Dodaj do ulubionych

"To nie kompromis ani remis. :O)

12.12.20, 18:35
Polska i Węgry sromotnie przegrały w Brukseli 25:2"

Klaus Bachmann
12 grudnia 2020 | 12:18

Orbán i Morawiecki mogą buńczucznie i patetycznie przemawiać w swoich krajach, ale w Brukseli wszyscy widzą, że obaj ci królowie są nadzy.


Autor jest profesorem nauk społecznych z Uniwersytetu SWPS.


Oficjalnie to, co się stało w czwartek wieczorem w Brukseli między szefami państw i rządów UE, nazywa się „kompromisem”. Jednak kompromisy polegają na tym, że wszystkie strony wychodzą sobie naprzeciw, nikt nie dostaje całości tego, co chce, a potem wszyscy się rozchodzą w poczuciu, że każdy trochę ustąpił i każdy wyszedł na tym lepiej niż bez tego kompromisu. W tym sensie w czwartek żadnego kompromisu nie było. Była ugoda, w ramach której rządy Węgier i Polski robiły dobre miny do gry, w której od początku stały na straconych pozycjach i w którą same się wmanewrowały.

Widać to, gdy się patrzy na przebieg negocjacji i porównuje ich wynik z celami, jakie oba rządy stawiały sobie na początku, grożąc wetem: chciały, aby rozporządzenie uzależniające wypłaty środków unijnych od przestrzegania zasad praworządności albo w ogóle nie weszło w życie, albo zostało rozbrojone tak, by de facto nie mogło funkcjonować.

Jednak rozporządzenie zostało uchwalone i czeka teraz na aprobatę Parlamentu Europejskiego. Potem wejdzie w życie od stycznia 2021 roku. Szczyt nie zgodził się na zmianę jego treści. Nawet gdyby chciał, to nie bardzo wiadomo, jak miałby to zrobić, bo w unijnym systemie politycznym Rada Europejska nie jest prawodawcą, a jej decyzje nie są źródłem prawa.

Kiedy rozporządzenie, które prawem jest, wejdzie w życie, Komisja Europejska będzie mogła zatrzymać środki dla Polski i Węgier, jeśli dostrzeże zagrożenie, że z powodu braku praworządności w tych krajach pieniądze będą wykorzystywane niezgodnie z przeznaczeniem.

Ugoda polegała na tym, że Rada Europejska uchwaliła wytyczne dla Komisji, jak należy stosować to rozporządzenie w praktyce, i wskazała, że powinno się je stosować dopiero po ewentualnym (pozytywnym) orzeczeniu Trybunału Sprawiedliwości (TSUE), do którego Polska i Węgry mogą się odwołać po wejściu w życie rozporządzenia.

Jeśli Komisja Europejska będzie działać zgodnie z tymi wytycznymi, oznacza to rodzaj okresu przejściowego: do wyroku TSUE rządy Węgier i Polski mają spokój. Zaskarżyć rozporządzenie i tak mogły, do tego akurat ugoda nie była potrzebna. Trudno tu doszukać się kompromisu, tak samo jak w kilku innych zapewnieniach Rady Europejskiej, które i tak wynikają z traktatów. Przykładem choćby obietnica, że rozporządzenie będzie stosowane w sposób obiektywny, proporcjonalny i niedyskryminujący nikogo.

Morawiecki przegrał bardziej niż Orbán
Ten okres przejściowy do wyroku TSUE można traktować jako ustępstwo wobec Orbána, bo jeśli TSUE będzie zwlekać dwa lata z wyrokiem (tak długo trwają tam przeciętnie postępowania), to wyrok zapadnie dopiero po wyborach na Węgrzech w 2022 roku.

Za zwycięstwo Orbána można też uznać wskazówkę Rady Europejskiej, by rozporządzenie stosować dopiero od nowej perspektywy finansowej, a więc by nie objęło ono transferów z dotychczasowych ram, które zostaną wypłacone dopiero po styczniu. Orbán od dawna ma na pieńku z Komisją Europejską, która podejrzewa go o zasilanie oligarchów z dotacji UE. Jednak wobec Polski takich podejrzeń nie ma.

Zła wiadomość dla PiS jest taka, że TSUE na pewno wyda wyrok przed wyborami w 2023 roku. Z góry można założyć, że zakwestionuje jedynie niektóre szczegóły. Natomiast w obliczu kontrowersji, jakie budzi ta sprawa, TSUE może orzekać szybciej niż zwykle, zwłaszcza gdy wniosek w tej sprawie złożą nie tylko Węgry i Polska (których rządy chcą sprawę odwlec), lecz także z innego kraju członkowskiego albo z Parlamentu Europejskiego. To ostatnie jest możliwe nawet wbrew woli Europejskiej Partii Ludowej, ale jeśli ona się rozstanie z Fideszem – a wiele na to wskazuje – to może się do takiej skargi przyłączyć.

W ten sposób Morawiecki i Orbán, którzy w swoich krajach robią wszystko, aby sądownictwo było podporządkowane ich rządom i aby parlamenty były maszynkami do głosowania, doprowadzili do tego, że ostateczną decyzję o losie rozporządzenia podejmą Parlament Europejski i TSUE, a więc instytucje, w których wpływy rządów Polski i Węgier są marginalne.

Te wszystkie dywagacje mają jednak znaczenie tylko pod jednym warunkiem: że uznamy wytyczne Rady Europejskiej przynajmniej za równorzędne z prawem UE i założymy, iż Komisja Europejska odczytuje je w podobny sposób, jak interpretują je teraz Orbán i Morawiecki.

Instrukcja nie zmienia ustawy
Powracający z Brukseli premierzy Polski i Węgier zachwalali „instrukcję” w konkluzjach szczytu jako mającą „de facto” moc prawną, jako dokument najwyższej rangi, zbliżonej do traktatów (co ma oznaczać „wyższej rangi niż rozporządzenie”), ale to nie powinno nikogo zmylić. Skoro Rada Europejska nie może uchwalić prawa, to jej „instrukcję” też nie są w stanie zmienić istniejących aktów prawnych UE.

Rozporządzenie będzie obowiązywać bez żadnych zmian, tak jak zostało uchwalone. Nie wolno utożsamiać go z rozporządzeniami w krajowym obrocie prawnym. Rozporządzenie w UE to rodzaj unijnej ustawy, powszechnie obowiązującej. W przeciwieństwie do dyrektywy można je stosować bezpośrednio, bez implementacji przez parlamenty krajów członkowskich, co jest tym łatwiejsze, że to Komisja i Rada UE mają je stosować, a nie państwa członkowskie. Komisja może przestrzegać „instrukcji”, ale nie musi, a w świetle traktatów nawet nie powinna, bo zgodnie z traktatami musi ona stać na straży przestrzegania prawa UE – a prawem jest rozporządzenie, nie „instrukcja”. Komisarz, który przyjmuje polecenia od przedstawiciela rządu kraju członkowskiego, może za to stracić posadę.

Czy Komisja jako całość może przyjmować polecenia od Rady Europejskiej, nie wystawiając na szwank swojej niezależności? Traktaty tego nie przewidują. Traktaty mówią, że Rada Europejska może dać impulsy i wyznaczyć „ogólne kierunki”. Potem art. 15 traktatu o UE mówi klarownie i jednoznacznie: „Rada Europejska nie będzie miała żadnych funkcji legislacyjnych”.

Tak więc ta instrukcja nie jest warta papieru, na którym ją zapisano. Jest deklaracją woli politycznej Rady Europejskiej, niczym więcej. Ale w rządzie, który organizuje wybory na podstawie decyzji premiera i wbrew ordynacji wyborczej, nie wszyscy muszą to wiedzieć.

Kolorowa ulotka dodana do gorzkiego leku
Niemieccy dyplomaci nazywają tę instrukcję „Beipackzettel” – to miano nosi ulotka informacyjna w opakowaniu leków. Tłumaczy ona skutki zażywania preparatu, ale jego działania nie zmienia. W wytycznych nie ma zastrzeżeń, że Unii nie wolno narzucić Polsce i Węgrom rozwiązań dotyczących ślubów jednopłciowych, aborcji ani adopcji. A właśnie o to zabiegali polscy negocjatorzy, kiedy się okazało, że Unia weta się nie przestraszy.

Wiadomo, dlaczego im się to nie udało: nawet premierzy katolickich Irlandii i Hiszpanii mieliby przeciwko sobie opinię publiczną, gdyby wrócili do swoich stolic z informacją, że zgodzili się na coś takiego, o premierach Niemiec, Holandii, Belgii i krajów skandynawskich nie wspominając. Owszem, traktat unijny nie pozwala instytucjom UE narzucać państwom takich rozwiązań, ale zapisanie tego w konkluzjach brzmiałoby tak, jakby Rada Europejska chciała Polsce i Węgrom dać wolną rękę w dyskryminowaniu mniejszości seksualnych i kobiet. Może taki akapit byłby w zasięgu ręki, zanim PiS rozpętał burzę o aborcję i LGBT i zanim Fidesz zaczął rozwieszać antysemickie plakaty.

Czy Komisja Europejska zastosuje się pokornie do tej „instrukcji”? To jest mało prawdopodobne, bo sama instrukcja tego nie wymaga. Zapowiada jedynie, że Komisja opracuje zasady stosowania rozporządzenia o praworządności, konsultując je z państwami członkowskimi. Kto zna unijną nowomowę, wie, co to znaczy: Komisja zbierze opinie, a potem zrobi to, co uzna za słuszne. Nikt tu nie „współdec
Obserwuj wątek
    • benek231 "To nie kompromis ani remis. :O) - 2 12.12.20, 18:41
      Gdyby natomiast Komisja faktycznie uchyliła się od wykonania rozporządzenia, jak życzą sobie tego rządy Polski i Węgier, to oznaczałoby, że nie stosuje prawa, które wchodzi w życie w styczniu. W przeciwieństwie do Morawieckiego szefowa Komisji Ursula von der Leyen nie może po prostu zakazać druku tego rozporządzenia.

      Cała ta awantura o polskie i węgierskie weto ujawniła, jak w tej sprawie przebiegają podziały w UE: przeciwko polskiemu i węgierskiemu rządowi stanął front 25 innych państw (którym kibicuje w tej sprawie wiele rządów spoza UE) i wszystkie organy UE.

      Grożąc wetem, polski i węgierski rząd wezwały UE, aby się policzyć. I okazało się, że mimo krótkotrwałej, przeprowadzonej za pięć dwunasta, kampanii wizerunkowej w europejskich mediach, mimo nerwowych podróży i telefonów do Merkel ani jedno państwo nie wyłamało się z tego frontu. Dokładnie tak samo, jak przy głosowaniu kandydatury Donalda Tuska na prezydenta Rady Europejskiej.

      Orbán i Morawiecki mogą buńczucznie i patetycznie przemawiać w swoich krajach i w sprzyjających im mediach, ale w Brukseli obaj królowie są nadzy. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” napisała: „Z obu tygrysów zostały tylko futrzane dywaniki przed łóżkiem”.

      I tu mamy kolejny paradoks: sądząc po pierwszych reakcjach europejskich mediów niektórzy wierzą propagandzie Morawieckiego i Orbána i zarzucają Unii, że dodając ulotkę do swojego gorzkiego leku, zrobiła krok wstecz.

      Żeby zbudować państwo policyjne, Ziobro był gotów odebrać Polakom kilkadziesiąt miliardów euro

      Nie wetując budżetu, ram finansowych i Funduszu Odbudowy, premier Morawiecki uniknął potężnego kryzysu politycznego w Polsce, który miał potencjał obalenia rządu. Sam pomysł, że dwóch beneficjentów netto z budżetu UE mogłoby w tej sprawie zaszantażować 25 innych państw, od początku był szalony. Jaki sens miałoby zablokowanie przez Polskę i Węgry funduszy, które były dla nich przeznaczone?

      Przede wszystkim jednak pojawia się pytanie o skuteczność. Owszem, weto może być skuteczne nawet w pojedynkę, ale tylko wtedy, kiedy wykonanie decyzji, którą chce się zablokować, wymaga współdziałania danego kraju. Tak było w sprawie relokacji uchodźców jesienią 2015 roku: Unii nic nie pomogło, że przegłosowała niektóre kraje kwalifikowaną większością, bo te kraje mogły unijną decyzję po prostu zbojkotować. Natomiast decyzja Komisji Europejskiej i Rady UE o zablokowaniu funduszy dla Polski i Węgier nie wymaga współdziałania ze strony obu krajów. W takich przypadkach beneficjenci netto zawsze będą na straconej pozycji. Ale to politycy PiS zauważyli na samym końcu, być może dlatego, że za bardzo koncentrowali się na konfliktach w samym obozie rządzącym.

      Linie podziału przebiegały według znanego schematu: po jednej stronie stała radykalna Solidarna Polska, która dostrzegła zagrożenia dla budowy państwa policyjnego w Polsce, co jest ulubionym projektem jej lidera, po drugiej stronie widzieliśmy umiarkowane, koncyliacyjne, kreujące się na cywilizowaną, proeuropejską prawicę Porozumienie Jarosława Gowina, a w środku pomiędzy nimi PiS z zagubionym w polityce międzynarodowej Jarosławem Kaczyńskim.

      Nie wiem, czy chodziło o schedę po Kaczyńskim, o zmianę równowagi sił w Zjednoczonej Prawicy, czy o coś innego. Ale powstrzymując się od zablokowania unijnego pakietu finansowego, Morawiecki oszczędził Polsce największego z dotychczasowych kryzysów.

      Największą manifestacją po 1989 roku był protest wiosną 2016 roku przeciwko antyunijnej polityce PiS, w którym wzięło udział kilkaset tysięcy uczestników z całego kraju. Drugim co do wielkości protestem był strajk kobiet w tym roku, a trzecim fala demonstracji w obronie niezależności sądownictwa w 2017 roku, która skłoniła prezydenta Andrzeja Dudę do zawetowania dwóch ustaw. Gdyby premier Morawiecki faktycznie zgłosił teraz weto w Brukseli, potężnie naruszyłby interesy wszystkich trzech grup, które w tych manifestacjach wyszły na ulice:

      młodzieży (w tym młodych kobiet), dla której UE to program Erasmus, otwarte granice i zmiany obyczajowe, przez PiS uznawane za „upadek moralny”;
      samorządów opanowanych przez partie opozycji i wielu bezpartyjnych działaczy z dużym kapitałem społecznym;
      ludności wiejskiej (w tym rolników), którzy byli dotąd największymi beneficjentami integracji europejskiej.
      Zgłaszając weto w Brukseli i pozbawiając Polskę – w imię górnolotnych i pustych haseł obrony suwerenności i jedności UE – szans na przezwyciężenie skutków pandemii, PiS miałby wszystkie te grupy jednocześnie na ulicach, i to w warunkach pandemii, która już dawno wymknęła się spod kontroli.

      Unia nie wyręczy obywateli Polski ani Węgier
      Taka była stawka gry, w którą grała Solidarna Polska, aby móc kontynuować budowę państwa policyjnego. Morawiecki miał stracić fotel premiera, ale w wyniku tej misternej intrygi PiS straciłby władzę, Polska kilkadziesiąt miliardów euro, a niemożliwa do oszacowania, zakażona w wyniku masowych protestów liczba ludzi – życie. Ostatnie tygodnie pokazały z całą ostrością, jak daleko niektórzy politycy są gotowi pójść, aby dalej móc bez przeszkód prześladować niewygodnych dla nich sędziów.

      W zależności od tego, kto teraz zdobędzie przewagę w walce o dostęp do ucha prezesa, rozpad obozu władzy nadal jest możliwy, ale warunki prowadzenia kampanii wyborczej w ewentualnych wcześniejszych wyborach parlamentarnych są dla opozycji o niebo gorsze, niż byłyby w przypadku weta. W tym sensie – i tylko w tym! – przywódcy państw i rządów UE sprzyjali PiS i Fideszowi, pozwalając Orbánowi i Morawieckiemu zachować twarz.

      Ale ta batalia toczyła się o praworządność i odbudowę gospodarki po pandemii, a nie o demokrację w obu krajach. O nią nadal muszą się troszczyć obywatele Polski i Węgier. Unia ich nie wyręczy.

      wyborcza.pl/7,75968,26600310,to-nie-kompromis-ani-remis-polska-i-wegry-sromotnie-przegraly.html
      No i patrzcie, Najmilsi, taki szprechajacy Niemiec, zza Odry, zna was znacznie lepiej niz wy sami kiedykolwiek bedziecie w stanie.
      • xiazeluka Re: "To nie kompromis ani remis. :O) - 2 12.12.20, 19:07
        "Gdyby natomiast Komisja faktycznie uchyliła się od wykonania rozporządzenia, jak życzą sobie tego rządy Polski i Węgier, to oznaczałoby, że nie stosuje prawa, które wchodzi w życie w styczniu."

        Profesor, a nie wie, że to rozporządzenie jest nielegalne, jako że sprzeczne z traktatami? Skądże, na pewno to wie, czyli kłamie z rozmysłem. Bezczelni butni łgarze zawsze imponowali szatniarzowi z murzyńskiej knajpy w Portland.

Popularne wątki

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka