chris-joe
23.06.07, 22:02
To bedzie wyznanie, jak i wyzwanie.
Chodzi mi o nasz/moj stosunek do rodakow.
Zaczelo sie od niechetnych Polakom wynurzen ertesa, do ktorych willy-nilly sie
dopisalem. Potem stokrota zganila takie podejscie o polonofobie oskarzajac.
Wszystko to zostalo suto okraszone doniesieniami z Brukseli, gdzie najwiekszy
biorca unijnego zasilku kamaszem tlukl o kant stolu zadajac wyborczego prawa
dla widm martwych przodkow i odwiecznymi bliznami narodu towarzystwo epatujac.
(Brukselski szantaz zadzialal, "sprawa polska" sympatykow raczej nie zyskala.
Ale to duperel z perspektywy Warszawy.)
Dla mnie Wyprawa Brukselska -boso, ale w ostrogach- byla epitomia naszego
rodactwa.
Stad i moje wyznanie: nie lubie Polakow.
Lata spedzone poza Polska, z dala od kolektywnego autosentymentu, daly mi
dystans w ogladzie portretu wlasnego. Portret ten ze szkaplerza u szyi
wymsknal sie do galerii, gdzie zawisl wsrod plocien wielu.
Nie znosze polskiego zapatrzenia w dawny i krotkotrwaly -oraz roztrwoniony-
epizod Polski od morza do morza, lokalnego mocarstwa. (Przy czym epizod ten
zostal zrecznie zafalszowany- Rzplita Obojga Narodow stala sie Polska,
olbrzymi i wspoldefiniujacy element litewsko-ruski redukujac niemal do niebytu.)
Nie znosze wynikajacego z tegoz epizodu i jego roztrwonienia- stosunku
roszczeniowego do wszechswiata. Wymogu ukorzenia sie przed polskim
cierpieniem i krzywd naprawienia.
Nie znosze ciaglych prob epatowania swiata i dawna gloria, i odwiecznymi
ranami krwawiacymi sowicie. (Zwracali mi na to uwage wielokrotnie rozmowcy
slowaccy, czescy, wegierscy: "Get over it!").
Nie znosze budowania na tych epizodach polskiej historii legendy wyjatkowosci.
Dramat Polski w kontekscie swiata, kontynentu i regionu jest czymkolwiek
chcecie, ale na pewno nie wyjatkiem. Polak jednak z Walu Kosciuszki dramatow
i tragedii sasiadow dojrzec nie potrafi. Badz je protekcjonalnie wysmieje.
Bo "z czym do nas"!?
Nie znosze tego protekcjonalnego podejscia do polskich sasiadow. Wysmiewania
Czechow, politowania do Wegrow, pogardy wobec Slowakow, doszczetnego
ignorowania Ukraincow i Litwinow. Szwabow i ruskich nie wspomne. Zydow zas
zupelnie przemilcze.
Nie lubie tez Polakow "od parteru", ich wymuszanej rubasznosci, zgrywania sie,
nieumiejetnosci nawiazywania w zyciu codziennym i uliczno-tramwajowym kontaktu
czysto ludzkiego, niech i on bedzie powierzchowny. Ciaglego do siebie
mrugania okiem, sujek w bok, wymuszania "juz my sie tu rozumiemy", "my wiemy o
co tu chodzi, nie?", redukcji do tajemnego, "z urodzenia"- kolektywu.
Nie znosze tej polskiej gromadnosci. Wymuszania od jednostki abdykacji z
nie-gromadnych fochow i widzimisie. Stad wlasnie -paradaksalnie- wynika
polska nieumiejetnosc stworzenia autentycznego kolektywu. Stad ten niebywaly
sukces awanturnictwa obecnej koalicji. Krzykliwego i fundamentalnego
dzielenia narodu na biednych i bogatych ("niech bogaci sfinansuja podwyzki
ubogich pielegniarek"), na prawych i lewakow, na "czlowieka prostego" i
wyksztalciucha, na katolikow i bog-wie-kogo, na "normalnego" i geja,
tradycjonaliste i feministke, Polaka i Zyda.
Definicja "Polaka" w takiej wersji jest niemozliwa do spelnienia. Jest
jedynie mitem, czyli falszem, czyli klamstwem. Jest fundamentalnie-
totalitarystyczna.
Stokrota stwierdzi pewnie -optymistycznie, ze to konieczne zlo bolow
porodowych polskiej demokracji. I w pewnej mierze sie z nia zgodze. Ale nie
do konca. Bo opisywany syndrom jest znacznie glebszy i starszy, niz III RP.