Gość: Tomek
IP: *.merinet.pl
08.05.08, 22:31
Do rozpoczęcia tego wątku skłoniła mnie sytuacja z dnia
dzisiejszego. Otóż w środku dnia żona będąc w pracy otrzymała od
opiekunki naszego dziecka telefon z informacją, że "prawdopodobnie
będziemy musieli się rozstać". Oczywiście pół dnia w pracy siedziała
denerwując się co się stało, do mnie zadzwoniła dopiero po 15 żebym
i ja nie miał zmarnowanego dnia, etc. Po powrocie do domu
usłyszeliśmy od Pani Opiekunki, że jej choroba uniemożliwia jej
dalszą pracę i w zasadzie to ona ma nas i nasze dziecko w d... i
kończy pracę. Nie ma mowy o podwyżce, zmianie zasad pracy, itp.
Koniec i już. Pikanterii całej sytuacji dodaje fakt, że 3 miesiące
temu gdy podejmowała u nas pracę o swej poważnej chorobie nawet się
nie zająknęła (tak na marginesie ta poważna choroba to cukrzyca, coś
z czym żyją i pracują miliony ludzi). Oczywiście pracę chce
zakończyć natychmiast, mając gdzieś fakt że stawia nas w sytuacji
bez wyjścia. Cytuję wypowiedź "moje zdrowie jest dla mnie
najważniejsze". Po dłuższej rozmowie zgadza się zostać do końca maja
lub NAWET do połowy czerwca. Minęły 4 godziny, pierwsze emocje już
opadły i zaczynam się zastanawiać nad pokoleniem 50-60 latków...
Wnioski? To są ludzie absolutnie nieprzygotowani do jakiejkolwiek
pracy, nieodpowiedzialni, spaczeni przez komunę do tego stopnia, że
powinno się ich izolować od reszty społeczeństwa. Nie jest to opinia
wypowiadana na podstawie tego jednego przypadku. Obserwacje są
szersze: moi Rodzice, sąsiedzi, osoby z którymi pracowałem w
poprzedniej firmie... Wszyscy powyżej 50-tki i wszyscy sfrustrowani,
wiecznie niezadowoleni, permanentnie olewający to co do nich należy,
oczywiście wszystkowiedzący... Nie wspomnę o zawiści i wiecznych
plotach, które w moim wypadku doprowadziły min. do konieczności
założenia alarmu i monitoringu w mieszkaniu - siedzące na zasiłkach
sąsiadki plotkary trąbiły po okolicznych sklepach jakie to bogactwa
niby posiadamy... Gdy patrzę na tych ludzi to jestem załamany
faktem, że moje podatki są na nich wydawane. Praca 8 godzin to już
za dużo. Ja muszę zapierniczać 9, 10 albo 12 godzin i nikt się nie
przejmuje jak sobie daję radę (włączając w to nawet Rodziców).
Jedyne co usłyszałem to, że trzeba być debilem żeby jednego dnia
pojechać do Gdańska i z powrotem, bo "ja zażądałbym hotelu" - cytat
z mojego Ojca. Mogę sobie ten hotel wziąć bez problemu, ale
następnego dnia rano muszę być w Warszawie, a mój Tatuś tego już nie
rozumie. Moja pracująca żona usłyszała, że jest wyrodną matką skoro
zostawia 7 miesięczne dziecko pod opieką obcej kobiety. Fakt, że
robi to dla dobra i godnego życia rodziny nie ma już znaczenia. Ci
ludzie to jakiś koszmar...