chris-joe
16.04.14, 21:48
gdzie sie niekiedy przesiadam, na lawce znalazlem wczoraj telefon komorkowy. Z tych lepszych- Galaxy. Gdy pstryknalem guzik, otworzyl sie ekran z kodem blokujacym wejscie. Za to na tym ekranie widnialo imie, nazwisko i numer telefonu wlasciciela. (Skad inad dobry pomysl i juz go wdrozylem na mojej Galaxy.) Obok tych informacji byla i wiadomosc dla ewentualnego znalazcy: "God bless you". Zas na tapecie ekranu cytat z Biblii z odnosnikiem do autora i numeru wersetu.
Telefon zapakowalem i udalem sie do pracy. Po powrocie zadzwonilem pod podany numer. Odebral facet z tubalnym glosem kaznodziei. Dogadalismy sie, ze telefon nalezy do jego corki, ktorej nie bylo w domu, wiec poprosilem by zadzwonila pozniej, bysmy sie umowili na przekazanie telefonu. (Bylo nieco zabawnie, bo ja dopytywalem sie o 'Sajmona' i facet takiego nie znal, poki nie skojarzyl ze mowa o 'Simon'; widac freudowskim lapsusem zignorowalem koncowe "e" imienia.)
Gdy Simone zadzwonila, dowiedzialem sie, ze na owej stacji metra -jak ja- przesiada sie rutynowo co rano i to w porze niemal tej samej co ja (przesiadamy sie jedynie w odwrotne kierunki). Oczywiscie wiec umowilismy sie na dzisiejszy ranek; na tej samej lawce, gdzie telefon zostal zgubiony i znaleziony.
Simone zobaczylem niemal natychmiast po wyjsciu z wagonu metra, do ktorego normalnie zaraz by wsiadala. Dla pewnosci spytalem ja jeszcze o nazwisko, po czym wreczylem telefon. Ona usilowala wepchnac mi jakies dziekczynne pieniadze i karteluszek, gdy zas odmowilem przyjecia pieniedzy, poprosila bym wzial choc ta karteczke. Dobra, przyjalem. Wymienilismy usmiechy, pare slow i sie rozstalismy.
Juz w wagonie metra otworzylem karteczke: