chris-joe
16.05.07, 16:33
Wczoraj wrocilismy z 6-o dniowej wycieczki do Vancouver. (Dzis jeszcze mam
wolne, bo wyludzilem w robocie dzien na aklimatyzacje.)
Przed wycieczka targaly mna obawy, ze po latach wychwalania Vancouveru, BC
oraz West Coast wogole, rzeczywistosc mnie rozczaruje, a zwlaszcza Braza. A
przeciez celem ekskursji i czescia dlugich knowan bylo przekonanie Braza do
przeprowadzki.
Obawy plonne. Braz zachwycil sie juz po wyladowaniu w Seattle, zas Vancouver
i okolice wzbudzily w nim stan permanentnej ekstazy. We mnie rowniez. Od
przeprowadzki do Montrealu byla to co prawda trzecia moja wizyta w BC, po raz
pierwszy jednak mialem czas na kilkudniowe doswiadczenie miasta w charakterze
turysty.
Watpliwosci nie ma ni cienia: Vancouver zawstydza Montreal pod kazdym
wzgledem- estetycznym, klimatycznym, organizacyjnym oraz tzw. caloksztaltem
ogolnoludzkim.
Kontakty z ludzmi sa rozkosza. Tlum jak i jednostki ludzkie sa w stanie
ogolnego rozprezenia i luzu. Usmiechem i dobrym slowem racza sie dosc
bezwstydnie. Ma to takze odbicie w poruszaniu sie po miescie samochodem-
montrealskich przepychanek, wymuszania pierszenstwa, wbijania klinow,
obrzucania sie wyzwiskami- brak. Pelna kurtuazja.
A wszystko to mimo, ze miasto rozkopane i w stanie ciaglej prze/budowy.
Zwlaszcza, ze Olimpiada za pasem. Budowy (np. nowe linie SkyTrain) zycie
utrudniaja, jednak doskonala organizacja miasta zapewnia wygodne i klarowne
objazdy, kazde zaburzenie ruchu wygladzane jest takze przez flag persons
(obstawa w zoltych kamizelkach z pomaranczowymi choragiewkami i usmiechem),
ktorych Montreal jeszcze nie wynalazl.
Zreszta po co mialby wynajdywac? Tu byle ciezarowka dostarczajaca mleko do
lokalnego sklepiku, rozkraczona na srodku ulicy, (bo kierowca przy okazji
musi wyskoczyc na kawe lub piwo) paralizuje ruch w calej dzielnicy.
Zaduzylem sie w Vancouver po uszy na nowo. Braz tyz juz nogami przebiera,
zwlaszcza, ze wywachalismy, ze nie bedzie problemow z robota. Braz bierze
sie za szlifowanie angielskiego i dajemy sobie max. 1 rok na przeprowadzke.
Nie obylo sie jednak bez komplikacji. Przed wyjazdem zabukowalismy samochod
w Seattle na podroz do Vancouver i nazad. Po wypelnieniu papierow w
wypozyczalni na lotnisku SEA, odbiorze kluczy do samochodu, Braz rzucil na
odchodnym pytanie, czy nie bedzie problemow z przekraczaniem granicy. “Aaaa,
to panowie do Kanady!?”. Okazalo sie, ze strona Kanadyjska nie zezwala
Kanadyjczykom na wynajem auta w US na podroz do Kanady i z powrotem! W jedna
strone owszem. Miast wiec samochodu na tydzien w obie strony z SEA za US
150, musielismy wynajac auto tylko w jedna strone do BC na 24 godziny za US
120, po czym w Vancouver wynajac kolejne auto na 4 dni na uzytek lokalny za
CAD 140, po czym wracac do SEA autobusem CAD 40 od lebka. Wynajem auta w BC
na powrot do SEA kosztowalby ponad… CAD 500!
Ponadto, w drodze powrotnej, wyladowawszy w Burlington w Vermont , okazalo
sie, ze moja torba z Waszyntonu miast do Burlington, wyslana zostala do…
Savannah, GA. United ma ja mi dzis rzekomo dostarczyc do domu.
A czemu nie lecielismy do Vancouver bezposrednio z Montrealu?- zapytaja byc
moze forumowi ciekawscy. Otoz, w miare mozliwosci, usilujemy z Brazem
bojkotowac przewoznikA lokalnEGO. Air Canada zmonopolizowala rynek i dyktuje
ceny porywnywalne chyba tylko z polskim LOTem. Dla przykladu, podroz do SEA
kosztowala nas US 390 na twarz, z AC byloby to CAD 750. W konsekwencji
oblecielismy co prawda szmat Stanow (Burlington- Chicago- Seattle; Seattle-
San Francisco- Waszyngton- Burlington :) lecz przy okazji nabilismy sobie
nieco punktow z United (oni nas wiezli ostatnio do Brazylii), a i Air Canada
nie dalismy zarobic.
To tyle o piniondzach i komplikacjach.
Nazad do Vancouver: zlazilizmy i objechalismy miasto, kolejkami gorskimi
zdobylismy vancouverska Grouse Mountain, jak i olimpijska Whistler Mountain
oraz przemierzylismy dech w tzw. piersi zapierajaca droge z Vancouveru do
Whistler (ponad 100 km szosy zawieszonej miedzy skala a zatoka Pacyfiku-
obecnie poszerzana na Igrzyska); w Vancouver wynajelismy motorowke i
oplynelismy miasto z trzech morskich stron; Braz poznal czerede mych
przyjaciol, ktorzy za kolniez wylewac mu nie pozwolili (Uwaga: Madziarzy!).
Reasumujac- sukces na calej linii. Tylko wracac bylo trudno. Po 6u latach w
Mtl, tych 5 dni w Vancouver spowodowalo, ze znow poczulem sie tam jak u
siebie i koncept przemierzania Ameryki Pln. w celu powrotu “do domu” wydal mi
sie bolesnie perwersyjny.
I nawet sliczny Vermont, po rozbuchanej przyrodzie BC i Pacific North-West,
wydal nam sie smutno nie-okazaly i ubogi. A Montreal… Zamilcze.
(Acha- notka dla jutki, xurka i innych ewentualnie zainteresowanych:
wrocilismy do nikotyny… Znow rzucamy… )
PS. Compared to the East Coast- THE WEST TOTALLY ROCKS! :)))