Gość: +++Ignorant
IP: *.wroclaw.dialog.net.pl
14.11.02, 21:33
Polska na unijnej kroplówce
Miłosz Marczuk
Minister Kołodko przestraszył się wejścia Polski do Unii. Wreszcie przebił
się ktoś w ministerstwie, kto mu dobrze policzył bilans finansowy bliskiej
już pewnie akcesji. A przecież wystarczyło przeczytać cykl artykułów w "NCz!"
z lutego i marca tego roku.
Kołodko dostrzegł między innymi rzecz, o której pisałem wielokrotnie - do
kosztów budżetowych wejścia do Unii należy doliczyć utracone zyski z ceł.
Sprawa jest skomplikowana, bo cła teoretycznie wchodzą w skład składki. Ale
od kilku lat przebija się w Unii tendencja, by składkę opierać wyłącznie na
odsetku od wielkości produktu narodowego brutto państw członkowskich.
Zgodnie z propozycją zawartą w tak zwanym pakiecie Delorsa, od 1988 roku
głównym źródłem dochodów własnych wspólnot są składki państw członkowskich
naliczane od odpowiedniego procentu PNB (produktu narodowego brutto) tych
państw. Odpowiednimi dyrektywami Rady Europejskiej (np. Dyrektywa Rady
89/130/EEC, Euroatom z 13 lutego 1989 roku) czy też regulacjami Komisji
ustala się zasady przełożenia PNB danego państwa na tak zwany rynkowy PNB,
który uwzględnia między innymi koszty pracy, siłę nabywczą zarobków itd.
Ostatecznie dąży się do tego, aby uzyskać w budżecie Unii 1,27 procenta PNB
całego obszaru Unii.
W trakcie długoletniego procesu, który właśnie zmierza do finału, dochody z
ceł przestają być naliczane w skład składki, a będą traktowane jako dodatkowy
dochód wspólnotowego budżetu. Liczenie więc na to, że utrata ceł równa się
zapłaceniu części składki staje się nieaktualne. Poza tym należy pamiętać o
dwóch sprawach. Po pierwsze, po wejściu do Unii Europejskiej automatycznie
przestaniemy clić towary przychodzące zza zachodniej i południowej granicy.
Stawki celne, które będziemy pobierać w imieniu Unii, nieco spadną, ponieważ
Unia generalnie stosuje mniejsze narzuty na towary z krajów trzecich (z
wyjątkiem towarów rolnych). Po drugie, bycie państwem granicznym nie oznacza,
że Polska będzie clić wszystkie towary przychodzące zza naszej wschodniej
granicy, bo towar np. z Rosji oclić można w kraju docelowym. Suma pieniędzy
wpływających do budżetu z ceł mocno spadnie. Przykładowo, Polska ma obecnie
takie same dochody z ceł, co ponad dwa razy bogatsza Hiszpania. Z
przedstawionych szacunków Parlamentu Europejskiego wynika, że nasze dochody z
ceł mogą spaść nawet trzykrotnie - do około 320 milionów euro. Z tego
pozostałoby dla polskiego budżetu ok. 80 milionów euro (cła zbiera państwo
narodowe, które za to pobiera sobie - od 1 stycznia 2001 roku, 25 procent
uzyskanych kwot), zaś pozostałe 240 milionów stanowiłoby na razie, część
polskiej składki z tytułu ceł. Z czasem te 240 milionów przestanie być
zapewne traktowane jako część składki i stanie się po prostu dochodami
wspólnot.
O sprawę ceł, w kontekście szacunków finansowych wejścia Polski do Unii,
pytałem w niedawnym wywiadzie szefową Urzędu Komitetu Integracji Europejskiej
Danutę Hübner. Pani minister odniosła się do tego problemu dość obojętnie.
Niedawno też rozmawiałem o cłach z pewnym wysokim urzędnikiem UKIE. Przyjmuje
on punkt widzenia, zgodnie z którym spadek dochodu z ceł będzie wynikiem
liberalizacji handlu, a nie wejścia do Unii. Dziwił się więc temu, że "NCz!"
porusza tę kwestię w rozmowie z minister Hübner. Jestem oczywiście
przywiązany do pomysłu takiej liberalizacji, nie mogę jednak nie zauważyć
tego, o czym pisałem wyżej, to znaczy tego, że cała metodologia przekazywania
dochodów z ceł zostaje wprowadzona w Polsce wraz z akcesją do Unii. Możemy
oczywiście, będąc poza Unią, radykalnie obniżyć taryfy celne. Wszystko, co
jednak oclimy, wpłynie do naszego budżetu. Poza tym mamy pewność, że to, co
jest na naszym rynku, zostało oclone w Polsce. W przypadku wejścia do Unii
jest zupełnie inaczej. Będą u nas w obrocie towary clone na przykład w Belgii.
I będzie to funkcją wejścia do Unii. Tak samo widzi to pewnie i ministerstwo
finansów, stąd strach Kołodki.
Janowski, cukier a Unia
Inna część pierwszego źródła składki to mieszczące się w ramach tak zwanych
tradycyjnych towarów przeliczeniowych (Traditional Own Resources), opłaty
cukrowe. Ich geneza związana jest z wprowadzeniem Wspólnej Polityki Rolnej.
Rynek cukru jest szczególnie chroniony w Unii, na dodatek sowicie
subwencjonowany przez dopłaty eksportowe i wysokie ceny skupów
interwencyjnych. Rynek cukru w Unii Europejskiej obejmuje: cukier, buraki
cukrowe, trzcinę cukrową, melasę, pulpę, produkty rafinacji cukru, izoglukozę
(substytut cukru otrzymywany z kukurydzy). W sektorze cukru funkcjonują dwie
kategorie cen: dla cukru (cena interwencyjna, docelowa i progowa) i dla
buraków cukrowych (cena minimalna i podstawowa).
Każdy kraj członkowski ma przyznany limit produkcji cukru, który pokrywa
wewnętrzne zapotrzebowanie na cukier (kontyngent A). Ponadto państwa UE
otrzymują kontyngent B stanowiący 20% kontyngentu A (w przypadku niskich
zbiorów lub klęski nieurodzaju stanowi rezerwę przeznaczoną na potrzeby
konsumentów). Natomiast kontyngent C objęty jest zakazem sprzedaży na
terytorium Wspólnoty i przeznaczony na rynki zewnętrzne. Przepisy pozwalają
jednak na przechowanie części kontyngentu (około 20% kontyngentu A) w kraju
wyprodukowania do czasu wytworzenia cukru z nowych zbiorów. Cukier z
kontyngentu C musi zostać wyeksportowany do 31 grudnia. Koszty tego całego
systemu pokrywane są właśnie przez opłaty cukrowe do budżetu Unii. Żeby
uświadomić sobie zakres biurokracji w tym tylko fragmencie unijnej ekonomii,
warto zajrzeć do dziesiątków regulacji Komisji Europejskiej.
Warto sobie uświadomić, że ponad 80 procent wydatków w ramach wspólnej
organizacji rynku cukru stanowią dopłaty eksportowe. Nie wiem, czy ten cały
kontekst składkowo-unijny znał poseł Janowski, walcząc o utworzenie holdingu
cukrowego, który miałby pozostać w polskich rękach. Jeśli znał, szkoda, że
nie użył takiej oto argumentacji: płacimy składkę członkowską, której część
idzie na dotowanie cukrowni; jak możemy więc dopuścić do sytuacji, w której z
pieniędzy polskich podatników dotować się będzie zachodnie cukrownie
najczęściej powiązane z kapitałem państwowym? Wejście ich zresztą na polski
rynek właśnie teraz, tuż przed przystąpieniem Polski do Unii, jest
jednoznacznie proste - chcą przerabiać polską kwotę cukrową i korzystać
dodatkowo z dopłat eksportowych zafundowanych im między innymi z polskiej
składki. I o tym należy pamiętać, nawet będąc gospodarczym liberałem.
Ministrowie pod gilotyną
Ministrowie finansów krajów kandydujących stoją teraz pod gilotyną. Jak na
dłoni widać słabość ich pozycji i bezczelność ich kolegów z "15". Dopiero
teraz uświadomili sobie, że trzeba będzie dopłacić do członkostwa w Unii. A
wystarczyło wziąć do ręki wyliczenia z początku lutego, które zrobiłem tuż po
przedstawieniu przez Komisję Europejską kandydatom propozycji finansowych
członkostwa. Bezprecedensowa bezczelność unijnych ministrów finansów, którzy
działają ręka w rękę z niemiecką komisarz do spraw budżetu Michaliną
Schreyer, widać przy okazji zabukowania zaliczek dla krajów kandydujących na
poczet funduszy strukturalnych. To pani Schrayer, jako pierwsza, na zebraniu
Rady Ministerialnej ds. finansów UE (12 lutego) stwierdziła, że jeśli nie
będzie wysokich zaliczek na poczet funduszów strukturalnych dla krajów
kandydujących, Polska stanie się płatnikiem netto. W Polsce interpretowano to
jako zagranie dla nas życzliwe. Tymczasem chodziło o skomplikowany plan,
który powstał w niemieckim ministerstwie finansów.
Unijni ministrowie przystali na to, co mówiła im Schreyer. Dali zaliczki,
nawet większe niż w krajach starej "15". Po to tylko, aby większość nowych
członków, w tym Polska, wyszła na papierze "na plus" w bilansie transferów
między ich budżetami państwa a unijną kasą.