dalej
Aż wyzna: "Na kolanach będę cię wielbić"

13

Podejdź troche bliżej. Jeśli się nie boisz
nieboraku

Czy nie chciałbyś umyć mi pleców?
Namydlić, spłukać, wytrzeć?
A może chciałbyś mnie poćwiartować swym przytępionym kozikiem?
Robić ze mną interesy?
sprzedać na licytacji moje włosy, również rzęsy i brwi

Wahasz się
Adieu. Przegapiłeś swą szansę

14

Śnieg w lecie, gdy pali cie pragnienie
Pierwszy krokus po zimie
Ale najdelikatniejsza jest puchowa kołdra
która nas okrywa

15

Biwakowalismy na wrzosowisku aż nagle zaczął krzyczeć
że do śpiwora wlazło mu robactwo
Poszłam zobaczyć. Gdybym wiedziała! I zanim sie dowiedziałam
(tak jakbym nie wiedziała) wpadłam w potrzask
Przytulił mnie aż do utraty tchu
Jego kolana stały sie nożycami
i wyłuskał mnie niczym krewetkę
"Mogę skosztować?" zapytał
Czy mogłam powiedzieć: "Wykluczone"?

16

Gdyby to wszystko nie miało znaczenia
to bez znaczenia byłoby to o czym własnie myślę:

że przecież nadejdziesz z przeciwległej strony
i spojrzysz na mnie, krótkowzroczny i zadowolony,
jak na mercedesa trzysta

Nie miałoby też znaczenia, że wkrótce
ujeździsz mnie w zagłębieniu nocy

17

Powiedział: "Chcesz wiedzieć? Słyszeć, widzieć
jak szaleję za tobą?"

Więc położyłam sie na piasku Scheveningen
i liczyłam fale jedną po drugiej
aż ciemności liznęły mi stopy

18

Powiadają, że księżyc powierzono
kobietom. W jakim celu? Dlaczego?
Jeśli to prawda to jeszcze nie jestem kobietą

Powiadają, że nie odważyłbyś się
odwiedzić mnie gdy śpię
Jeśli to prawda, nie przebudziłabym się już

Gdy śniłam przyszło mi na myśl:
mogłabym go złapać na mój zapach

19

Zostałam przepołowiona, mój miły, ponacinana
a teraz
jestem tak niepozorna
że odwracasz się i milkniesz
jakby nasze zmagania przed chwilą nie dotknęły cię

Czy będę jeszcze kiedyś pofalowanym delikatnym stołem
nad którym siedziałeś pochylony?

20

W ciemnościach schną moje włosy, a
ty w rękawiczkach,
trzymasz mnie w szachu i o czym dobrze wiesz
podpalasz (jak gazowy palnik)
moje małpie pragnienia ciebie

Ty jedyny
zasługujesz na światło moich oczu

21

Ze też przypominam sobie tylko twoje kameralne przedstawienia
Nadąsana, w rui, skomląca
i gdy rozłożona leżałaś jak u rzeźnika

Twoje łzy i ślina
i rozedrgane życiem bujne włosy
wzdłuz mego narastajacego pnia

22

Oczywiście, oczy twoje - wszechobecność gwiezdnych promieni
A tańcząc z innymi
podbijasz mnie!
Zaprawdę, zaprawdę, twoje tajemne włosy
płona u ust kochanków!

Lecz niedługo (juz wnet mój króliczku)
zobaczysz w telewizji lądowanie na księżycu
A wtedy cóż będzie jeszcze lśnić w twoim pokoju?

Diament kolczyka, tylko on

1963
Obserwuj wątek
    • cepekolodziej Re: Oog om oog 18.01.10, 08:43

      To własny przekład?

      Można prosić o źródło? O oryginalny tekst?

      Niezależnie, dwa fragmenty natychmiast utkwiły w pamięci:

      <<Gdy mówie o tobie, moja dusza bredzi>>, to jest piękne, a nawet aż
      za bardzo prawdziwe. I - <<Wahasz się. Adieu. Przegapiłeś swą
      szansę.>>
    • dachs też dobre 18.01.10, 08:44
      strzelista lodówka
      moich
      uczuć
      uwięzła w drzwiach
      niebytu.
      drzwiach przeżartych
      żółcią niespełnionych
      łowców marzeń.
      Dlaczego noc,
      tak bardzo mnie za
      wasze winy
      karze?
      • amamit Re: raczej 18.01.10, 10:43
        Te lucis ante terminum
        Rerum Creator poscimus,
        Ut pro Tua clementia
        Sis praesul et custodia.
        Procul recedant somnia
        Et noctium phantasmata.
        Hostemque nostrum comprime,
        Ne polluantur corpora.

        Ciebie, Stwórco wszechrzeczy,
        Już przed końcem światłości
        Błagamy, byś nam był Stróżem.
        Niech precz odejdą mary
        I nocne złe marzenia,
        Poskrom naszego wroga
        By nie skalał nam ciała.

        => univ.gda.pl/~literat/krpnski/010.htm
        • dachs Re: raczej 20.01.10, 10:53
          O, cotrain, je m'emboulle
          taquilosse, comme ou jalle,
          o, cotrain, palisoule,
          o, madame, coulon valle!
          Il est trosque, il est bouge,
          à ma creve qui pis vrai.
          O, madame, o tonouche,
          o, madame, o tomb rain!
          • amamit Re: raczej 20.01.10, 12:04
            smile))))))))))))))))))
          • amamit Re: raczej 20.01.10, 12:07
            Jeczmien ? wink
            o tome rain... bedzie: oto mre...
            • dachs Re: raczej 20.01.10, 21:52
              amamit napisała:

              > Jeczmien ? wink

              ?????

              > o tome rain... bedzie: oto mre...

              lepiej, fakt. smile
              • amamit Re: raczej 20.01.10, 21:57
                co ????
                Nie wiesz, co to jęczmień? wink

                pl.wikipedia.org/wiki/J%C4%99czmie%C5%84_%28choroba%29
                • dachs Re: raczej 20.01.10, 22:32
                  wiem co to jęczmień, ale nie kumam związku.
                  • amamit Re: raczej 20.01.10, 22:37
                    Związek:

                    "O, cotrain,"

                    Jęczmień bardzo swędzi...
                    • dachs Re: raczej 20.01.10, 22:42
                      O wstydzie, biję głową w mur.
                      smile

                      P.S. w dzieciństwie walczyłem z nimi bezustannie.Babcia pocierała złota obrączką
                      i znikały.
                      Dobrej nocy.
                      • amamit Re: raczej 20.01.10, 22:45
                        Dobranoc. smile
    • amamit Przepowiadanie sobie 18.01.10, 12:45
      Podobno proza...

      Miron Białoszewski

      Z Donosów rzeczywistości

      "Wstyd uliczny (wypadek)"

      Około 7 wieczorem 29 września.
      Tramwaj uderzył z tyłu furę z makulaturą, która skręcała z Mickiewicza w Mierosławskiego. Zrobił się bęc. Rozsypka. Fura się rozleciała. Koń upadł. Dwa wozy z milicją. Dwa z pogotowiem. Szpalery tłumu. Podnoszą konia.
      - Koń żyje, żyje...
      Szukają chłopa. Nie ma.
      Roman wracał ze sklepu. Myślał najpierw, że się pali. Pyta. Ale nie. Patrzy. Konia prowadzają w te i we wte. Myślał, że filmują. Ale oni chcieli konia rozchodzić.
      - Rozchodzić konia! rozchodzić konia! - rozchodzili.
      Chłopa nie ma.
      Przyjeżdża dźwig. Zaczynają tramwaj rozkręcać, podnosić, ktoś wpadł na pomysł, żeby uprzątnąć furę.
      Chłop nagle się znalazł. Nic mu się nie stało, bo od razu spadł.
      Tylko się wstydził.

      wrzesień 1967

      Z Szumów, zlepów, ciągów

      "Topola"

      Sierpień. Wciąż jest. Co otworzę balkon, to wpadam w wielki dzień. Ludzie w koszulach, bez marynarek. Ludzie w cienkich strojach idą Kredytową, nadchodzą, powiewają na słońcu i w cieniu, tymi koszulami, kieckami, długimi włosami, i idą, idą.
      Ja się kładę, mam nos pełen powietrza, patrzę z łóżka na topolę, tak mi wyrosła przez te ostatnie dziesięć lat, że zajmuje pół widoku, szumi, przebiera w sobie, przekłada się, zasłania akurat domy, tego szarego czasem wyjrzy kawałeczek z oknem na gałęziach i znów się chowa, reszta niebo, niebieskie, duże, mokre, tak wygląda. Tak jakbym był nad wodą, czymś tam dobrym. Się zanosi i zanosi, i nic więcej, ale to już to. Aż się męczę. Albo tak cieszę. Że zamykam. Ciemno. Bo ciężkie zasłony. Te od Wandzi. A potem za ileś znów: idę, otwieram, stoję, patrzę. Kredytowa, idą, nadchodzą, kolorowi, z włosami, wieje nimi, idą... dnia pełno, wszędzie, słońca też, i w cieniu. Topola jest. Kładę się. Szumi, przebiera sobą. Odbija się w niebie. Niebo w niej. Patrzę, słucham, zamykam. Leżę, palę, otwieram. Nic nie ubyło niczego. Wieje koszulami,włosami. Idą. Idą. Kredytową. Topola z niebem, przekłada się, ja się odkładam na łóżko, tamci idą, ta szumi... jak na wodzie...
      • haszszachmat _______________Urbański: czy pani jest prawnikiem? 20.01.10, 11:07
        _________Czy pan składal ślubowanie?
    • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 17:55
      Czy ja wiem... jakos mnie nie przekonuje.
      • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 18:03
        Ale mnie tak. Chcesz mnie przekonać o nieprzekonaniu do moich uczuć?
        Hugo Claus pisał wspaniałe rzeczy. Dla mnie.
        Nie zależy mi, żebyś uważał tak samo.
        • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 18:07
          Wróć... "Dla mnie."... powinno być raczej: moim zdaniem.
          "Dla mnie" niestety nie pisał.
          • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 18:13
            1. Myślałem że mnie i zapewne nie tylko poprzekonujesz. Latwo jest
            wrzucic i powiedziec - mi sie podoba. Powiedz dlaczego?
            2. To nie zarzut, to prosba.
            • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 18:19
              Lubię, napisałam lubię. Nie, chciałam tylko, żeby niektórzy się zatrzymali. Na chwilę.
              Dlaczego lubię? Pytasz serio?
              • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 18:24
                Oczywiście że serio.
                • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 18:32
                  Lubię, bo jest najpiękniejszym jaki czytałam o prawdziwej miłości, prawdziwych
                  ludziach i prawdziwym życiu.

                  Ale to moje zdanie. Poparte tylko "okularami" przez jakie czytam te słowa.
                  • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 21:40
                    Ok. Ale to osobiste świadectwo a nie argumenty.
                    • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 21:41
                      Nie rozumiem.
                      • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 21:50
                        Skoro twierdzisz ze jest świetny oczekiwałbym mini-interpretacji a nie wyznania
                        lirycznego.
                        • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 21:58
                          Nie. Ja twierdzę, że go bardzo lubię. Twoje oczekiwania nie bardzo mnie
                          interesują. smile
                          • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 22:03
                            Na tej zasadzie można wrzucić wszystko. Nawet poemat w urdu. smile To nie atak ale
                            przekonanie ze zachwyt powinien być racjonalnie podparty.
                            • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 22:08
                              Odczep się. smile
                              Radzę.
                              • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 22:27
                                Chciałem zrozumieć. A Ty warczysz.
                                • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 22:35
                                  Hans.Mnie nie zależy na twoim zrozumieniu. Mnie. Clausa. Kogokolwiek
                                  Czegokolwiek. Rozumiesz?
                                  Napisałam ci dlaczego lubię. Jest prawdziwy. Nie jest "bukietem róż", "caluję
                                  twoje ręcę". Jest prawdziwy.
                                  • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 22:42
                                    1. Skoro Ci nie zależy to po co zakładasz wątek? smile By zabłysnąć? Obcym
                                    nazwiskiem? Tak to wygląda. Niechęć do konkretów na to wskazuje.
                                    2. Btw połowa wierszy Szymborskiej jest lepsza od tego nieskończonego bełkotu.
                                    • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 22:48
                                      Wygaszam cie Hans. smile
                                      Drugi dostąpisz tego zaszczytu. Właśnie zobaczyłam jak bardzo starasz się zrozumieć. Jak zwykle, rzec można.
                                      • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 22:59
                                        1. smile A ja Ciebie nie. To też jest dobra pointa/puenta. Choć nie dla Ciebie.
                                        2. Namawiam do konkretu a nie do lirycznych wzmożeń.
                                        • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 23:12
                                          2. Namawiam do konkretu a nie do lirycznych wzmożeń.
                                          Za to właśnie cię nie szanuję. I szanować nie będę. Pragnienie podzielenia się czymś, co moim zdaniem warte uwagi, chcesz sprowadzić do "potrzeby błyszczenia".

                                          Przekręcasz każde słowo. Jesteś jak pijawka, co gdy się przyssie,nie odpuści.
                                          Nie masz przy tym dowcipu, lotności. Jesteś ciężki i nudny. Rozmowa z tobą kończy się dla każdego tak samo.
                                          W niebyt męczące stworzenie. W niebyt.
                                          • dana33 Re: Oog om oog 20.01.10, 23:17
                                            kazde slowo prawda, amamit....
                                            pijawka... dokladnie... pijawka, co tez ciagle mowi "przyznaj sie"...

                                            nu, rowniez manipulant, tchorz, antysemita, oszczerca i klamca....
                                            • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 23:20
                                              Zdjęłam go sobie z oczu. Może sobie teraz do mnie pisać co chce.
                                              • dana33 Re: Oog om oog 20.01.10, 23:22
                                                nu, nikt z nim oprocz ciebie juz nie rozmawia tutaj, wiec albo bedzie gadal sam
                                                do siebie, albo wroci na swoje niszowe forum, gdzie mu niezle jeden taki dupsko
                                                obrabia... big_grin
                                                • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 23:26
                                                  No, właśnie stracił mnie-rozmówcę.
                                                  • dana33 Re: Oog om oog 20.01.10, 23:30
                                                    pecha ma chloptas... big_grin
                                                  • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 23:33
                                                    No, nazwij to pechem jeśli chcesz. smile
                                                  • dana33 Re: Oog om oog 20.01.10, 23:35
                                                    nu, ja jestem grzeczna dziewczynka... big_grin
                                                  • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 23:37
                                                    smile)))
                                                  • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 23:50
                                                    Najlepiej jest gadać z klakierem. Wtedy wystarczają dwie szare komórki i
                                                    cytowanie wiersza którego się nie rozumie. smile
                                                  • dana33 Re: Oog om oog 21.01.10, 00:30
                                                    jak widac, grubber, ty nawet dwoch szarych komorek nie masz, jesli nie jestes w
                                                    stanie zrozumiec, co ci amamit wyjasniala tu przez pare postow...

                                                    moze tak w koncu pojdziesz na to twoje forum i dolaczysz sie do twoich
                                                    forumowiczow? bo zakladaja tam ciagle nowe watki, a ty nawet nie odpowiesz... a
                                                    przeciez mowia o sprawach, ktore powinny byc interesujace dla ciebie....
                                                    zaniedbujesz swoje forum....
                                          • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 23:48
                                            1. Zamiast konkretu mnie atakujesz. Zadałem pytanie dlaczego Ci się ten wiersz
                                            podoba. Nie jesteś w stanie odpowiedzieć. To empiryczny fakt.
                                            2. I kto tu nie jest lotny? Gdy mi się coś podoba wiem dlaczego. smile
                              • amamit Powietrze pełne śmiechu 06.02.10, 09:31
                                Bohdan Arct

                                Przez tę książkę, po którą sięgnęłam przez zupełny przypadek, gdy miałam lat 11 ( tytuł i okładka są mylące smile ) , zaczęła się jedna z moich pasji. Książka jest zbiorem anegdot i żartów, które „ stary, łysy i szczerbaty […] autor pracy” zebrał i opatrzył wiele komentarzem.
                                „Z myślą o zebraniu opublikowaniu lotniczego humoru nosiłem się od dawna. Od wielu lat namawiano mnie na tego rodzaju książkę. Zdobyłem się wreszcie na odwagę, wystartowałem do boju, chociaż jestem i stary, i łysy, i szczerbaty. Pogrzebałem w dostępnych mi książkach i pismach, sięgnąłem do swej nieco sklerotycznej pamięci, pociągnąłem za język kolegów.”
                                Arct „pogrzebał” w 46 tytułach, w tym ośmiu własnych. Bardzo lubię wracać do tej książki. I bardzo mnie cieszy, że Arct nie jest pisarzem całkiem zapomnianym…


                                Obraza moralności

                                Fragmenty wspomnień Henry Biarda:
                                „Po pierwszej wojnie światowej, wczesną wiosną 1919 roku, Hubert Scott Paine, szef Supermarine, postanowił uruchomić pasażerko-sportową linie lotniczą […]
                                Operowaliśmy z Bournemouth, Svanage i kilku nadmorskich miejscowości wypoczynkowych na Isle of Wight, lecz przeważnie z Bournemouth.
                                Byłem kiedyś w Svanage, gdy otrzymałem wiadomość, że mam wracać natychmiast do Bournemouth, ponieważ Horsey, jeden z naszych pilotów, rozbił się. Przybyłem do Bournemouth i zastałem maszynę Horseya na dnie morza, właśnie u końca mola. Samego zaś pilota spotkałem, jak przechadzał się po molu. Nie wydawał się wytrącony z równowagi przez wypadek, gdy opowiadał mi co zaszło. Leciał z dwoma pasażerami, z młodym mężczyzną i jego przyjaciółką. Podczas lotu dostał się w wir powietrzny i dał nura wprost na dno morza. Na szczęście nikt nie był ranny, wszystkim udało się wydostać z maszyny i wypłynąć na powierzchnię. Młody człowiek był pierwszy na powierzchni, następnie jego przyjaciółka, a tuż za nią Horsey. Starałem się wydostać więcej szczegółów o wypadku, ale wszystko, co Horsey mógł powiedzieć, brzmiało: „Czy ty wiesz, że ona nie miała na sobie majtek?!”

                                (Lot w nieskończoność, praca zbiorowa)

                                Bohdan Arct Powietrze pełne śmiechu
                                Wydawnictwo Łódzkie
                                Łódź 1973
                                Wydanie drugie, rozszerzone


                                www.mysliwcy.pl/ksiega/test.php?litera=A&nazwisko=Arct&imie=Bohdan
                                pl.wikipedia.org/wiki/Bohdan_Arct
                    • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 21:48
                      Hans. Lubisz jabłka?
                      • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 21:51
                        Oczywiście.
                        • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 22:00
                          Czy poza osobistym świadectwem, jesteś w stanie mi podać chociaż jeden argument? Dlaczego lubisz jabłka?
                          • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 22:06
                            Jest różnica między jabłkiem a liryką. Czy "Sonety krymskie" da się porównać do
                            kilograma jabłek? Właśnie to zrobiłaś. smile
                            • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 22:13
                              Ty mi piszesz o porównaniu liryki do jabłek? Poezja i racjonalizm też nie chodzą w parze.
                              Aczkolwiek bliżej poezji do jabłek.
                              EOT.
                              • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 22:19
                                Nie ja. To Twoje porównanie. Niezbyt celne bo nikt doktoratów ze smaku antonówek
                                nie robi, a z sensów Herberta owszem.
                                • amamit Re: Oog om oog 20.01.10, 22:44
                                  Niczego nie porównywałam. smile
                                  Chciałam, żebyś mi napisał, jakie można mieć argumenty na lubienie czegoś lub
                                  nie. Wierszyka, jabłuszka, chmurki, obrazka.
                                  Tobie się myli impresja z analizą i interpretacją.
                                  • hansgrubber Re: Oog om oog 20.01.10, 22:56
                                    Lubienie lubieniu nierówne. Zamiast iść w zaparte przyznaj że porównanie było
                                    mało szczęsliwe.
    • perli Hjugo, 21.01.10, 22:41
      lekko przymarudzasz, Twoja pjoems njudna i za długa.
      Kiecka
    • amamit Przyjaciel Kafki 22.01.10, 16:47
      Isaac Bashevis Singer

      "Gołębie"

      Kiedy profesorowi Władysławowi Eibeszucowi umarła żona, pozostały mu tylko książki i ptaki. Zrezygnował ze stanowiska profesora historii na Uniwersytecie Warszawskim, ponieważ nie mógł dłużej znieść chuligaństwa studentów należących do korporacji „Orzeł Polski”. Przychodzili na zajęcia w swych zdobionych złotem czapkach związku, dumnie wymachiwali ciężkimi laskami, zawsze gotowi do prowokacji. Z jakichś powodów, których profesor Eibeszuc nie był w stanie określić, większość z nich miała czerwone twarze, pryszczate twarze, zadarte nosy i kwadratowe szczęki, jak gdyby wspólna nienawiść do Żydów uczyniła ich członkami jednej rodziny. Nawet ich głosy, domagające się , aby studenci żydowscy siedzieli w specjalnych ławkach getta, brzmiały podobnie.

      Władysław Eibeszuc przeszedł na skromną emeryturę. Wystarczała ona z trudem na komorne i jedzenie, lecz czegóż więcej potrzeba, gdy się jest starym człowiekiem? Na wpół ślepa służąca profesora, Tekla, była polską chłopką. Profesor już dawno przestał jej płacić. Gotowała dla nich obojga zupy i gulasze, które mogli jeść mimo braku zębów. Żadne z nich nie kupowało nowych ubrań ani butów. Garnitury, płaszcze, stare futra, a także suknie profesorowej, pozostałe z dawnych lat, były starannie zapakowane i zabezpieczone gałkami przeciw molom.

      Z latami biblioteka profesora rozrosła się tak bardzo, że wszystkie ściany były aż do sufitu zastawione półkami na książki. Książki leżały w szafach, skrzyniach, w piwnicy i na strychu. Dopóki żyła pani Eibeszuc, starała się od czasu do czasu uporządkować to wszystko. Okurzała i wietrzyła książki, oddawała do naprawy te, które były uszkodzone, a niepotrzebne rękopisy paliła. Jednakże po jej śmierci mieszkanie było zaniedbane. W dodatku profesor zgromadził około tuzina klatek z ptakami – papugami i kanarkami. Zawsze kochał ptaki. Drzwi klatek były otwarte, aby ptaszki mogły swobodnie fruwać. Tekla wyrzekała, że nie nadąża ze sprzątaniem po nich, lecz profesor powiadał : „Głupia, wszystko co przynależy stworzeniom boskim, jest czyste”.

      Jak gdyby to jeszcze nie wystarczyło, profesor codziennie karmił gołębie na ulicy. Każdego ranka i popołudnia sąsiedzi widzieli go z torebką karmy. Był małym, zgarbionym człowieczkiem, z rzadką bródką, która z białej znów stała się żółtawa, zagiętym nosem i zapadłymi ustami. Silne okulary sprawiały, że jego brązowe oczy pod krzaczastymi brwiami wydawały się większe i lekko zezowate. Ubrany był zawsze w ten sam zielonkawy surdut i buty z gumowymi wkładkami i okrągłymi noskami, w stylu, który już dawno wyszedł z mody. Niesforne kosmyki siwych włosów wymykały sie spod jarmułki. Chwili, gdy profesor pojawiał się w bramie,, nawet zanim zdążył zawołać „duś, duś, duś” (sygnał przywołujący gołębie, tak jak ”cip , cip , cip” wabi kury), chmary gołębi zlatywały się ze wszystkich stron. Czekały na starych, krytych dachówką dachach i na drzewach wokół szpitala chorób skórnych.

      Ulica, przy której mieszkał profesor, zaczynała się przy Nowym Świecie i schodziła w dół, w stronę Wisły. Latem spomiędzy kocich łbów wyzierała trawa. Ruch był tu bardzo mały. Od czasu do czasu pojawiał się karawan, aby zabrać zwłoki pacjenta zmarłego na syfilis lub toczeń, albo buda policyjna przywoziła grupkę prostytutek zatrzymanych za choroby weneryczne. Na niektórych podwórkach używano jeszcze ręcznych pomp do wody. Lokatorami byli przeważnie starzy ludzie, którzy rzadko wychodzili z domów. Gołąbie czuły się tu bezpiecznie, z dala od zgiełku miasta. Profesor tłumaczył Tekli, że karmienie gołębi oznacza dla niego to samo, co pójście do kościoła czy synagogi. Bóg nie jest łasy na pochwały, lecz gołębie czekają każdego dnia od wczesnego świtu, aby je nakarmić. Nie ma lepszego sposobu służenia Panu, jak okazywanie miłości Jego stworzeniom.

      Profesor nie tylko czerpał przyjemność z karmienia gołębi, lecz uczył się od nich. Przeczytał kiedyś w Talmudzie fragment, w którym Żydzi zostali porównani do gołębi i dopiero ostatni pojął znaczenie tego porównania. Gołębie nie miały żadnej broni w walce o przetrwanie. Żyły prawie wyłącznie tym, co dostawały od ludzi. Bały się hałasu, uciekały przed najmniejszym psem. Nawet nie odganiały wróbli kradnących im pożywienie. Gołąb, podobnie jak Żyd, może żyć tylko w pokoju, ciszy i atmosferze dobrej woli. Od każdej reguły istnieją jednak wyjątki. Wśród gołębi, tak jak wśród Żydów, można znaleźć wojownicze jednostki, które przeczą swemu dziedzictwu. Były gołębie, które odpędzały inne, dziobały je i zjadały ziarno, zanim pozostałe zdążyły się doń zbliżyć. Profesor Eibeszuc opuścił uniwersytet nie tylko z powodu studentów-antysemitów, lecz także z powodu żydowskich studentów-komunistów, którzy wykorzystywali zjawisko szykanowania Żydów dla własnych celów propagandowych.

      Przez wiele lat, kiedy to profesor Eibeszuc studiował, nauczał, szperał po archiwach i pisywał do czasopism naukowych, wciąż starał się znaleźć istotę filozofii historii, prawo, które wyjaśniałoby, dokąd zmierza ludzkość i jakie mechanizmy są przyczyną wszelkich wojen. Przez pewien okres swego życia skłaniał się ku materialistycznej interpretacji wydarzeń. Podziwiał Lukrecjusza, Diderota, Vogta, Feuerbacha. Wierzył nawet w Karola Marksa. Lecz ten młodzieńczy okres szybko przeminął i profesor przyjął całkiem przeciwny punkt widzenia. Nie trzeba być nawet człowiekiem wierzącym, aby dostrzec w przyrodzie celowość i prawdziwość tak zwanej teologii, która jest całkowitym tabu dla nauki. Tak, natura miała pewien określony plan, nawet jeśli często jawił się nam jako całkowity chaos. Wszyscy byliśmy potrzebni: Żydzi, chrześcijanie, muzułmanie, Aleksander Wielki, Karol Wielki, Napoleon, a nawet Hitler. Ale dlaczego i po co? Cóż zyskuje Bóg pozwalając kotu zjadać mysz, sokołowi zabijać królika, a polskim studentom z korporacji atakować Żydów?

      W ostatnim okresie profesor właściwie porzucił studia nad historią. Będąc już starym człowiekiem doszedł do wniosku, że jego prawdziwe zainteresowania to biologia i zoologia. Kupił wiele książek na temat zwierząt i ptaków. Mimo iż cierpiał na jaskrę i prawie nie widział na prawe oko, kupił sobie mikroskop. Jego studia nie miały żadnych celów zawodowych. Czytał dla pogłębienia własnej wiedzy, podobnie jak bogobojni chłopcy studiują Talmud, a nawet kiwał się i zawodził tak jak oni. Czasem wyrywał sobie włos z brody, kład go na szkiełku i oglądał przez mikroskop. Każdy włos miał swoją skomplikowaną strukturę. Liść, plaster cebuli, odrobina wilgotnej ziemi z jednej z doniczek Tekli ukazywały piękno i harmonię, które radowały duszę profesora. Siedział przy mikroskopie, kanarki śpiewały, papugi gaworzyły, wyzywając się wzajemnie od małp i żarłoków rodzinnym dialekcie Tekli. Niełatwo było wierzyć w łaskę Boga lecz Jego mądrość lśniła w każdym źdźble trawy, muszce, każdym kwiecie i drobince.
      • amamit Re: Przyjaciel Kafki 22.01.10, 16:49

        Weszła Tekla. Była mała, ospowata, przerzedzonymi siwiejącymi włosami koloru słomy. Miała na sobie wyblakłą sukienkę i znoszone kapcie. Ponad wydatnymi kośćmi policzkowymi błyszczały skośne zielone oczy, jaku kota. Powłóczyła nogą. Cierpiała też na bóle stawów i leczyła się za pomocą balsamów i maści, które dostawała od znachorów. Chodziła do kościoła zapalać świece w intencji swoich świętych.
        - Ugotowałam mleko – powiedziała
        - Nie chcę.
        - Może dodam trochę Kawy?
        - Nie, dziękuję, Teklo. Nie chcę niczego.
        - Zaschnie panu w gardle.
        -A gdzie jest napisane, że gardło musi być wilgotne?
        Tekla nie odpowiedziała, ale nie wyszła. Gdy pani Eibeszuc leżała na łożu śmierci, Tekla przysięgła jej, że będzie opiekować się profesorem. Po chwili profesor podniósł się z krzesła. Siadywał na specjalnej poduszce, żeby nie podrażnić hemoroidów.
        - Jeszcze tu jesteś, Teklo? Jesteś tak uparta jak moja droga żona, niech spoczywa w pokoju.
        - Czas na pana lekarstwa.
        - Jakie lekarstwa, głupia? Żadne serce nie może pracować wiecznie.

        Profesor położył lupę na otwartej stronie Ptaków polskich i poszedł obejrzeć swoje ptaszki. Karmienie gołębi na ulicy było czystą przyjemnością, lecz opieka nad ptakami żyjącymi w otwartych klatkach i fruwających spokojnie pomieszkaniu oznaczała wysiłek i odpowiedzialność. Nie chodziło tylko oto, że Tekla miała dużo sprzątania. Nie było dnia bez jakichś nieszczęść. Papuga utknęła za półką i trzeba ją było ratować. Samczyki ciągle walczyły ze sobą. Świeżo złożone jaj były rozbijane. Profesor umieścił poszczególne gatunki ptaków w oddzielnych pokojach, lecz Tekla zapominała zamykać drzwi. Była wiosna, a nie można było otworzyć okien. Śmierdziało stęchlizną i ptasimi odchodami. W nocy ptaki na ogół spały, lecz czasem zdarzało się, że papuga obudzona przez jakąś zmorę senną zaczynała latać na oślep po pokoju. Trzeba było zapalić światła, żeby się nie zabiła. Ileż radości dawały jednak profesorowi Eibeszucowi te stworzenia w zamian za parę ziaren, które zjadały! Jedna z papużek nauczyła się kilku słów, nawet całych zdań. Siadała na łysinie profesora, dziobała go w ucho, nawet stawała jak akrobata na palcu profesora, kiedy pisał. Po latach doświadczeń z ptakami profesor Eibeszuc przekonał się, jak bardzo skomplikowane są te istoty, jak różne, jeśli chodzi charakter i osobowość. Po tylu latach obserwacji profesor ciągłe jeszcze bywał zdumiony ich zwyczajami.

        Szczególnie cieszył go fakt, że te stworzenia nie miały poczucia historii. Co minęło, to minęło. Wszystkie przygody natychmiast odchodziły w niepamięć. Każdy dzień był nowym początkiem wszystkiego. Jednak i tu bywały wyjątki. Profesor widział samczyka papugi, który zmarniał z tęsknoty po śmierci swojej towarzyszki. Zauważył też objawy oczarowania i zazdrości, kompleksy, a nawet próby morderstwa i samobójstwa. Mógł obserwować ptaki całymi godzinami. W ich, danych przez Boga, zmysłach, w instynktach, w konstrukcji skrzydeł, w sposobie wysiadywania jaj, pierzenia się i zmiany ubarwienia był jakiś cel. Na czym to wszystko polegało? Dziedziczność? Czym były chromosomy i geny?

        Od czasu śmierci żony profesor wpadł w nawyk mówienia do siebie lub do osób dawno zmarłych. Mówił, na przykład, do Darwina: „Nie, Karolu, twoje teorie nie rozwiązują zagadki. Pańskie też nie, monsieur Lamarck” .
        • amamit Re: Przyjaciel Kafki 22.01.10, 16:52
          Tego popołudnia po wzięciu lekarstwa profesor napełnił torbę siemieniem, prosem i suszonym grochem i wyszedł nakarmić gołębie. Chociaż był już maj, rano padał deszcz i od strony Wisły wiał zimny wiatr. Teraz deszcz ustał i słońce przebiło się przez chmury. W chwili gdy pojawił się profesor Eibeszuc, ze wszystkich stron zleciały się gołębie. Niektóre w pośpiechu potrącały kapelusz profesora, niemal zrzucając mu go z głowy. Zdał sobie sprawę, że wziął za mało jedzenia dla takiej gromady. Starał się tak rozsypywać ziarno, żeby gołębie się nie biły, lecz po chwili i tak utworzyły kłębiącą się masę. Jedne siadały na drugich i walczyły miejsce przy jedzeniu. Ulica była zbyt wąska dla tak olbrzymiego stada ptaków. „Głodne są biedactwa” – mruknął profesor do siebie. Dobrze wiedział, że jego dokarmianie nie rozwiązuje ptasich problemów. Im bardziej je karmił, tym więcej ich było. Czytał gdzieś, że w Australii gołębie się tak namnożyły, że dachy zawaliły się pod ich ciężarem. Na dłuższą metę nikt nie jest w stanie przechytrzyć praw natury.

          Profesor nie mógł jednak pozwolić, aby gołębie głodowały. Wrócił do domu, gdzie trzymał worek z ziarnem i ponownie napełnił torbę. „Mam nadzieję, że zaczekają” – mruczał. Gdy wrócił, ptaki nadal były na ulicy. „Chwała Bogu” – powiedział zakłopotany religijnymi implikacjami swoich słów. Zaczął rozsypywać ziarno, lecz ręce mu się trzęsły i niektóre ziarna padały zbyt blisko.

          Gołębie siadały mu na ramionach, trzepotały skrzydłami dziobały go. Jeden odważny osobnik usiłował nawet wylądować na torbie z ziarnem.
          Nagle profesor Eibeszuc został uderzony w czoło kamieniem. Przez chwilę nie zdawał sobie sprawy, co się stało. W tym momencie poczuł dwa następne uderzenia – w łokieć i w szyję.

          Gołębie poderwały się gwałtownie. Profesor zdołał jakoś dotrzeć do domu. Często czytywał w gazetach atakach chuliganów na Żydów w Ogrodzie Saskim i na przedmieściach, lecz jemu samemu nigdy dotąd się to nie przydarzyło. Nie wiedział co jest gorsze: ból czoła czy wstyd. „Więc tak nisko upadliśmy”- mruczał. Tekla prawdopodobnie widziała przez okno co się stało. Przybiegła do niego z otwartymi ramionami, blada z wściekłości. Przeklinała, syczała, biegała do kuchni, żeby zmoczyć ręcznik. Profesor zdjął kapelusz i dotknął guza na głowie. Tekla zaprowadziła go do sypialni, zdjęła mu płaszcz i kazała się położyć. Obsługując go, wciąż przeklinała.
          - Boże, skarz ich, skarz ich. Ojcze niebieski! Niech się smażą w piekle! Oby im zgniły wnętrzności, oby dosięgły ich wszystkie plagi.
          - Dosyć, Teklo, dosyć.
          - Jeśli taka jest nasza Polska, to powinno ją piekło pochłonąć.
          - W Polsce jest wielu dobrych ludzi.
          - Wściekłe psy, bandyci, łobuzy!
          Tekla wyszła, zapewne po to, aby wezwać policję. Profesor słyszał, jak krzyczy i skarży się sąsiadom. Przez chwilę panowała cisza.

          Pewnie jednak Tekla nie dotarła do posterunku, bo profesor usłyszał, że wraca sama. Krzątała się po kuchni, mrucząc klnąc. Profesor przymknął oczy. „Wcześniej czy później trzeba wszystkiego doświadczyć na własnej skórze – pomyślał - Dlaczego mam być lepszy niż inne ofiary? Taka jest historia i tym się zajmowałem przez całe życie”.

          Nagle przyszło mu do głowy dawno zapomniane słowo hebrajskie reszaim – żli. To żli tworzą historię.
          Przez chwilę profesor leżał zdumiony. W ciągu sekundy znalazł odpowiedź, której szukał przez wiele lat. Jak dla Newtona spadające z drzewa jabłko, tak dla profesora Eibeszuca kamień rzucony przez chuligana stał się wydarzeniem objawiającym wiecznie aktualną prawdę. Było dokładnie tak, jak napisano Starym Testamencie. Każde pokolenie ma ludzi fałszu i krwi. Bandyci nie odpoczywają. Czy to wojna, czy rewolucja, czy walczą pod takim czy innym sztandarem, nieważne w imię jakich haseł, ich cel jest zawsze ten sam – rozprzestrzeniać zło, powodować cierpienie i rozlew krwi. Jeden wspólny cel łączył Aleksandra Macedońskiego i Hamilkara, Dżyngis Hana i Karola Wielkiego, Chmielnickiego Napoleona, Robespierre’a i Lenina. Zbyt proste? Zasada grawitacji też była prosta i dlatego tak wiele czasu zajęło jej odkrycie.

          Zapadł zmrok. Władysław Eibeszuc zdrzemnął się. Zanim zasnął, powiedział do siebie: „A jednak to nie może być aż tak proste”.
          • amamit Re: Przyjaciel Kafki 22.01.10, 16:55
            Wieczorem Tekla zdobyła trochę lodu i zrobiła profesorowi świeży kompres. Chciała wezwać lekarza, ale profesor jej nie pozwolił. Byłoby mu wstyd przed doktorem i sąsiadami. Tekla ugotowała mu owsiankę. Zwykle, przed udaniem się na spoczynek, profesor sprawdzał wszystkie klatki, nalewał świeżej wody, dosypywał ziarna oraz zmieniał piasek. Tego wieczoru zlecił to wszystko Tekli. Zgasiła światło. Niektóre papugi w sypialni profesora pozostały w swoich klatkach. Inne spały na karniszach. Choć profesor był zmęczony, nie mógł od razu zasnąć. Miejsce nad zdrowym okiem było spuchnięte i prawie nie mógł poruszać powieką. „Obym nie oślepł do końca – błagał siły rządzące światem. – Jeśli mam być ślepy, to wolę umrzeć.”

            Zasnął i śniły mu się dziwne lądy, miejsca, których nigdy nie widział ,góry, doliny, ogrody z olbrzymimi drzewami i egzotycznymi kwiatami. „Gdzie jestem? – pytał siebie w tym śnie. – We Włoszech? W Persji? W Afganistanie?” Ziemia przesuwała się spodnim, jak gdyby leciał samolotem. Jednakże nie był w samolocie. Wydawało mu się, że jest zawieszony w powietrzu. „Czy jestem poza zasięgiem przyspieszenia ziemskiego? Jak to się stało? Tu nie ma atmosfery. Mam nadzieję, że nie zacznę się dusić. ”

            Obudził się i przez chwilunie wiedział, gdzie się znajduje. Poczuł kompres. „Dlaczego mam zabandażowaną głowę?” – zastanawiał się. Nagle przypomniał sobie wszystko. „Tak, historia jest tworzona przez ludzi złych. Znalazłem newtonowską zasadę w odniesieniu do historii. Będę musiał przepisać całą swoją pracę.”

            Nagle poczuł ból po lewej stronie. Leżał, słuchając pulsującego bólu w piersiach. Miał specjalne tabletki przeciwko swojej angina pectoris , ale były w szufladzie w gabinecie. Stefania, jego zmarła żona, dała mu kiedyś maleńki dzwoneczek, aby mógł wezwać Teklę, gdyby się źle poczuł w nocy. Profesor niechętnie z niego korzystał. Wahał się nawet, gdy chciał zapalić lampkę nocną, bo ptaki mogłyby się przestraszyć światła i hałasu. Poza tym Tekla jest zapewne zmęczona po całodziennej pracy i przykrych przeżyciach. Atak chuliganów zdenerwował ja bardziej niż jego. Cóż miała, poza kilkoma godzinami snu? Nie miała męża, dzieci, rodziny ani przyjaciół. Profesor zapisał jej wszystko, co posiadał, lecz cóż to wszystko było warte? Jaką wartość przedstawiały nieopublikowane rękopisy? Nowa zasada…

            Przez chwilę profesorowi Eibeszucowi wydawało się, że ostry ból w piersi jak gdyby zelżał. Nagle poczuł gwałtowne kłucie w sercu, ramieniu i między żebrami. Wyciągnął rękę w stronę dzwonka, lecz palce odmówiły mu posłuszeństwa. Nie wyobrażał sobie, że może istnieć taki ból. Czuł jak gdyby ktoś zaciskał jego serce w pięści. Dusił się i dławił. Jego ostatnią myślą było: co się stanie z gołębiami?

            Gdy Tekla weszła rano do pokoju, z trudem go rozpoznała. Postać, którą ujrzała, to nie był już profesor, tylko jakaś groteskowa lalka: żółty jak glina, sztywny jak kość, z otwartymi ustami, zdeformowanym nosem, sterczącą do góry brodą, jedno oko zamknięte, drugie na wpół otwarte i wyrażające jakiś nieziemski uśmiech. Na poduszce leżała ręka o woskowych palcach. Tekla zaczęła krzyczeć.

            Zbiegli się sąsiedzi. Ktoś wezwał pogotowie. Wkrótce dał się słyszeć sygnał karetki, ale gdy lekarz wszedł do pokoju, spojrzał w stronę łóżka i pokręcił głową.
            - Już nie możemy mu pomóc.
            - Zabili go, zabili! – zawodziła Tekla – Rzucali niego kamieniami! Oby pomarli, mordercy, wściekłe diabły!
            - Kto? – zapytał doktor.
            - Nasi polscy chuligani, bestie, zabójcy! – krzyczała Tekla.
            - Żyd, co?
            - Tak, Żyd.
            - No, cóż…
            • amamit Re: Przyjaciel Kafki 22.01.10, 16:58
              Profesor, zapomniany za życia, zyskał sławę po śmierci. Przybyły delegacje z Uniwersytetu Warszawskiego, Wolnej Wszechnicy, Towarzystwa Historycznego i wielu innych organizacji, grup, bractw i stowarzyszeń. Wydziały historii z Krakowa, Lwowa i Wilna słały depesze, że ich przedstawiciele przybędą na pogrzeb. Mieszkanie profesora było pełne kwiatów. Warte honorową przy trumnie trzymali profesorowie, pisarze i studenci.

              Ponieważ profesor był Żydem, żydowskie bractwo pogrzebowe przysłało dwóch członków. Którzy recytowali psalmy nad ciałem zmarłego. Przerażone ptaki fruwały od ściany do ściany, od półki do półki, usiłowały siadać na lampach, karniszach i draperiach. Tekla próbowała zagonić je do klatek, lecz uciekały przed nią. Niektóre uciekały przez otwarte nieopatrznie okna i drzwi. Jedna z papug powtarzała ciągłe te same słowa tonem grozy i potępienia. Bez przerwy dzwonił telefon. Urzędnicy gminy żydowskiej żądali z góry zapłaty za usługi pogrzebowe, a polski major, dawny student profesora, groził im surowymi konsekwencjami.

              Następnego ranka wyjechał żydowski karawan – konie całe w czerni, jedynie z otworami na oczy. Kiedy wniesiono trumnę i kondukt żałobny ruszył w dół. Ku Tamce i Staremu Miastu, nad dachami zaczęły krążyć chmary gołębi. Ich liczba rosła tak błyskawicznie, że zakryły całe niebo nad wąską ulicą, co wyglądało jak zaćmienie słońca. Na chwilę zamarły w bezruchu, a potem ruszyły wraz z konduktem, krążąc nad nim bezustannie.

              Delegaci idący za trumną i niosący wieńce patrzyli zdumieni. Mieszkańcy ulicy, starzy i chorzy, którzy przyszli, bo chcieli oddać profesorowi ostatnią posługę, czynili znak krzyża. Na ich oczach dział się cud – zupełnie jak w czasach biblijnych. Tekla wzniosła ramiona do góry i krzyknęła „Jezu!”

              Tłum gołębi eskortował kondukt do chwili, gdy dotarł on do ulicy Browarnej. Gdy tak krążyły, ich skrzydła migające pomiędzy słońcem a cieniem, były przez moment czerwone jak krew. A chwilę potem ciemne jak ołów. Było jasne, że ptaki manewrują tak, aby nie lecieć ani przed, ani zakon duktem. Dopiero gdy orszak dotarł do skrzyżowania Furmańskiej i Mariensztatu, gołębie wykonały ostatnie okrążenie i zawróciły – skrzydlata armia odprowadzająca swojego dobroczyńcę na wieczny spoczynek.

              Następny dzień wstał jesienny i szary. Ołowiane chmury kryły niebo. Dym z kominów snuł się nisko i siadał na dachach. Siąpił dokuczliwy, zimny deszcz. W nocy ktoś namalował na drzwiach profesora swastykę. Tekla wyszła z torbą ziarna, ale przyleciało tylko kilka gołębi. Dziobały jedzenie z wahaniem, rozglądając się wokół, jak gdyby bały się, że swoim zachowaniem ściągną na siebie ptasią klątwę. Z rynsztoka unosił się odór spalenizny zgnilizny – cierpki odór nadchodzącej zagłady.


              przekład Elżbieta Petrajtis-O'Neill

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka