tamaryszek04
13.11.09, 21:23
Witam Was serdecznie! Jak czytam niektóre tematy, to jestem przerażona. Jakby
wszystkie po trochu były z mojego życia. Chciałam się Was o coś poradzić.
Jestem macochą od trzynastu lat. Taką całodobową. Zostałam nią w wieku 28 lat.
Miałam już wtedy dwójkę swoich dzieci, zresztą bardzo ciężko chorych. Piszę o
tym, bo to dość istotne. Mój mąż miał czwórkę dzieci w wieku od 4 do 12 lat.
Sam też był bardzo ciężko chory. Jest zresztą do dziś i nigdy już zdrowy nie
będzie. Jest bardzo dobrym człowiekiem. Pokochałam go i jego dzieci, które
były porzucone przez matkę i bardzo się do mnie garnęły. Zwłaszcza dwie
najstarsze dziewczynki. Dziś już sama nie wiem, kto zauroczył mnie bardziej:
on, czy dzieci. W każdym bądź razie postanowiliśmy być razem. Pomimo wielkiej
miłości, jak a nas połączyła, było bardzo dużo problemów i nie dotyczyły one
dzieci. Po pierwsze byliśmy bardzo biedni. Wynajmowaliśmy mieszkanie, bo nie
było nas stać na swoje, mąż wiecznie przebywał w szpitalach, a ja zajmowałam
się naszą szóstką dzieci. Nie pracowałam, bo nie miałam na to czasu przy
takiej gromadce, poza tym, jak już wspomniałam, moje dzieci były chore.
Tyrałam od rana do nocy. Prałam ręcznie, bo nie miałam pralki, dźwigałam
zakupy dla takiej ilości ludzi, bo nie było samochodu. Przed spaniem ze
zmęczenia płakałam. Mieliśmy alimenty, ale tak małe, ze tyle to dostają ludzie
na jedno dziecko. Na wszystkie, moje i jego mieliśmy łącznie 500 zł. Byłam
jednak bardzo młoda i pełna optymizmu. Mąż prowadził własną, bardzo skromną
działalność gospodarczą. Kiedy był chory i leżał w szpitalu, wykradałam go
czasami, zęby poszedł do zakładu, który miał niedaleko szpitala i żeby zarobił
chociaż parę groszy na życie. Były między nami problemy, o których do dziś nie
mogę zapomnieć. Ale żyliśmy, kochaliśmy się i ciągnęliśmy ten nasz los. Zdani
byliśmy również sami na siebie. Nasi rodzice, z jednej i drugiej strony, nie
zaakceptowali naszego związku, a właściwie dzieci. Moi jeszcze jakoś się
starali, ale teściowa robiła wszystko, żeby nas skłócić. Było więc i porwanie
jednego z dzieci i pertraktowanie z byłą synową, jak nam dokopać (tego akurat
najmniej rozumiem). Najgorzej było, kiedy dostaliśmy mieszkanie. Trzeba było
wpłacić za nie kaucję, a w tym czasie mąż prawie przez rok nie wychodził ze
szpitala i nie zarabiał, a jeszcze zlikwidowali fundusz, więc było ciężko.
Wpadliśmy w spiralę długów. Odbiło się to na naszym zdrowiu, ja wpadłam w
nerwicę, wieloletnia, ciężka praca odbiła się na moim kręgosłupie itd. Nadal
jednak byliśmy ze sobą szczęśliwi. Z dziećmi było różnie. Akceptowały siebie
nawzajem. Można nawet napisać, że się pokochały. Nie było w tym względzie
problemów, choć czasami każde z nas stawało po stronie własnych. Moje były
młodsze. Dziś, choć znają swojego biologicznego ojca, tatuś w domu jest
najukochańszy, a moja młodsza córka to wprost za nim szaleje. Od początku
dzieci zwracały się do nas „mamo” i „tato”. Tak chciały, nikt im nie kazał. Ja
starałam się być najlepszą z macoch, czego dziś serdecznie żałuję. Nawet moje
dzieci z tego powodu cierpiały, bo dorastające córki męża absorbowały mnie
całkowicie. Z nimi również było najwięcej konfliktów. Ale ja szalałam za nimi.
Mijały lata. Dzieci urosły i najstarsze się wyprowadziły. Obie wyjechały za
granicę. Jedna szalała, jakby ktoś spuścił ją z łańcucha. Nie raz musiałam ją
poszukiwać, bo nie dawała miesiącami znaku życia. Druga, rozsądniejsza
ułożyła sobie życie bardzo dobrze. Stało się jednak tak, że nie za bardzo
chciały utrzymywać z nami kontakty. Wypłakałam wiele nocy z tęsknoty i z
upokorzenia, bo jasno dały nam znać, ze nie jesteśmy im potrzebni. Tymczasem
zakładzik mojego męża upadł. Nie mógł znaleźć w naszej miejscowości pracy,
podobnie ja. Choć moje dzieci już tak nie chorują, po tylu latach nieobecności
na rynku pracy, nikt nie chce nawet ze mną rozmawiać. Strach zajrzał nam w
oczy. W tym czasie jedna z córek mojego męża, ta bardziej szalona, napisała do
mnie. Okazało się, ze ma urodzić dziecko i chce się z nami pogodzić. Wtedy też
dowiedziałam się, ze jesteśmy pokłóceni, a sprawa podobno poszła o to, że
zawracałam jej głowę, zęby się dalej uczyła, a ona nie chciała. Pominęłam fakt
milczenia z jej strony przez ponad rok, w końcu to moje dziecko. Ta druga,
była na nas obrażona już od dawna. Powodem było to, ze poprosiliśmy ją, żeby
ściągnęła ojca do siebie, bo my już nie mieliśmy nawet na jedzenie. Usłyszałam
wtedy, że on jest nikim, ze nic nie potrafi i nie ma tam dla niego miejsca.
Mój mąż na marginesie jest chory, ale bardzo inteligentny, świetnie mówi po
angielsku. Nie jest jakimś nieukiem, po prostu miał ciężkie życie. No i
zerwała z nami kontakt. Niby nie całkowicie, ale jakoś tak…Po tej rozmowie
poczułam się, jak idiotka. Czuję się tak zresztą od dawna. Ta córka ma
chłopaka. Jest z nim już ponad dwa lata. Przez ten czas nam go nie
przedstawiła, nigdy u nas nie był, nie rozmawiałam z nim nawet na skypie, choć
kiedy rozmawiałam z nią, on był obok. Chłopak jest z bogatej rodziny, co
często nam powtarzała. Nie zresztą z jakiejś niewiadomo jakiej, ale bogatszej
od naszej. Ona była już u nich kilka razy. Przez cztery lata u nas była tylko
dwa. Ostatni raz w te wakacje. Przyjechała do nas, a on do swoich rodziców,
później ona pojechała do nich. Dowiedzieliśmy się, że jego rodzice do nich też
jeździli. Jego ojciec był u niego ze dwa miesiące temu. W tym czasie okazało
się, że jest w ciąży. Już zresztą jak była u nas wspomniała, ze myślą o
ślubie. Wielkim i hucznym. Powiedziałam jej, ze nie stać mnie na wyprawienie
wielkiego wesela, bo mam pełno długów, nie pracujemy z ojcem, a na utrzymaniu
mamy jeszcze czwórkę dzieci. Powiedział, ze oni sobie sami wyprawią, a nas
podejmie jego „bogata” rodzina. Znów poczułam się, jak ostatnia. Po jej
wyjeździe rozmawiałam jeszcze kilka razy, oczywiście nadal nam chłopaka nie
przedstawiła, choć w końcu będzie miała z nim dziecko. W tym czasie jej
siostra w końcu zaprosiła ojca do siebie. Okazało się, że całkiem nieźle się
odnalazł, ma nawet założyć za granicą własną firmę. Pokazało się nam
światełko. Mam jednak dylemat. Mąż jest tam już od jakiegoś czasu, a ta córka
z bogatym narzeczonym nawet do niego nie zadzwoniła. Jakby nie istniał. Za to
ja dostałam przelew, przysłany z kont matki tego chłopaka na sumę 100 zł. Tym
razem nie wytrzymałam. Odesłałam te pieniądze, a córce napisałam, ze nie życzę
sobie podawania mojego konta obcym osobom i robienia z nas dziadów. Teraz ona
milczy, ja milczę i szczerze mam jej dość i tego poniżania. Do ojca też się
nie odzywa, choć ze siostrą rozmawia. W czasie pobytu w Polsce narobiła
jeszcze kilka rzeczy, ale to już za długo, żeby o tym pisać. Poradźcie mi
kochane, jak ja się powinnam zachować? Ona jest w ciąży, więc powinnam być
przy niej, chociaż telefonicznie. Ale do jakich granic mogę pozwolić pluć
sobie w gębę? I co mam zrobić, jeżeli zaprosi nas na ten ślub? Bo ja sobie
tego nie wyobrażam, nie chcę i czuję się przez nią wykorzystana. Wychowałam,
kochałam, ale jestem zbyt biedna na jej pańskie progi. Wybaczcie, ze tak
długo, ale jeśli któraś przez to przebrnęła, to proszę o radę.