Dodaj do ulubionych

Wspomnienia z PRL-u

09.07.17, 03:39
Moze w ramach odskoczni od polityki, religii, terorryzmu oraz wszystkich problemow, ktos sie podzieli i tez dopisze?

Mam bardzo mile wspomnienia w lat dosyc wczesnego dziecinstwa. Nie wiem 5-6 lat?
Pochodza glownie z miejsca starego zamieszkania, ktorym byla stara dwupietrowa kamienica w centrum miasta. Typowa zabudowa z brama wjazdowa na podworze, skad w dwu miejscach znajdowaly sie klatki schodowe prowadzace do mieszkan.

W obywu klatkach zawsze panowal polmrok. Nie pamietam czy z powodu braku oswietlenia, czy tez z podowu wysokosci gdzie zmiany zarowek stanowily problem. Klatki mialy drewniane szerokie schody z zeliwna ochrona po bokach, wykonczone tez w drewnie. Czesc schodow byla wyraznie wytarta i zuzyta od tysiecy krokow, czyli lat uzytkowania.

Kazda platforma miedzy schodami miala duze okana, ktora otwieraly sie na zewnatrz oraz szerokie paraperty.

Tez ktos tak mieszkal?

W dol kamienicy prowadzily schody do piwnic, gdzie nie bylo juz zadnego oswietlenia i chodzilo sie ze swieczka lub latarka, po wegiel, ziemniaki, kiszona kapuste, ktora stala w wielkiej beczce, marchew skladowana w skrzyni z piachem, cebule oraz weki...haha
Dzieci mialy zakaz bawienia sie w piwnicy co oczywiscie stanowilo najlepsza zabawe starszenia sie duchami w calkowitych ciemnosciach.
Powodem zakazu byla podloga, wylozona czarnym zuzlem, ktory brudzil ubrania. Wiadomo automatyczna pralka frania prala ale nie do konca sama.

Srodek podworza zdobil trzepak, bedacy tez glownym punktem spotkan towarzyskich dzieci na takowym wiszacych. Z tylu podworza byly komorki, golabnik paru sasiadow oraz metalowe kubla na smieci, ciagle przepelnione.
W jednym rogu publiczna latryna z ciagle otwartymi drzwiami na oscierz, cuchnaca niemozebnie, gdzie w srodku byla dziura do zalatwiania potrzeb.

W drugim roku byla sterta piachu, sluzaca dzieciom jako piaskownica, kotom jak miejsce zalatwiania sie oraz na srodku wielki orzech wloski - duma naszego podworka oraz sasiedniego znajdujacego sie tuz za drucianom siatka.
Owoce drzewa byly dzielone pomiedzy z ciaglymi walkami gdy galezie zwisajace po sasiedniej stronie byly oczyszczane z owocow przez druga czesc tych zza siatki...
Obserwuj wątek
    • maria421 Re: Wspomnienia z PRL-u 09.07.17, 11:18
      Mieszkalam w centrum Lodzi, w kamienicy z roku 1914, ktora kiedys musiala byc piekna- schody z bialego marmuru, witraze na oknach klatki schodowej, wielkie, wysokie mieszkania, piekne debowe parkiety. Kamienica miala front i dwie oficyny, w srodku podworko.
      Po wojnie mieszkania rozparcelowano, bo po co jednej rodzinie 250 metrow, kiedy wystarczy o wiele mniej... Na szczescie do kazdego mieszkania bylo wejscie od frontu i z oficyny. W oficynach nie bylo wind (byly to wejscia dla sluzby) , ale w klatce frontowej byla piekna winda, wylozona pieknym drewnem.
      Kiedys byla tez portiernia, ale po co komu w socjalizmie portier? Klatka stala otwarta, kazdy mogl wejsc, dopoki byl staly dozorca to zamykal brame od 22 wieczorem do 6 rano, pozniej tez juz nie.

      Pamietam degradacje tej kamienicy. Zaczely znikac szybki i witrazami, zastepowano je zwyklym szklem. Stara winda wyzionela ducha, wiec zastapiono ja nowa, blokowa. Piekna drewniana porecz przy schodach byla zakonczona rzezbiona glowa lwa, ktora ktos rowno upilowal i sobie zabral... i tak juz zostalo. Chodnik z linoleum na schodach zaczal sie przecierac, i tez tak zostalo... podobny los spotykal boazerie, sztukaterie, nie mowiac o lampach na klatce schodowej.

      Potem , juz po moim wyjezdzie, zainstalowano domofony, wiec klatka schodowa nie mogla juz sluzyc jako toaleta dla roznych typow, ale ciagle jeszcze kazdy mogl wejsc na podworko. Pozniej zainstalowano metalowa brame i przy niej domofony, nie wiem czy w jakis sposob odrestaurowano klatke schodowa.

      Trzepak oczywiscie byl na podworku :-)

      Najwyzsze pietro, piate, bylo przeznaczone na pralnie i suszarnie. Wejscie bylo tylko z oficyny, wiec trzeba bylo wnosic pranie na wysokie piate pietro. W pralni byl wielki kociol w ktorym pranie sie gotowalo, do plukania uzywalo sie "farbki" czyli niebieskiego proszku. Zawsze sie dziwilam jak to jest ze uzywa sie jiebieskiego proszku po to zeby bielizna byla biala :)
      Dawne czasy, potem kazdy mial "Franie",a pozniej pralki automatyczne :-)




      • kan_z_oz Re: Wspomnienia z PRL-u 09.07.17, 14:01
        Ciekawe Mario, ja mieszkalam w Radomiu i w tylko w dwu pietrowej kamienicy. Takowa tez podzielono na mniejsze mieszkania w czasie II wojny, czego oczywiscie nie pamietam.

        Poza brama byla miasto. Dworzec autobusoby, skwer wokol takowego, dom towarowy, sprzedajacy najprzerozniejsze wyroby.
        • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u 09.07.17, 14:21
          Moje wspomnienia z PRLu sa absolutnie nietypowe nie tylko dla Was ale i dla innych. Od 4 roku zycia mieszkalam z rodzicami w mieszkaniu sluzbowym na terenie...Schroniska dla Nieletnich Przestepcow:) Tam tez jadalam w stolowce, tak wiec uroki dobrej kuchn i poznalam duzo pozniej.. Mieszkanie znajdowalo sie na 2 pietrze starej pieknej szkoly zbudowanej chyba jeszcze przed 1 Wojna Swiatowa. Byly to niepiekne, ale ciekawe czuasy..
          • kan_z_oz Re: Wspomnienia z PRL-u 12.07.17, 13:16
            Moje wpomnienia z PRL-u z wczesnych lat dzieciecych sa absolutnie pozytywne, tez niepowtarzalne ale zdecydowanie bez urazow.

            Rozwine wiec, moze watek chwyci, moze nie...

            Tuz za brama znajdowalo sie miasto. Dworzec autobusowy oraz juz wspomniany dom towarowy. Ten ostatni byl ciekawym budynkiem z powodu architektury oraz z powodu sprzedawanych produktow. Byla to spora hala. Wysoka, szeroka z biznesami w srodku glownie sprzedajacymi materialy, dywany, zaslony, fieranki, odziez.
            Przed hala bylo zycie. Stali rozni sprzedawcy, rozni naganiacze oraz Cyganki wrozace.
            Z tylu hali z powodu sasiadowania w lokalnym parkiem, odbywala sie dzialalnosc konsumpcyjno- alkoholowa.

            Tam tez mozna bylo rozwijac dzialanosc gospodarcza...haha...obsluga klienta, ktoremu nie chcialo sie isc do sklepu po zakaske/papierosy.

            Musze stwierdzic, ze ja w takim miejscu kwitlam. Wszystko bylo proste; zakaska ze sklepu, papierosy z kiosku, wszystko dostarczone na tyly domu towarowego w zamian za butelki z konsumowanego wina.

            Butelki byly dostarczane do skupu buletek, ktory placil tak dobrze, ze ja tez kwitlam...i to wszystko przed pojsciem do szkoly.
            • maria421 Re: Wspomnienia z PRL-u 12.07.17, 14:23
              Niedaleko mojego domu byly dwa male sklepiki. Chodzilo sie "do pani Tomalowej" i "do pani Jarzabkowej".
              Do pani Tomalowej chodzilo sie po najlepsze w okolicy pieczywo- zapach swiezego chleba roznosil sie na cala ulice.
              Do pani Jarzabkowej chodzilo sie po warzywa, owoce, chodzilo sie ze sloikiem po bialy barszcz i z pustym syfonem zeby go wymienic na pelny.
              Obie panie robily rachunki kopiowym olowkiem na szarym papierze i robily to nieomal z predkoscia dzisiejszych kalkulatorow.

              Z drugiej strony byl sklep spozywczo- alhoholowy, gdzie mozna bylo kupic chalwe i blok czekoladowy. Chalwe oczywiscie cieta z bloku. Mozna tez bylo kupic oranzade w papierku i ja jesc z dloni. Czekolada marki "22 lipca d. Wedel" byla po 19 zl.
              Na jednym rogu ulicy byla pasmanteria, na innym kawiarnia majaca w asortymencie tylko kawe i wuzetki chyba , moze jeszcze jakis "krem sultanski" , nie wiem :-)

              Po drugiej stronie ulicy byl krawiec od "krawiectwa ciezkiego", moi rodzice szyli tam sobie plaszcze zimowe.
              Byl jeszcze maly sklepik z kapeluszami damskimi i sztuczna bizuteria.

              Troche dalej bylo cos, co tylko najstarsi pamietaja , a mianowicie punkt "repasjacji ponczoch", gdzie moja mama zanosila ponczochy do "podniesienia oczka" ktore "puscilo" w ponczosze :-)

              Ech, stare czasy....

    • chris-joe Re: Wspomnienia z PRL-u 12.07.17, 20:33
      Wychowalem sie na samym prawym krancu Warszawy, ktory to kraniec tym krancem sie stal ledwo 5 lat przed moim narodzeniem. Do tej pory bylo to podwarszawskie miasteczko, ktore swoje zaistnienie zawdzieczalo budowie przez Rosjan w 1866 roku kolei oraz tej dziwacznej stacji kolejowej. Niedaleko tej stacji Rosjanie wkrotce zmontowali cwiczeniowe pole strzelnicze, jakis garnizon itp. Z czasem garnizon sie rozrosl, doczepilo sie do niego miasteczko. Za II RP ten garnizon stal sie Akademia Sztabu Generalnego, w miasteczku zas wyrosla kolonia oficerska, poligon. Stamtad wlasnie Pilsudski szedl na Warszawe w 1926.
      Tak czy siak, w 1957 roku miasteczko zostalo wlaczone do Pragi Poludnie, wiec wychowywalem sie juz w Warszawie ;) Moje kredencjaly warszawskie sa jednak absolutnie niepodwazalne, bo i tak urodzilem sie na Powislu ;)

      Niemniej bylo to, i jest do dzisiaj, wlasciwie nadal miasteczko. Gdy sie jechalo (autobusem, albo kolejka podmiejska) do Srodmiescia, to sie mowilo "jade do Warszawy". Mieszkancy chyba do dzis maja tam lekki kompleks Warszawy, bo niby Warszawiacy ale jednak "nie calkiem".

      Tam moj matczyny pradziad sie "pobudowal" tuz przed wojna, zaraz obok muru odgradzajacego miasteczko od terenu Akademii Sztabu Generalnego. Taki sobie typowy dom jednorodzinny z czerwonej cegly. Dom odziedziczylo dwoch synow (tych, ktorzy przezyli okupacje). Wiec, gdy sie urodzilem, mieszkaly tam wlasciwie dwie rodziny. My zajmowalismy mniejsza czesc domu, wlasciwie tylko duzy pokoj z kuchnia, ktory to pokoj moj ojciec rozdzielil na dwa pokoje.

      Sracz byl na tylach podworka, wode sie lalo z pompy recznej na tymze podworku, ogrzewanie bylo "kaflowe", gotowalo sie na kuchni weglowej z fajerkami. Byl strych i piwnica, w ktorej to piwnicy trzymalo sie wegiel, kartofle i przetwory. Pamietam przez mgle, bylem wtedy maly smrod, gdy rodzice zakupili pierwsza, mala lodowke marki Igloo. Nawet pierwszy telewizor pamietam- Tosca. Przed tym telewizorem bylo tylko radio z galka i okiem oraz adapter, na ktorym mama sluchala Ordonki, Fogga i Santor. Byla tez czteropiosenkowa plyta Polomskiego z utworami "dzieciecymi".
      Wielbilem ta plyte!
      Gdy Polomski spiewal w jednej z tych piosenek www.youtube.com/watch?v=be-bhBaglIg "mam dzisiaj inne serce", to myslalem przejety, ze mial to serce transplantowane! (Sprawdzilem, w latach 60. dokonywano w Stanach pierwsze takie operacje, wiec musialo mi sie to obic o uszy z nowiutkiej Toski.)

      Na strychu byly egzotyczne skarby: przedwojenne roczniki wojskowego sanacyjnego pisma "Wiarus" w ktorym sie rozczytywalem (np. wizyta krola Rumunii w Warszawie!), przedwojenny paszport dziadka z orlem w KORONIE na okladce. Jednak nigdy nie znalezlismy radia i strzelby, ktore dziadek rzekomo zamurowal na strychu za okupacji. Te skarby dawaly mi dziecinna orientacje, ze nie zawsze byl i bedzie Gomulka, czy Gierek.

      Gdzies w srodkowej podstawowce, tatus odkupil reszte domu od kuzyna mamy i przejelismy calosc chudoby. To byla wielka przygoda, gdy tatus wyklul w scianie dziure do nieznanej mi reszty domu! Nagle wszyscy mielismy swoje pokoje. Niedlugo zainstalowalismy kanalizacje i prawdziwa lazienke, pozniej druga :) Nigdy jednak nie dorobilismy sie za PRL telefonu. PODANIE O TELEFON (!!!) rodzice zlozyli tez za mojej sredniej podstawowki, argumentujac, ze musza byc w kontakcie z dziecmi, gdy sa w pracy. Telefon zostal zalozony, gdy juz te dzieci dorosly i mieszkaly w Kanadzie, pod sam koniec PRL albo na samym poczatku III RP.

      Z tzw. "convenience stores"- sklepikow za rogiem, bylo ich trzy w moim rejonie. Dwa z nich to instytucje przedwojenne jeszcze, trzeci chyba tez, ale to byla buda. Kapuste kiszona, kartofle, ogorki kiszone, warzywa sie kupowalo "u Sobierajskiej", "u Pilicha" zas oranzade i syfony. Gume balonowa z komiksem zas w trzecim sklepie, ale nazwiska nie pomne. O! I smietane. Ale trzeba bylo uwazac, bo podrabiali maka. Byly niby i dwa "samy", ale tam chyba tylko ocet i dzemy za moich czasow.

      Po mojej miasteczkowej podstawowce rozpoczalem nauki w niezlym srodmiejskim liceum i szybko sie musialem "wyrobic", by dobic do "prawdziwych Warszawiakow". Szybko zmienic ciuchy i ZACZAC PALIC. W podstawowce wszyscy juz palili i pili, ja sie ostalem, bo bylem "inny" i sluchalem Beethovena i Czajkowskiego, miast Slade :) Niemniej mi ta "innosc" uchodzila na sucho, urki jakims cudem mnie szanowaly i oszczedzaly, wrecz bronily. Daly mi jakis dziwaczny, ale bezpieczny status.
      Gdy za czasow ogolniaka i krotkiego, przedemigracyjnego epizodu na UW, czesto pozna noca wracalem kolejka do domu "z Warszawy", pod stacja i w dalszej okolicy niemal zawsze trafialo sie na grupki podpitych mlodziencow szukajacych zaczepki. Czepiali sie i mnie, co grozilo mordobiciem. Niemniej wsrod tych urkow zawsze sie znalazl ktos, kto mnie znal z podstawowki i tuz-tuz przed pierwszym ciosem oznajmial: "Aaaa, to c-j przeciez, kurwa mac, odjebcie sie od niego! Ja perdole, jak leci, c-j?". Poklepal mnie po ramieniu i "trzymanko". Wlos mi nigdy nie spadl z glowy :)
      • jutka1 Re: Wspomnienia z PRL-u 12.07.17, 22:53
        Super wątek, i nie miałam czasu pomyśleć, a co dopiero napisać. Poprawię się, w niedzielę najpewniej, bo do piątku włącznie pracuję, a w sobote mam ognisko dla 7 osób. :-)
        • chris-joe Re: Wspomnienia z PRL-u 12.07.17, 23:07
          Sie sprez! :) Mi sie tez watek b. podoba.
          • kan_z_oz Re: Wspomnienia z PRL-u 13.07.17, 10:00
            Ciesze sie, ze watek zalapal. W sumie o to chodzi, posiedziec sobie na wirtualnej kanapie i sie dobrze bawic.
            Mario, jest to niesamowite jak podobnie u mnie bylo ze sklepami. Biegalam na rog ulicy, gdzie w tej samej kamienicy byl sklep spozywczy "Spolem" na zakupy do 'Waci"...haha.
            Wacia byla korpulentna, rozsadna z duzym sercem "baba", gdzie mozna bylo sie zjawic z mniejsza iloscia pieniedzy i doniesc reszte za chwile (zostawiajac towar oczywiscie na polce).
            Mozna bylo sie zjawic z iloscia 3PLZ i poprosic aby nawazyla w takiej cenie cukierkow...hlehle

            Wacia wiec wazyla i tez smarowala na papierze, ktory pozniej sluzyl za opakowanie.

            W sklepie staly tez oczywiscie dwie beki debowe ze sledziami i kiszona kapusta. W chlodni byly dwa sery; zolty i bialy...haha.
            Smalec byl krojony szerokim nozem z bloku i pakowany w papier, ten sam na ktorym Wacia robila blyskawiczne rachunki.
            Maslo bylo rarytasem drogim. Do pieczenia uzywalo sie wiec margaryny.

            Oczywiscie pamietam oranzadki w proszku z torebki. Pamietam tez ryz 'dmuchany'.

            Ewcia, my spedzilismy dwa lata mieszkajac w internacie przy lokalnej szkole chemicznej. Co prawda juz w drugiej polowie lat 80-tych i jako malzenstwo z dzieckiem, ale rozumiem. Stolowka byla podla ale nie bylismy sie w stanie juz na takowa zalapac, bo nastapily zaostrzenia w kwestii 2.5 kg miesa z koscia na kartki/ na miesiac.

            CJ, zazdroszcze dorastania w domu...pod Warszawa czy w Warszawie. Obserwowalam tylko w roznych czesciach mojego miasta 'kary' komunistycznej partii na tych majacych domy, gdzie wszyscy i tylko z malymi wyjatkami brodzili w blocie po kostki na nie utrawdzonych ulicach o ktore rzad sie nie martwil, bo nalezaly do 'burzuji"?
            Pamietam oczywiscie Przybylska, radio z dwoma guzikami oraz zestawem do grania plyt na gorze.
            Z lat PRL-u z Twoich chyba stron najmilej wspominam "Kapele Czerniakowska"...
            Na bazarze.

            www.youtube.com/watch?v=N-inCPL6S_I
            • maria421 Re: Wspomnienia z PRL-u 13.07.17, 12:09
              Mielismy do domu radio Pionier , w niedziele w poludnie grala kapela Dzierzanowskiego, Tata bral mnie na rece i ze mna tanczyl, Mama obiad gotowala.

              Tata moj potrafil duzo rzeczy sam robic, zelazko naprawic jak sie przepalilo , otwieral je ( w srodku byla taka spirala z koralikami) , cos tam pomajstrowal i znow grzalo.

              Mama kazdej jesieni robila zapasy na zime, czyli "wekowala" co sie dalo- ogorki , pomidory, sliwki, dynie, agrest, porzeczki. Przez cala zime mielismy soki i kompoty. No i oczywiscie kisilo sie kapuste na zime. Czyli- najpierw chodzilo sie na rynek, gdzie sie zamawialo worek kapusty u chlopa. Chlop worek kapusty dostarczal do domu. Potem trzeba bylo poszukac heblarza, czyli faceta ktory chodzi z heblem powieszonym jak plecak , bralo sie takiego do domu i on "heblowal" kapuste, ktora sie potem kladlo w kamienna beczulke, przyklywalo specjalnie przycieta deska, na ktorej sie kladlo duzy kamien. Kapusta wedrowala na balkon, zeby w domu nie smierdziala :-)

              Czesto na podworko przychodzil facet z takim specjalnym kolkiem i wrzeszczal "noze ostrze, nozyce!"
              Czasem przychodzila tez orkiestra podworkowa, jakies "Antki z Balut" czy cos w tym stylu, ludzie pieniazki z okien rzucali.

              Podworko bylo typu "studnia" wiec przy otwartych oknach sluchac bylo kazda rozmowe z podworka. Kiedys moj brat- nastolatek zaprosil sobie dziewczyne do domu i mnie wyslal na podworko zebym nie przeszkadzala. Odplacilam mu za to mobilizujac wszystkie dzieciaki na podworku do wrzaskow, piskow i krzykow :-)

      • ertes Re: Wspomnienia z PRL-u 13.07.17, 16:49
        MOje powiazania z Rembertowem choc nigdy tam nie mieszkalem sa dosc silne gdyz moj dziadek wybudowal tam dom na kilka lat przed wojna. Albo raczej kamienice chyba z szescioma mieszkaniami czy jakos tak.
        PRL zabral dziadkowi wlasnosc ale pozwolil im mieszkac w jednym z mieszkan wiec dopoki dziadkowie zyli jezdzilismy tam co jakis czas. Najbardziej pamietam coroczne wyjazdy na Zaduszki gdyz na lokalnym cmentarzu jest pochowanych calkiem sporo osob z mojej rodziny. Pamietam tez jazde po glownej ulicy ktora byla wubrukowana kostka. Alez telepalo autem.
        Po odzyskaniu niepodleglosci zastanawialismy sie czy probowac odzyskac kamienice ale chyba jakos nikomu z nas nie bardzo sie chcialo.
        • chris-joe Re: Wspomnienia z PRL-u 18.07.17, 20:31
          Ta brukowka to Nowy Rembertow i swietnie ja pamietam, od Marsa do kosciola. Ja mieszkalem w Starym Rembertowie, gdzie glowna ulica, wowczas Wieczorkiewicza, dzis Chrusciela-Montera, miala normalny asfalt. Za to moja uliczka nie miala nic, czyli tzw. dirt road, az do pokomuny :)

          Rembertow mial dwie "claims-to-fame": wlasnie Akademie Sztabu Generalnego oraz, oczywiscie, CIUCHY, slynne na cala Polske, ktorych od lat juz ni ma :)
    • ertes Re: Wspomnienia z PRL-u 13.07.17, 17:17
      Wspomnienia z PRL-u? Raczej wyglada na wspomnienia z dziecinstwa i mlodosci.
      PRL chyba nie ma co za bardzo wspominac gdyz za rozowo wtedy nie bylo.
      • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u 13.07.17, 17:53
        I oto wlasnie chodzi ertes. Wiele osob mowi ze mialo fajnie w PRLu, ale w gruncie rzeczy to uczucie "dobrze" wynika z tego ze byli, mlodzi, beztroscy, zdrowi i szczesliwi. Zaznaczam ze moja uwaga nie odnosi sie do obecnych, tylko ogolnie. Bo bywajac od czasu do czasu w Polsce wtedy i teraz wlasnie to zaobserwowalam: niezadowolone ekspedientki, musza porzadnie pracowac, podczas gdy za komuny siedzialy na krzeselku za lada i obslugiwaly jak im sie akurat chcialo. Takich przkladow moge podac wiele, ale sami to znacie przeciez.
      • maria421 Re: Wspomnienia z PRL-u 13.07.17, 18:06
        Tak, to sa wspomnienia z dziecinstwa i mlodosci, ale z dziecinstwa i mlodosci w PRLu.

        I fajnie ze sa to dobre wspomnienia.
        • kan_z_oz Re: Wspomnienia z PRL-u 14.07.17, 10:04
          Dla uscislenia - moje wspomnienia z mlodosci od 81 roku nie byly juz takie mile. Byl to dla mnie najbardziej beznadziejny okres czasu, ze tylko zalowalam, iz jestem za mloda aby gdziekkolwiek wyjechac.
          • minniemouse Re: Wspomnienia z PRL-u 17.07.17, 02:09
            Z jednej strony zle, z drugiej dobrze. gdy po wojnie Polska sie rozwijala nie bylo az tak zle, jesli pominie sie pewne ustrojowo-polityczne sprawy. ale kazdy mial prace, opieke zdrowotna, jedzenie bylo smaczne i naturalne, bylo tez gdzie mieszkac a niedogodnosc braku mieszkan miala te dobra strone ze kazdy kazdego dobrze znal i to zapewnialo pewne bezpieczenstwo dla dzieci ktore dzien spedzialy same na zewnatrz. zwlaszcza te starsze bogwiegdzie. pamietam jak chodzilam z kolezanka i jej psem na spacery to przeciez kilometry przerabialysmy, nieraz az do parku - dzisiaj nie do pomyslenia aby 9-10 lat tak daleko bez opieki doroslego. a wtedy bylo normalne. lyzwy na zamarznietej rzeczce kolo szkoly gdzie przylazilo okoliczne chuliganstwo, w lecie kapiele w stawie gdzie prawie co roku ktos sie topil. i tu i tu bez opieki..
            w domu pamietam moje ukochane radio Undine, w ktorym co jakis czas padal transformator i tylko prywaciarz byl w stanie to przewinac, panstwowy zaklad Radiotechniki nie :) mebloscianki z segmentow plus amerykanki, a jakze, ktore ojciec co rusz przerabial bo lubial zmiany : ) oczywiscie pawlacze, piwnica, w polowie zasypana piaskiem dla kota - 1/4 zostala po jego smierci (7 lat, rak go dopadl) lol
            Poza tym jako bardzo male dziecie - naprawde male, jakies 4-5 lat - pamietam jak przez mgle wozeczek z jedna dluga raczka z tylu, w ktorym dziadek mnie wozil i raz nie zapial i akurat wtedy na kamieni trafil i wylecialam lukiem z wozeczka, ale szczesliwie na lapy opadlam i nie plakalam tyllko sie smialam a biedny dziadek byl przerazony :D w ogole dziadka wielbialam, swiata poza nim nie widzialam. Lody Calipso, w upaly cieknace z papierka mimo to pyszne. Wesole miasteczka - kolorowe karuzele, strzelnice z kiczowatymi zabawkami, pozlacane koniki dla maluchow - swiat jak z bajki w szarej komunie,
            kolonie i wczasy z zakladu pracy - zwlaszcza te w domkach kempingowych z kabinami prysznicowymi gdzies w Dziwnowie albo Darlowku (juz dokladnie nie pamietam gdzie) w lesie przy plazy, a wieczorem gry w siatkowke z wspolpracownikami lub pingpong w klubokawiarni, szkoly gdzie od poczatku do konca byl niezminny sklad uczniow i nauczycieli. cudowne wychowawczynie, pan od historii, chemiczka, - to bylo fajne. wycieczki samochodowe z zakladu pracy - kto mial samochod ten bral tych co nie mieli. zwiedzalo sie jakies zabytki, chodzilo po gorach a potem jajka na twardo z kielbasa na kocyku na trawce nad woda.
            czasem padalo, to wrazenie robily pioruny ogladane z okna samochodu i z przejeciem komentowane.
            Hale targowe, Pewexy, cudownosci za marki i dolary, ciocie i wujki za granica, Disneye na swieta, dobre filmy amerykanskie i francuskie w kinach, letnie Konfrontacje, spotkania z artystami w Empiku, w BWA, Palacyk, coroczne wystawy kwiatow..
            No i przeciez nasze cudowne ogrodki dzialkowe - male rajskie wyspy kreatywnosci, smakowitosci, kolorow, odrobina prywatnosci i wytchnienia posrod masy wspolnoty i jednolitosci.
            echhh, troche jest za czym tesknic

            Minnie
            • maria421 Muzyczne wspomnienia z PRLu 17.07.17, 11:32
              www.youtube.com/watch?v=lW_XYk-Xc94
              www.youtube.com/watch?v=EEsbyPWTshE
              www.youtube.com/watch?v=PnKxmL37YFc



    • xurek Re: Wspomnienia z PRL-u 18.07.17, 20:23
      Piekny watek i z checia sie dopisze :)

      Ja w ciagu mojego dziecinstwa i nastoletniosci mialam trzy domy:

      u dziadkow, w ktorym spedzilam w calosci pierwsze 3 lata zycia a pozniej prawie kazda wolna od przedszkola badz szkoly chwile

      u moich rodzicow w bloku, w ktorym zamieszkalam jak mialam trzy lata i spedzilam nastepne 10,

      ten, ktory wybudowali moi rodzice na polu moich dziadkow i do ktorego przeprowadzilismy sie kiedy mialam 14 lat.

      Moi dziadkowie mieszkali od kiedy siegnac pamiecia na Plechöwce, , obydwoje pochodzili z rozleglych zasiedzialych slaskich rodzin, ktore posiadaly hektary pol i wiele domow pobudowanych przez kolejne generacje. Po wojnie prawie wszstko zostalo im zabrane. Rodzina dziadka miala wiecej szczescia, zatrzymali swoj rodzinny dom – trzypietrowa kamienice z czerwonej cegly, w ktorej zamieszkal Ujek Ymil, ich najstarszy syn i ciotka Gela, ich najstarsza corka, jak rowniez kilka pol uprawnych. Rodzina babci miala mniej szczescia – najstarszy brat Jakub, ktory objal rodzinne gospodarstwo, zostal wysiedlony do Niemiec a gospodarstwo wraz z rola oddane polskim uchodzcom spod Lwowa, zwanych na wsi «hadziaje». Rodzinie ostal sie malenki domek, ktory moj pradziadek wybudowal w podeszlym wieku dla siebie, swojej zony i ciotki Terezy, ich niezameznej corki, ktora juz w mlodym wieku przeznaczona zostala na zajmowanie sie rodzicami. W ogrodzie tego domu ciotka Klara po wyjsciu za maz wybudowala wlasny, nieco wiekszy dom.

      Ciotka Tereza przygarnela po wojnie moja babcie z jej dwoma synami, kiedy dziadek wrocil w 47 zamieszkal rowniez w tym domu, w ktorym urodzil sie Paulek, ich trzeci, powojenny syn.
      Ja niejako «prosto z porodowki» oddana zostalam na wychowanie mojej babci Lynie i zamieszkalam w ich domu.

      PIerwszym pomieszczeniem w domu byl widnfang z cala sciana zabudowana oknem ze szprosami. W widnfangu stal regal na buty i rycka, na ktorej dziadkowie siadali, kiedy je zmieniali. Poza tym wisialy w nim «poswiyncöne palmy» i wiechcie suszacych sie ziol. Widnfang mial ciemnozielony «zokiel», czyli czesc sciany od podlogi do wys. mnw. metra pomalowana farba olejna i jasnozielone sciany z bialym «szlackiym». Podloga w calym domu byla z szerokich dech pomalowanych farba olejna na ciemnoczerwony kolor.

      Z windfangu wchodzilo sie do siyni, z ktorej szly schody na göra, czyli strych, byla klapa do pywnicy, wejscie do mieszkania ciotki Terezy, wejscie do babciniej kuchni i zamkniete na klucz drzwi do izby, ktora tez nalezala do babci i do ktorej wchodzilo sie przez kuchnie. Pod schodami stala beczka z kiszona kapusta, na przeciwko piec weglowy na ktorym zawsze stal dyzurny “gorcek z kawom zbozowom, jakby fto miol pragniynie” a we wnece zamnkietych drzwi do izby pralka. Sciany tez mialy ciemnozielony zokiel i jasnozielona gore z bialym szlackiym.

      Sien i widnfang oddzielaly ciezkie, drewniane dwuskrzydlowe drzwi. Te drzwi w zaleznosci od pory roku zupelnie zmienialy charakter tych pomieszczen. Zima byly zamykane, przez co windfang stawal sie lodowatym uroczyskiem z przepieknymi wzorami, ktore mroz malowal na niezliczonych malych szybkach a sien stawala sie mroczna cieplutka dziupla. Wiosna drzwi otwierano i pomieszczenia zlewaly sie w jasna jednosc.

      Mieszkanie ciotki Terezy skladalo sie z komörki i izby. Komörka byla polpywnica, zimnym wilgotnym pomieszczeniem z malenkim okienkiem pod sufitem, ktore sluzylo ciotce za lazienke, kuchnie i spizarnie. Podloga byla betonowa, sciany pomalowane «wapnym». W komörce byl ausgus, czyli zlew, lawa z waniynkom, bifyj i kuchenny stol. Izba byla dlugim pomieszczeniem, w ktorym byla szafa, lozko, stol i zelezniok, bedacy jedynym piecem do ogrzewania i gotowania. Na scianach wisialy swiynte uobrozki (Jezus i Maria z aureolami nad glowa trzymajacy dlonie na otwartych sercach otoczonych cierniowym drutem) i zygor z kukukiym. Sciany byly zgaslozielone ze srebrynm «szlackiym».

      Mieszkanie babci skladalo sie z kuchni i izby. Kuchnia byla «na beztydziyn», czyli do codziennego uyztku a izba «uod spanio i uod swiynto».
      W kuchni toczylo sie nasze zycie: stal tam piec weglowy z piekarnikiem, zelezniok uzywany tylko w zimie, stol z czterema krzeslami, bifyj, ausgus, lawa z miskom do mycia gorow, szafka na rzeczy przerozne nad ktora wisiala typowa slaska makatka: habrowy haft na bialym wykrochmalonym lnie przestawiajacy jakas kuchenna scene, lezanka, na ktorej spal Paulek i czasami ja, szafka pod telewizor a na niej telewizor a nad nim na polce przykreconej do sciany radio. Obok lezanki stala maszyna do szycia “singerka”. I ten sam ciemnozielony zokiel a nad nim jasnozielona sciana ze szczybnym szlackiym. Na lezance byly zogowki i deka, jakby ktos chcial sie w ciagu dnia zdrzemnac a miedzy piecem i zelezniokiem stala dziadkowa rycka. Byla tez wneka, zwana “za forchangiym”. Stala tam lawa z waniynkom, w ktorej wszscy sie mylismy “na beztydzien”.

      W izbie zas bylo malzenskie loze z zaglowkiem, dwie szafy (jedna dziadka jedna babci), toaletka z trojpodzielonym lustrem i stol z heklowanym obrusem i wazonem ze sztucznymi kwiatkami. W zimie w kacie stal “kibel z deklym”, do ktorego pozwalano mi noca “isc z potrzeba”, bo ustymp, czyli ubikacja, byl na podworzu. Nad lozem wisial taki sam Jezus z wyeksponowanym sercem, nad kazdymi drzwiami krzyz. Na lozkach lezaly grubasne pierzyny i potezne poduchy. Izba sluzyla do spania, imprezowania i przyjmowania koledy. Tutaj przy wielkim stole graniczacym z nogami loza odbywaly sie wigilie, wielkanoce i urodziny dziadkow i Terezy. Wtedy loze nakrywalo sie heklowana narzuta, stol wystawialo na srodek, przynosilo dodatkowe krzesla z kuchni i wyciagalo swiontalnom zastawe.

      Dom polaczony byl z chlywikiem i stodolom w ksztalcie litery L, na przeciwko domu byly dwie komörki i ustymp, obok ustympu gnojok a obok gnojoka przebiegala droga do domu ciotki Klary i do ogrodzonego drewnianym plotem ogrodu. W kacie miedzy stodola i komorkami stala stara wisnia, pod ktora stala psia buda a obok piaskownica, ktora dziadek dla mnie zrobil. Dziadek wkopal w piach drabine, po ktorej moglam wejsc na plaski dach komorek, przejsc po nim i zejsc do ogrodu albo po stojacej obok dachu czeresni albo po drabinie, ktora dziadek przygotowal i przymocowal po drugiej stronie dachu.

      W chlywiku po lewej stronie byla zagroda dla swini. Swinia przebywala glownie w tym chlewiku, raz w tygodni szalala zas na placu i w uogrodku, kiedy to dziadek czyscil jej chlewik i wyrzucal zuzyta slome na gnojok. Na wprost byly klatki z krolikami a nad nimi grzedy dla kur, na ktore wchodzily po czyms na ksztalt draga z poprzecznymi szczebelkami. Za chlewikiem byla stodola, w ktorej stalo wszstko: wozek na siano, kosy, sierpy, beczka ze zborzem dla kur, dwa gniazda dla kur do zoszenia jajek, szatkownica do kapusty i cala masa innej przeroznej graciarni. Stodola miala rowniez pietro, tzw. wiyrch, na ktorym skladowane bylo siano, sloma i wory ze zborzem i na ktory wchodzilo sie po drabinie. Cala stodola pachniala zawsze sianem i sloma i byla przecudownym miejscem do zabawy.

      Prostopadle do stodoly staly dwie komorki: jedna ciotki Terezy i druga moich dziadkow. W komorkach skladowany byl wegiej i drewno na opal, w swojej dziadek trzymal rowniez mnostwo przeroznych narzedzi. Ostatnim w rzedzie komorek byl ustymp, wychodek w calosci wykonany z desek i pomalowany wewnatrz ta sama ciemnoczerwona olejna farba, z dziura przykryta pokrywka z wielkiego garca do gotowania bielizny. W scianie wbity byl gwozdz, na ktorym wisialy przyciete na wymiar kawalki starych gazet zastepujace papier toaletowy. Przed komorkami stala klopsztanga, czyli trzepak i gnotek do rabania drzewa i zabijania kur.

      W ogrodzie bylo kilkanascie drzew owocowych i dwie stojace w ich cieniu lawki plus wedzarnia zrobiona przez dziadka i szklarnia na sadzonki, czyli zbita z dech skrzynia przykryta starymi oknami. Za ogrodem bylo pole, rowniez ogrodzone, na ktorym rosly kartofle i bylo pare warzywnych grzadek. Ogrodzenie chronilo plony przed dz
      • chris-joe Re: Wspomnienia z PRL-u 18.07.17, 20:59
        Cudo, Xur! :) Mi to wszystko przypomina realia moich ojcowskich dziadkow z Roztocza, gdzie czesto jezdzilismy. Jednak dla mnie, "miastowego" (chocby i z Rembertowa ;) , byla to pewna egzotyka. Te szopy, kroliki, swiniak, nieznane mi sprzety. I gadali inaczej niz twoi- ze wschodnim zaspiewem :) Gdy przyjezdzalismy tam np. na Boze Narodzenie, to sie ludzie schodzili do babcinej kuchni i gadali, opowiadali dlugie historie. Gdzies sie tam paletalem jako maly smrod i sluchalem. Dopiero po latach zdalem sobie sprawe, ze te historie, ktore wzbudzaly sprzeczki o to jak "to naprawde bylo", dotyczyly rownie zarliwie czasow okupacji, pierwszej wojny swiatowej, jak i najazdow... tatarskich.
        • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u 18.07.17, 21:56
          Minni, a wez ty puknij sie w leb, dziewczyno:
          "Z jednej strony zle, z drugiej dobrze. gdy po wojnie Polska sie rozwijala nie bylo az tak zle, jesli pominie sie pewne ustrojowo-polityczne sprawy. ale kazdy mial prace, opieke zdrowotna, jedzenie bylo smaczne i naturalne, bylo tez gdzie mieszkac a niedogodnosc braku mieszkan miala te dobra strone ze kazdy kazdego dobrze znal i to zapewnialo pewne bezpieczenstwo dla dzieci ktore dzien spedzialy same na zewnatrz. zwlaszcza te starsze bogwiegdzie. pamietam jak chodzilam z kolezanka i jej psem na spacery to przeciez kilometry przerabialysmy, nieraz az do parku - dzisiaj nie do pomyslenia aby 9-10 lat tak daleko bez opieki doroslego. a wtedy bylo normalne."
          • minniemouse Re: Wspomnienia z PRL-u 06.08.17, 22:37
            ewa553 napisała:
            > Minni, a wez ty puknij sie w leb, dziewczyno:

            sama sie wez puknij. kazdy medal ma dwie strony.

            Minnie
      • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u 18.07.17, 22:06
        Super Xurku, jakze ja sie za Twoimi opowiadaniami stesknilam! No i siem zastanawiam czy oprocz mnie ktos jeszcze zrozumial twoje ausdruki:) Ja nie jestem z czysto slaskiej rodziny, bo moj Tato byl z Zaolzia, a Mama to z jeszcze dalej, ale slaski slyszalam w podstawowce i na ulicy przed domem, gdzie bawilam sie z dziecmi z familokow. Tak wiec slaski znam bardzo dobrze. Twoje opowiadanie cofnelo mnie do dziecinstwa i bardzuo Ci za te wspomnienia dziekuje.
        • chris-joe Re: Wspomnienia z PRL-u 18.07.17, 23:47
          Mi zdecydowanie by sie przydal jakis podreczny slownik slaski do opowiadan Xura. Poradzilem sobie domyslunkiem, bo jak inaczej :)
          • kan_z_oz Re: Wspomnienia z PRL-u 19.07.17, 10:43
            Opisy Xurka przypomnialy mi wyjazdy wakacyjne do rodziny na wies. Moja babcia miala siostre mieszkajaca miedzy Kalwarja Zebrzydowska a Wadowicami (linia kolejowa). Sama tez pochodzila z tych stron. Wies byla oddalona od stacji, drog i wogole wszystkiego i nazywala sie Zakrzow.

            Znalazlam takie zdjecie i yep, nic sie nie zmienilo, oprocz tego, ze kosciol zostal odnowiony jak rowniez plot nalezacy do plebanii. Moja rodzina mieszkala gdzies po drugiej stronie drogi, prawie na przeciwko tego kosciola.

            pl.wikipedia.org/wiki/Zakrz%C3%B3w_(powiat_wadowicki)
            Wyprawy do lasu w okolice Gory Chelm, byly jedna z lokalnych atrakcji. Glownie zbieralam w tym lesie dzikie maliny, ktore babcia przerabiala na soki dla calej rodziny.

            Gospodarstwo mialo tez dwie chalupy, stajnie i stodole. Wujek Karol poruszal sie furmanka na drewnianych kolach, jako glowny srodek transportu oraz pojazd do prac na roli. Rodzina miala szereg poletek pororzucanych po okolicznych gorkach, gdzie dojazd nie byl latwy i z pewnoscia do czesci nie dla samochodu czy nawet traktora, o ktorym nikt tam nawet nie marzyl.

            Ciotka porozumiewala sie mowa, ktora zdolalam opanowac dopiero po paru pobytach. Byla to jakas lokalna kombinacja gwary goralskiej, wiejskiej i kto tam jeszcze wie czego?
            "pudze haw", "pudze haniok" - znaczylo przyjdz tu i pojdz tam...haha

            Zawsze na koniec wakacji bylam w stanie tez ta gwara troche mowic, ku uciesze kuzynow i zgorszeniu pewnie moje rodziny.

            Wakacje u ciotki byly ostre. Byla to surowa i twarda baba, patrzaca na nasze miejskie wychowanie jako 'upust bozy'. Czesc dnia spedzalismy wiec pomagajac w zniwach. Karol gonil nas aby wiazac snopki, w szczegolnosci owies, ktory byl krotki i latwy do "podbierania".

            Zboze podbieralo sie gdy Karol kosil kosa. Szlo sie za nim i zbieralo to co za jednym zamachem ukladalo sie w jedna kupke. Odchodzilo natychmiast na bok, zostawiajac miejsce dla nastepnej osoby "podbierajacej"...i nastepnej i tak dalej...dopoki Karol nie zdecydowal sobie zrobic przerwe na ostrzenie reczne kosy, picie wody z gliniaka lub posilek skladajacy sie z ziemniakow i zsiadlego mleka.

            Punktem kulminacyjnym wakacji byl odpust w Kalwarii Zebrzydowskiej przypadajacy zawsze na 15 sierpnia. Byla to cala wyprawa, przez pola na gorze, las na caly dzien. Klasztor na gorze Zebrzydowskiej byl atrakcja tez sam w sobie. W polaczeniu z odpustem, byly 'stacje' dla pielgrzymow do przebywania, niczym Jezus na Golgocie.

            Szczerze mowiac nie pamietam dokladnie kto, co i dlaczego. Pamietam za to atmosfere swiateczna, liczne beki z ogorkami malosolnymi, stragany sprzedajace oprocz dewocjalii, jedzenie, slodycze, obwazanki wiazane w misterne lancuchy, ktore mozna bylo nosic na szyi.

            Minniemouse - w ktorym roku wyjechalas z Polski??
            • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u 19.07.17, 12:33
              15 sierpnia kanie jest swieto Maryi. Tylko nie pamietam czy zielnej czy innej?
              Na Gorze Kalwarii przezylam horror. Pamietasz zapewne ze wjezdzalo/wchodzilo sie po drodze mocno pod gorke. Otoz jako poczatkujacy kierowca wybralam sie na wycieczke gdzies chyba na Poronin czy co i po drodze postanowilismy odwiedzic Gore Kalwarie. Bo zabralam kolezanke z jej chlopakiem. Otoz jadac pod gorke zatrzymalam sie i zgasl mi silnik, albo cos w tym rodzaju. A potemn trzeba bylo ruszyc pod gorke. Poczatkujaca bylam, wiec zatrzymalam sie prosto pod gorke i jak tylko probowalam ruszyc z tej pozycji, to zaczynalam sie toczyc w dol, czyli do tylu. Wera wyskoczyla przerazona z auta, a jej chlopak wysiadl i podkladal mi kamienie pod kola. Jakos potem ruszylam, ale co sie strachu najadlam, to pamietam do dzis.
              • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u 19.07.17, 12:34
                co do xurkowej gwary to mi sie przypomina stary dowcip z czasow jak Gierek przeniosl sie do Warszawy. Otoz idzie Gierek na zakupy i mowi ze chce kupic ancug. Ekspedientka pyta co to, a on: no gacie, westa i szakiet!
                • xurek Re: Wspomnienia z PRL-u 19.07.17, 14:18
                  niy gacie, ino galoty :) :) :), ale kawal smieszny :)
                  • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u 19.07.17, 15:09
                    jasne, galoty! gacie to gacie ... A najsmieszniejsze jest to, ze G. nie byl Slazakiem tylko Zaglebiakiem, ale dla Warszawiakow wszystko co ponizej Warszawy, nalezy do wspolnego garnka
              • maria421 Re: Wspomnienia z PRL-u 19.07.17, 14:12
                Ewa, 15 sierpnia to jest Wniebowziecie Najswietszej Marii Panny, popularnie zwane swietem Matki Boskiej Zielnej, dobrze Ci sie kojarzy. Do polowy sierpnia juz jest na ogol po zniwach i rozpoczynaja sie dozynki. Pewnie stad nazwa "Matki Boskiej Zielnej".

                Ja w dziecinstwie wolalam wakacje na wsi niz kolonie. Na koloniach bylo spanie w duzych salach, okropne zupy mleczne na smiadanie, byly jakies durne apele, nieciekawe wycieczki, konkursy , itp.

                Na wsi bylo samo zycie z natura i w rytmie natury. Nauczylam sie zaprzegac i wyprzegac konie z wozu, nauczylam sie pobierac zboze za kosa , wiazac snopki i ustawiac je w stogi, nauczylam sie robic maslo w kierzynce . Pamietam zapach krow wracajacych z pola (w tamtych czasach krowy pasly sie na lace!) , gotowych do dojenia. Nie nauczylam sie doic. Pamietam zapach swiezego mleka, choc go nie lubie. Pamietam zapach ziemi i suchej i po deszczu. Wiem do tej pory jak sie wianki wije i jak sie robi pierscionki ze slomy. Pamietam jak fajnie jest taplac sie w blocie bosymi stopami i jak smakuje swiezy , w domu upieczony chleb z wlasnorecznie zrobionym maslem. Pamietam jak smakuja proste , swieze posilki spozywane w poludnie pod lipa . Jakies pyrki z gzikiem , na przyklad :)
                I pamietam jak smakuje schlodzona kawa zbozowa ktora jako dziecko, razem z chlebem i serem, nosilam chlopom w pole na podwieczorek.

                Kazdy na wsi musial sie do czegos przydac, rowniez dzieci. Chocby do noszenia podwieczorku w pole, czy do zamiatania podworka, czy do pasienia krow.

                Dwa lata temu moj brat urzadzil mi wycieczke do Gniezna i do Lednicy . Zapytal tez czy chce zwiedzic skansen.
                Skansen? Czyli to co pamietam z dziecinstwa? Te kierzynki do masla, te drewniane niecki do wyrabiania chleba, cepy, kosy , brony , plugi, kieraty, kolowrotki i drewniane maglownice?

                Nie, nie trzeba, ja to wszystko dobrze znam. Zreszta on tez:-)




      • xurek Wspomnienia z PRL-u - zycie na wsi I 19.07.17, 15:46
        Plechöwka lezy przy steinbruchu, czyli kamieniolomie Dolomitu i “Bukach”, rozleglym rezerwacie bukowym.

        W czasach mojego dziecinstwa Dolomity jeszcze dzialaly a dziadek po zakonczeniu pracy na grubie, czyli kopalni, przyjal sie tam na pol etatu za palacza. Palil w piecach ogrzewajacych budynek biurowy i laznie.

        We wsi byl sklep sprzedajacy wszstko oprocz miesa, ktore albo mialo sie swoje ze swiniobicia, albo kupowalo od kogos, kto sprzedawal ze swojego swiniobicia (bardzo rzadko), albo dziadek brol kolo (rower) i jechol na uosiedle do masorza i mieso kupowal. W Dolomitach zas "na zadku", czyli z tylu budynku biurowego sprzedawali brauzy, czyli oranzady robione na miejscu i nalewane do takich butelek ze szklanym korkiem na metalowym precie. Po te brauzy chodzilam z wielka ochota.

        Babcia prawie nigdy nie chodzila na zakupy, nie chodzila tez nikogo odwiedzac, rzadko przyjmowala wizyty a jedyne jej wyjscia to wizyty w kosciele dwa razy w tygodniu: raz w ciagu tygodnia i raz na niedzielna msze. Sasiadki, do ktorych ja z kolei zagladalam bardzo chetnie i czesto mowily o babci “ze se mysli, bo pannom u panstwa w Bytomiu suzoua” i dlatego do uwaza sie za lepsza i do nikogo nie zaglada. Ja jednak mysle, ze babcia po prostu byla osoba na dystans i nie lubila bliskich kontaktow, ale i tak wiedziala wszstko, co dzialo sie we wsi i czesto pomagala, uzywajac mnie za poslanca roznoszacego pieniadze w kopertach, ciasto, kielbase albo lekarstwa do tych, ktorzy byli w potrzebie. Poza tym babcia jako jedna z niewielu nie nosila “slonskich kiec”, tylko miaja kolorowe fartuchy na beztydzien i piekne szaty do kosciola, z koralami i kapeluszem. Miala tez jedna srebrna broszke, ktora pozwalala mi czasem na chwile przymierzyc przed lustrem i ktora po niej odziedziczylam i mam do dzis. Nie nosila tez nestlika, czyli ciasno spietego koka z warkocza, tylko taki bardziej luzny trzymany przez szpangi.

        Babcia zajmowala sie domem, gadzinom, czyli zwierzetami domowymi i polem, czyli warzywniakiem, sadem i kartoflami. Dziadek pracowal najpierw na grubie, potem w Dolomitach, poza tym najmowal sie do zniw, bo byl najlepszym kosiarzem na wsi i kosil laki w lesie na siano dla krolikow i przywozil je wozkiem, ktory stal w stodole. Organizowal i rabal drzewo na rozpalke, zalatwial i wrzucal do komorek wegiel na zime i naprawial wszystko, co sie zepsulo.

        Zabawy mojego dziecinstwa przypominaly zajecia doroslych, mimo to jednak sprawialy niesamowita frajde. Rano szlam z babcia doc zric (jesc) kurom, narwac wanielicy do krolikow i uwarzic kartofle do swini. Potem robilysmy sinadanie spiewajac przy tym koscielne piesni (moja ulubiona bylo “w Karmelu cichej celi), babcia miala piekny glos.

        Po sniadaniu babcia zabierala sie za sprzatanie, pranie, pielenie w ogrodzie i inne takie a ja szlam “na wies”, poplotkowac u sasiadow przy lipowej herbacie z miodem i kawalku koloca, biegac po polach z dziecmi ze wsi badz tez szlam z dziadkiem na grzyby / maliny / jagody / siano albo z ciotka Tereza zbiyrac tyj. To lubilam najbardziej: lazenie po lakach i zbieranie z ciotka przeroznych ziol, z ktorych robila pozniej herbaty “na wszstko”. Ciotka nauczyla mnie rozpoznawac wiele ziol, niektore uzywam do dzis. Lubilam rowniez wykradac ziarno z beczki w stodole i karmic kury wolajac “cip cip cip”, wyrywac marchewke z grzadki, otwierac klatke i karmic nia kroliki, ktore pozwalaly sie wtedy glaskac albo isc z Amikiem, Bernardynem sasiadow, do lasu i czuc niesamowite bezpieczenstwo bedac pania stwora wiekszego niz ja.

        Bardzo lubilam swiniobicie, zniwa, robienie kiszonej kapusty, kartoflane wykopki i szkubanie piyrza. Byly to superimprezy z udzialem sasiadow, odbywajace sie u dziadkow i u innych, kiedy to my szlismy im pomagac. Lubilam tez chodzic do mangla z poscielom, bo tak swiezo i zboznie tam pachnialo i kupowac u Zofiji zur. Babacia zawsze dawala mi dwa sloiki, bo jeden zdazylam po drodze na surowo wypic.

        Poza tym bawilismy sie w Czterech Pancernych wskakujac na jadace na bocznice wagony z dolomitem i strzelajac do siebe zza winkla z patykow sluzacych za karabiny, robilismy proby odwagi stojac jak “ukrzyzowany Jezus” przy buforach na koncu bocznicy kiedy wagon jechal w ich kierunku i odskakujac w ostatnim momencie. Wygrywal ten, kto wytrzymal najdluzej, ja zawsze przegrywalam. Chodzilismy rowniez do Dolomitow patrzec jak wysadzaja skaly, zbieralismy zaby, zaskronce i przerozne owady i robilismy z nich zoo.

        U babci bylam zawsze ubrana “bylejak”, wiecznie brudna, z rozczochranymi wlosami i wolna jak wiatr. Babcia grzala co wieczor wode i lala ja do wanny, w ktorej po kolei mylismy sie babcia i ja a w nastepnej wodzie dziadek i Paulek. W sobote zas chodzilismy na prysznice do lazni w Dolomitach razem z cala wsia. Chopy do chopski lazni a baby do babski lazni. W babski przebieralni stala Swiynto Barborka, do ktorej zawsze sie modlilysmy przed myciem. A potem byla superfrajda, bo prysznice nie mialy przegrod a wszystkie wiejskie baby myly w lazni wlosy, wiec naogladalam sie zawsze przepieknych bujnych dlugich zlotych i rudych lokow, ktore normalnie ginely scisniete w nestlikach. Uwielbialam te laznie, jej wilgotne cieplo i specyficzny zapach.

        Najgorszym dylematem byl niedzielny kosciol. Mialam do wyboru msze na 6-ta rano, na ktora chodzila babcia, co oznaczalo wstanie o 4-tej albo na 11-ta, czyli tak zwana sume, na ktora chodzil dziadek, i nie obejrzenie teleranka do konca. Na dodatek dziadek po mszy dalwal mi zawsze 2 zlote na loda badz rurke z kremem albo paczka ze smietana a babcia nie. No i dziadka malo obchodzilo, czy sie modle, czy klekam, kiedy trzeba, czy nie zakladam nogi na noge i nie zasypiam w czasie kazania. i siedzialam po “chopski” stronie kosciola, co tez uwazalam za niejaki upgrade. Ale ten TELERANEK!!!!!. Po kosciele bylo zawsze fajnie, dwukilometrowa droga w towarzystwie dzieci i sasiadow ze wsi mijala w okamgnieniu a w domu czekala albo sniadaniowa kiobasa albo obiadowa rolada z klöskami, modrom kapustom i kömportym. A potem moglam do konca dnia paradowac w niedzielnych szatach, obojetnie jak je scioralach abo umarasiolach (czyli zabrudzilam).

        Moi rodzice odwiedzali mnie tylko w ramach niedzielnych obiadow u dziadkow, pamietam ich jako emocjonalnie obce osoby z innego swiata, z ktorych bylam bardzo dumna, bo byli tacy piekni i tak pieknie ubrani. Tata mial zawsze biale koszule, waskie spodnie i szpiczaste buty, mama miala fryzure w lokach, piekne falujace sukienki i szpilki. Lubilam jak przychodzili i tak samo jak odchodzili.

        Kiedy mialam 3 lata mama postanowila zabrac mnie od babci, gdyz (jak tlumaczyla mi wtedy i pozniej) “przesiaklam proletariatem, porozumiewalam sie gwara i nabylam prostackich manier i trzeba bylo wyprostowac moje nawyki i osobowosc”. Wrocilam wiec do domu rodzicow i poszlam do przedszkola, bo oboje pracowali.

        tak sie rozochocilam, ze wkleje pare zdjec :)

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/if/vi/crb4/aZhCVPsgMCMThm1CPX.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/if/vi/crb4/geuSJglXewljCKZIaX.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/if/vi/crb4/HG2uhw7iyrGjTqnFzX.jpg

        https://fotoforum.gazeta.pl/photo/3/if/vi/crb4/M4iq4HPJ14BpF8ZDCX.jpg
        • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u - zycie na wsi I 19.07.17, 17:15
          Xurku, na pierwszym zdjeciu masz takka sama twarz jak teraz, rozpoznalabym Cie na koncu swiata. Babcia przesliczna. I zazdroszcze Ci dziecinstwa...
          • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u - zycie na wsi I 19.07.17, 17:16
            ale najwazniejsze Xurku: w Polsce byl Dolomit???? A gdzie? Myslalam ze to fenomen geologiczny z "mojego" Südtirolu...
            • xurek Re: Wspomnienia z PRL-u - zycie na wsi I 19.07.17, 22:52
              jak wklepiesz "kopalnie dolomitu" w gugla, to pokarze sie pare, przy hasle "dolomit w Polsce" rowniez, aczkolwiek wtedy bardziej w gorach. "Moja" kopalnia dolomitu przynalezy badz do Bobrownik badz do Tarnowskich Gor badz do Rept, nie jestem pewna administracyjnego podzialu, moja wies jest teraz czescia Bytomia a "gorole" nazwali ja Blachowka :)
              • ewa553 Re: Wspomnienia z PRL-u - zycie na wsi I 21.07.17, 14:15
                wklepalam "dolomit in Polen" und sehe da: zaskoczenie pelne. Widocznie sa moje Dolomity jedynym pasmem gorskim z tego kamienia, ktory normalnie lezy pod powierzchnia ziemi. Stad oryginalnosc moich gor. Czlowiek - czyli ja - uczy sie cale zycie..
        • jutka1 Re: Wspomnienia z PRL-u - zycie na wsi I 19.07.17, 20:57
          Xurku, uwielbiam Twoje opowieści!

          I sama ciągle nie miałam czasu dopisać swoich wspomnień z PRLu, bo nagle musiałam wyjechać służbowo (z dnia na dzień praktycznie), musiałam się przygotować, a teraz od poniedziałku zaliczam 12-godzinne (co najmniej) dni pracy, i nie mogę się skupić na czymkolwiek innym. Do domu dotrę w piątek bardzo późno.

          W sobotę jest w planie ognisko na 10 osób, na szczęście goście przywiozą kiełbasę, ogórki małosolne i chleb (plus alkohole), ja dorzucam domowy smalec, kapustę kiszoną, musztardy, chrzany, masło czosnkowe i ziemniaki (plus alkohole ;-) ).
          Również na szczęście, prognozy się polepszyły, bo jeszcze wczoraj zapowiadali na sobotę burzę, i cała impreza stała pod znakiem zapytania. Dzisiaj meteo przeniosła deszcz (bez burz) na niedzielę. :-)
          Skład będzie zarówno lokalny, jak i przy(e)jezdny (Afryka Płd. i Kraków).
          Fajnie. Lubię. :-)

          Tydzień później przyjedzie Australia i Warszawa :-D, a jeszcze tydzień później: Jukej i Warszawa.

          Potem chyba Francja, trochę się już gubię, a kalendarz jest w domu. :-)))

          Tak czy siak, lipiec i sierpień obfitują, cieszy mnie to, a i wioska ma uciechę, bo mają o czym poplotkować. Hahaha. :-))) No i sklepik wiejski ma super utarg - co też mnie cieszy, bo ich lubię. Jak zresztą powszechnie wiadomo. :-)

          W niedzielę po ognisku planuję leżeć pokotem, odsypiać wyjazd i imprezę, leżeć na sofie, nie robić nic, i ładnie pachnieć. Taki jest gryplan. Zam. :-D

          Pozdrawiam z doskoku całe najbliwsze forum. :-)
          • jutka1 Re: Wspomnienia z PRL-u - zycie na wsi I 19.07.17, 21:03
            Przepraszam, zrobiłam pierdulona na wątku o PRLu, widać jak na dłoni, jaka jestem zmęczona.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka