Dodaj do ulubionych

Mam problem i proszę o radę.

13.11.09, 21:23
Witam Was serdecznie! Jak czytam niektóre tematy, to jestem przerażona. Jakby
wszystkie po trochu były z mojego życia. Chciałam się Was o coś poradzić.
Jestem macochą od trzynastu lat. Taką całodobową. Zostałam nią w wieku 28 lat.
Miałam już wtedy dwójkę swoich dzieci, zresztą bardzo ciężko chorych. Piszę o
tym, bo to dość istotne. Mój mąż miał czwórkę dzieci w wieku od 4 do 12 lat.
Sam też był bardzo ciężko chory. Jest zresztą do dziś i nigdy już zdrowy nie
będzie. Jest bardzo dobrym człowiekiem. Pokochałam go i jego dzieci, które
były porzucone przez matkę i bardzo się do mnie garnęły. Zwłaszcza dwie
najstarsze dziewczynki. Dziś już sama nie wiem, kto zauroczył mnie bardziej:
on, czy dzieci. W każdym bądź razie postanowiliśmy być razem. Pomimo wielkiej
miłości, jak a nas połączyła, było bardzo dużo problemów i nie dotyczyły one
dzieci. Po pierwsze byliśmy bardzo biedni. Wynajmowaliśmy mieszkanie, bo nie
było nas stać na swoje, mąż wiecznie przebywał w szpitalach, a ja zajmowałam
się naszą szóstką dzieci. Nie pracowałam, bo nie miałam na to czasu przy
takiej gromadce, poza tym, jak już wspomniałam, moje dzieci były chore.
Tyrałam od rana do nocy. Prałam ręcznie, bo nie miałam pralki, dźwigałam
zakupy dla takiej ilości ludzi, bo nie było samochodu. Przed spaniem ze
zmęczenia płakałam. Mieliśmy alimenty, ale tak małe, ze tyle to dostają ludzie
na jedno dziecko. Na wszystkie, moje i jego mieliśmy łącznie 500 zł. Byłam
jednak bardzo młoda i pełna optymizmu. Mąż prowadził własną, bardzo skromną
działalność gospodarczą. Kiedy był chory i leżał w szpitalu, wykradałam go
czasami, zęby poszedł do zakładu, który miał niedaleko szpitala i żeby zarobił
chociaż parę groszy na życie. Były między nami problemy, o których do dziś nie
mogę zapomnieć. Ale żyliśmy, kochaliśmy się i ciągnęliśmy ten nasz los. Zdani
byliśmy również sami na siebie. Nasi rodzice, z jednej i drugiej strony, nie
zaakceptowali naszego związku, a właściwie dzieci. Moi jeszcze jakoś się
starali, ale teściowa robiła wszystko, żeby nas skłócić. Było więc i porwanie
jednego z dzieci i pertraktowanie z byłą synową, jak nam dokopać (tego akurat
najmniej rozumiem). Najgorzej było, kiedy dostaliśmy mieszkanie. Trzeba było
wpłacić za nie kaucję, a w tym czasie mąż prawie przez rok nie wychodził ze
szpitala i nie zarabiał, a jeszcze zlikwidowali fundusz, więc było ciężko.
Wpadliśmy w spiralę długów. Odbiło się to na naszym zdrowiu, ja wpadłam w
nerwicę, wieloletnia, ciężka praca odbiła się na moim kręgosłupie itd. Nadal
jednak byliśmy ze sobą szczęśliwi. Z dziećmi było różnie. Akceptowały siebie
nawzajem. Można nawet napisać, że się pokochały. Nie było w tym względzie
problemów, choć czasami każde z nas stawało po stronie własnych. Moje były
młodsze. Dziś, choć znają swojego biologicznego ojca, tatuś w domu jest
najukochańszy, a moja młodsza córka to wprost za nim szaleje. Od początku
dzieci zwracały się do nas „mamo” i „tato”. Tak chciały, nikt im nie kazał. Ja
starałam się być najlepszą z macoch, czego dziś serdecznie żałuję. Nawet moje
dzieci z tego powodu cierpiały, bo dorastające córki męża absorbowały mnie
całkowicie. Z nimi również było najwięcej konfliktów. Ale ja szalałam za nimi.
Mijały lata. Dzieci urosły i najstarsze się wyprowadziły. Obie wyjechały za
granicę. Jedna szalała, jakby ktoś spuścił ją z łańcucha. Nie raz musiałam ją
poszukiwać, bo nie dawała miesiącami znaku życia. Druga, rozsądniejsza
ułożyła sobie życie bardzo dobrze. Stało się jednak tak, że nie za bardzo
chciały utrzymywać z nami kontakty. Wypłakałam wiele nocy z tęsknoty i z
upokorzenia, bo jasno dały nam znać, ze nie jesteśmy im potrzebni. Tymczasem
zakładzik mojego męża upadł. Nie mógł znaleźć w naszej miejscowości pracy,
podobnie ja. Choć moje dzieci już tak nie chorują, po tylu latach nieobecności
na rynku pracy, nikt nie chce nawet ze mną rozmawiać. Strach zajrzał nam w
oczy. W tym czasie jedna z córek mojego męża, ta bardziej szalona, napisała do
mnie. Okazało się, ze ma urodzić dziecko i chce się z nami pogodzić. Wtedy też
dowiedziałam się, ze jesteśmy pokłóceni, a sprawa podobno poszła o to, że
zawracałam jej głowę, zęby się dalej uczyła, a ona nie chciała. Pominęłam fakt
milczenia z jej strony przez ponad rok, w końcu to moje dziecko. Ta druga,
była na nas obrażona już od dawna. Powodem było to, ze poprosiliśmy ją, żeby
ściągnęła ojca do siebie, bo my już nie mieliśmy nawet na jedzenie. Usłyszałam
wtedy, że on jest nikim, ze nic nie potrafi i nie ma tam dla niego miejsca.
Mój mąż na marginesie jest chory, ale bardzo inteligentny, świetnie mówi po
angielsku. Nie jest jakimś nieukiem, po prostu miał ciężkie życie. No i
zerwała z nami kontakt. Niby nie całkowicie, ale jakoś tak…Po tej rozmowie
poczułam się, jak idiotka. Czuję się tak zresztą od dawna. Ta córka ma
chłopaka. Jest z nim już ponad dwa lata. Przez ten czas nam go nie
przedstawiła, nigdy u nas nie był, nie rozmawiałam z nim nawet na skypie, choć
kiedy rozmawiałam z nią, on był obok. Chłopak jest z bogatej rodziny, co
często nam powtarzała. Nie zresztą z jakiejś niewiadomo jakiej, ale bogatszej
od naszej. Ona była już u nich kilka razy. Przez cztery lata u nas była tylko
dwa. Ostatni raz w te wakacje. Przyjechała do nas, a on do swoich rodziców,
później ona pojechała do nich. Dowiedzieliśmy się, że jego rodzice do nich też
jeździli. Jego ojciec był u niego ze dwa miesiące temu. W tym czasie okazało
się, że jest w ciąży. Już zresztą jak była u nas wspomniała, ze myślą o
ślubie. Wielkim i hucznym. Powiedziałam jej, ze nie stać mnie na wyprawienie
wielkiego wesela, bo mam pełno długów, nie pracujemy z ojcem, a na utrzymaniu
mamy jeszcze czwórkę dzieci. Powiedział, ze oni sobie sami wyprawią, a nas
podejmie jego „bogata” rodzina. Znów poczułam się, jak ostatnia. Po jej
wyjeździe rozmawiałam jeszcze kilka razy, oczywiście nadal nam chłopaka nie
przedstawiła, choć w końcu będzie miała z nim dziecko. W tym czasie jej
siostra w końcu zaprosiła ojca do siebie. Okazało się, że całkiem nieźle się
odnalazł, ma nawet założyć za granicą własną firmę. Pokazało się nam
światełko. Mam jednak dylemat. Mąż jest tam już od jakiegoś czasu, a ta córka
z bogatym narzeczonym nawet do niego nie zadzwoniła. Jakby nie istniał. Za to
ja dostałam przelew, przysłany z kont matki tego chłopaka na sumę 100 zł. Tym
razem nie wytrzymałam. Odesłałam te pieniądze, a córce napisałam, ze nie życzę
sobie podawania mojego konta obcym osobom i robienia z nas dziadów. Teraz ona
milczy, ja milczę i szczerze mam jej dość i tego poniżania. Do ojca też się
nie odzywa, choć ze siostrą rozmawia. W czasie pobytu w Polsce narobiła
jeszcze kilka rzeczy, ale to już za długo, żeby o tym pisać. Poradźcie mi
kochane, jak ja się powinnam zachować? Ona jest w ciąży, więc powinnam być
przy niej, chociaż telefonicznie. Ale do jakich granic mogę pozwolić pluć
sobie w gębę? I co mam zrobić, jeżeli zaprosi nas na ten ślub? Bo ja sobie
tego nie wyobrażam, nie chcę i czuję się przez nią wykorzystana. Wychowałam,
kochałam, ale jestem zbyt biedna na jej pańskie progi. Wybaczcie, ze tak
długo, ale jeśli któraś przez to przebrnęła, to proszę o radę.
Obserwuj wątek
    • kicia031 Re: Mam problem i proszę o radę. 13.11.09, 22:02
      Przede wszystkim szacunek. Dzielna z ciebie kobieta.
      • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 13.11.09, 22:18
        No dziękuję za dobre słowo, ale dziś z perspektywy czasu myślę, że nie dzielna,
        tylko naiwna.
        • kajda28 Re: Mam problem i proszę o radę. 14.11.09, 09:43
          > No dziękuję za dobre słowo, ale dziś z perspektywy czasu myślę, że
          nie dzielna,
          > tylko naiwna.

          Na tamtą chwilę robiłaś tak jak uważałaś za słuszne i dobre.
          Myślę że nie powinnaś jej nadskakiwać, i poczekać aż sama poprosi
          Cię o pomoc, ale jeżeli czujesz potrzebę zazdzwonienia do niej z
          zapytaniem o jej zdrowie, ciążę to myślę że powinnaś to zrobić.
          Jestem pełna podziwu dla ciebie.
          • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 14.11.09, 10:39
            Właśnie nic nie czuję oprócz żalu. Pierwszy raz w życiu. Jestem ugodową osobą i
            nawet jak na kogoś się zezłoszczę, to szybko mi przechodzi. Tym razem jest
            inaczej. Ciężko mi opisać wszystko na forum, ale ona zawsze była taka...trudno
            to nawet opisać. Była najstarsza i pierwsza z dzieci zaczęła do mnie mówić mamo.
            Była przez lata moją ulubienicą, choć też najwięcej zrobiła nam krzywdy. Kiedyś
            na samym początku naszego wspólnego bycia razem, dostaliśmy pismo z sądu. Matka
            dzieci mojego męża założyła nam sprawę o widzenia z dziećmi, z którymi podobno
            nie pozwalamy się jej widywać. Byliśmy w szoku, bo to ona przez całe miesiące, a
            nawet lata nie dawała znaku życia. Uaktywniła się kiedy zamieszkaliśmy razem.
            Nie była dla mnie obcą osobą, bo znałam ją od lat. To mojego męża i jego dzieci
            poznałam później. Rozmawiałam więc z ex wiele razy. Jej nastawienie do dzieci
            było takie, ze ona ma swoje życie a ich nie chce po prostu. Tym większe było
            więc moje zdziwienie o co jej chodzi. Sprawa toczyła się kilka miesięcy i bardzo
            ją przeżyłam. Na ostatniej sprawie biologiczna matka powiedziała, że jej nie
            zależy na widzeniach, więc nawet pani sędzinie "szczęka opadła" po co był ten
            cały cyrk. Dowiedziałam się o tym po kilku dniach. Przyszła do nas ex i
            rozmawiałyśmy. Powiedziała, że to ta córka właśnie przyszła do niej i kazała jej
            pozwać nas do sądu. Więc matka tak zrobiła. Tylko, ze w międzyczasie zrozumiała,
            ze córka zrobiła to nie z tęsknoty, tylko dla pieniędzy. Kiedy ex powiedziała
            córce, że nie będzie jej dawała kasy, to córka zmieniała front. Dla mnie to było
            obrzydliwe z obu stron. Jedna sprzedała córkę, druga nas. Było jeszcze wiele
            takich kwiatków. Córka bardzo poniżyła swoje rodzeństwo (biologiczne), chyba w
            imię im gorzej będę mówiła na innych, tym sama będzie lepiej wyglądała. Ale ja
            czuję, że ona się nas wstydzi. Nie szanuje. Nie myślcie sobie, ze jesteśmy
            jakimiś menelami. Wręcz odwrotnie. Jesteśmy oczytani, wykształceni, ale choroba
            mojego męża i moich dzieci wpędziła nas w biedę. No, ilość dzieci również. Nie
            czuję potrzeby rozmawiania z nią, bo czuję się wykorzystana. Sama byłam tylko
            cztery lata starsza od niej obecnie, kiedy zostałam matką takiej gromady.
            Zrezygnowałam ze wszystkiego, bo taka ze mnie altruistka pieprzona. Zawsze
            uważałam, że miłość jest najważniejsza, a jeszcze kiedy dotyczyła biednych,
            porzuconych dzieci...Nie robiłam tego jednak bezinteresownie. Nie dla
            pieniędzy,ale myślałam, ze będę kochana. Tymczasem czuję się jak stary, zużyty
            worek. Dałam tym dzieciom całą siebie, nie oglądałam się na ciężką pracę i
            biedę. a teraz nie dorosłam w oczach człowieka, którego kochałam na odrobinę
            szacunku, bo jestem zbyt biedna? Jestem biedna, bo wychowałam tyle dzieci. Zanim
            ich poznałam, żyłam całkiem nieźle. Więc za to płacę? Już za nią nie tęsknię,
            ból jest zbyt duży. Nie sądzę również żeby ona czuła potrzebę bycia ze mną. Ma
            rodzinę swojego chłopaka. Jeszcze ze dwa lata temu pochwaliła mi się, ze
            rozmawiała z nimi na temat ewentualnego małżeństwa. Ale mi chodzi teraz o ten
            ślub. Nie wyobrażam sobie.
            • cleopa Re: Mam problem i proszę o radę. 14.11.09, 11:50
              to sobie wyobraź...
              Ja bymn zamilkla i czkala na ruch z jej strony,ktory może nastapić
              tylko wtedy kiedy dostanie po dupie od życia.Im bardziej sie
              ponizasz tym bardziej ona Toba gardzi...
              Poswięć energie jaka jeszcze masz na dzieci ktore są warte uwagi i
              milości..
              Możesz też napisac jej krotko co czujesz i tyle..
              • rubik_killer Re: Mam problem i proszę o radę. 14.11.09, 14:13
                Po pierwsze szacun. Jesteś silną i poukładaną kobietą, podoba mi się, że robisz
                to w co wierzysz, co uważasz za słuszne, choćby nie wiem jak trudne to było.
                Musiałaś bardzo dużo poświęcić - ja bym tak nie umiała.

                Co do córki - Cleopa napisała, że ona się może odezwać, kiedy dostanie od życia
                po dupie. Ty ją znasz najlepiej, ale ja nie byłabym tego taka pewna. Jeśli ona
                ma aż takie kompleksy na punkcie ubóstwa, to nie wiem, czy zwróci się do Ciebie
                i przyzna do słabości, to trudności życiowych, kiedy takie wystąpią.

                Nie mam doświadczenia z dziećmi. Jeśli dobrze zrozumiałam ta córka ma teraz 24
                lata - tyle co ja. Więc moje rady mogą być właściwie tylko z perspektywy
                córki... Przechodziłam teraz trudne chwile (z powodu których jestem na tym forum
                - związek z żonatym facetem, teraz zapewne będę macochą). Bałam się o tym
                rozmawiać z rodzicami. Ale za bardzo mi zależy na nich. Więc powiedziałam
                wszystko, na spokojnie. Rozmawiamy ze sobą ciągle, szczerze. I taką szczerą
                rozmowę o uczuciach mogę polecić - tylko tyle.

                Widzę, że córa narobiła wielu różnych głupot i świństw - jak ta akcja z pozwem
                biologicznej matki. Nie wiem ile wtedy miała lat - parenaście? To głupi wiek.

                Ciągle córa postępuje z Tobą nie fair. Mi się też to zdarzało w stosunku do
                moich rodziców, chociaż nie mieliśmy nigdy takich problemów, więc nie na taką
                skalę. Ale dzisiaj bardzo doceniam ten komfort, że oni nigdy się ode mnie nie
                odwrócą i chcę postępować wobec nich tak samo. Możemy się nie zgadzać, ale
                zawsze będziemy się kochać i szanować.

                W związku z tym myślę, że możesz wyciągnąć do niej rękę pierwsza. Tylko bez
                słodzenia, niech wie jak Cię krzywdzi. Najlepiej by było, gdybyście się spotkały
                w tzw realu. I po prostu rozmawiały. W zależności od tego do czego ta rozmowa, a
                najlepiej "te rozmowy" doprowadzą - przyjęłabym określoną postawę względem ślubu.

                Wiem, że to pewnie mało życiowe. Ale sądzę, że Twoja córka jeszcze będzie
                żałowała swojej postawy względem Ciebie. Tylko na moje oko jest uparta i może
                się do tego nie przyznać. Poza tym chyba jej kompleksy są jakoś bardzo głęboko
                zakorzenione. Szkoda by było, gdyby z uwagi na te problemy szlag trafił całą
                Waszą relację.
                • erillzw Re: Mam problem i proszę o radę. 17.11.09, 21:01
                  rubik_killer napisała:

                  > Jeśli ona
                  > ma aż takie kompleksy na punkcie ubóstwa, to nie wiem, czy zwróci
                  się do Ciebie
                  > i przyzna do słabości, to trudności życiowych, kiedy takie
                  wystąpią.

                  Zgadzam się. Niestety..


                  > Widzę, że córa narobiła wielu różnych głupot i świństw - jak ta
                  akcja z pozwem
                  > biologicznej matki. Nie wiem ile wtedy miała lat - parenaście? To
                  głupi wiek.

                  Wiesz co ale nie tłumaczmy glupim wiekiem wyrachowania. Sorry za
                  ostre słowa ale jak mozna pozwac rodzine za motywacje biorac kase..
                  i to jeszcze w wieku nastu lat!
                  To nie jest blad nastoletni tylko przemyslane dzialnie.


                  > Ciągle córa postępuje z Tobą nie fair. Mi się też to zdarzało w
                  stosunku do
                  > moich rodziców, chociaż nie mieliśmy nigdy takich problemów, więc
                  nie na taką
                  > skalę.

                  Zobacz, jestes w tym samym wieku co corka autorki.. a poziom Twojej
                  dojrzalosci i swiadomosci tego co zawdzieczasz rodzicom sprawia, ze
                  Ty jestes na Kilimandzaro dojrzałosci a ona wciaz na jakies dolinie
                  nisko.

                  > Ale dzisiaj bardzo doceniam ten komfort, że oni nigdy się ode mnie
                  nie
                  > odwrócą i chcę postępować wobec nich tak samo. Możemy się nie
                  zgadzać, ale
                  > zawsze będziemy się kochać i szanować.

                  Widzisz a ta dziewczyna tego nie pojmuje. Na to sklada sie kompleks
                  o ktorym napisalas.. widocznie jest strach przed bieda jest tak
                  porazajacy ze woli sie od niego odciac..
                  Z innej strony.. jak to sie stalo?!
                  Skoro jestescie razem od 13 lat rozmiem, ze od 12 roku zycia ta
                  dziewczyna byla w nowej rodzinie.. byc moze te pierwsze 12 lat
                  wpoilo jej takie rzeczy do glowy??
                  Bo przy takiej matce jak Ty jestes autorka to po prostu nie do
                  uwierzenia.. Jestes pelna szacunku, milosci, poswicenia, godna
                  podziwu kobeta i nie wiem skad tya pogarda u tej cory.

                  > W związku z tym myślę, że możesz wyciągnąć do niej rękę pierwsza.

                  A ja mysle, ze juz nie powinna.
                  Dzieciom nalezy dac czas dojrzec. Widac tej dziewczynie potrzebna
                  mocnych ruchów bo milosc i cieplo do niej nie dociera. Ona nawet
                  biologicznego ojca nie chce znac!

                  >Tylko bez
                  > słodzenia, niech wie jak Cię krzywdzi. Najlepiej by było,
                  gdybyście się spotkał
                  > y
                  > w tzw realu. I po prostu rozmawiały. W zależności od tego do czego
                  ta rozmowa,
                  > a
                  > najlepiej "te rozmowy" doprowadzą - przyjęłabym określoną postawę
                  względem ślub
                  > u.

                  Mimo wszystko uwazam, ze taka inicjatywa powinna wyjsc od tej
                  dziewczyny. ja wiem, ze madrzejszy ustepuje ale szanujmy sie..
                  Wzgledem zachowan do dzieci, rowniez, a wlasciwie przede wszystkim.
                  uwazam, ze skoro dziewczyna sie tak wstydzi swojej rodziny to nie
                  nalezy uczestniczyc w szopce "wszystko jest ok" na slubie. Bo do
                  tego to sie sprowadza.

                  > Wiem, że to pewnie mało życiowe. Ale sądzę, że Twoja córka jeszcze
                  będzie
                  > żałowała swojej postawy względem Ciebie.

                  Obys miala racje. Bo wyglada mi na to, ze dziewczyna od zawsze ma
                  pewna tendencje ktora nie zaklada zalowania..


                  > Tylko na moje oko jest uparta i może
                  > się do tego nie przyznać.

                  Ja sie obawiam, ze to wyrachowanie i wstyd za wslana rodzine niz
                  upartosc.
                  Podejrzewam tez ze nie przypadkiem ma bogatego narzeczonego..

                  > Poza tym chyba jej kompleksy są jakoś bardzo głęboko
                  > zakorzenione. Szkoda by było, gdyby z uwagi na te problemy szlag
                  trafił całą
                  > Waszą relację.

                  Ale jaka relacje? tu nie ma juz relacji. ta dziewczyna nie chce
                  utrzymywac zadnych relacji.. z nikim. Robo to chyba tylko dlatego,
                  ze "wypada".
                  • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 17.11.09, 23:45
                    Dzięki wielkie erillzw za zrozumienie. Również uważam, że nie można wszystkiego
                    tłumaczyć wiekiem. Z tym wyciąganiem ręki, to nie do końca tak. Można to robić,
                    ale ile razy? Przez ostatnie cztery lata odrzucała nas na wiele sposobów, a ja
                    zawsze pisałam, dzwoniłam, gdy przyjechała tuliłam bo uważałam, ze należy dać
                    szansę. Ale mam dość. Jej ojciec jest teraz godzinę drogi od niej. Ale też już
                    nie ma ochoty wiecznie robić za parobka. Zwłaszcza, że ona mieszka z tym
                    chłopakiem. Co on ma zrobić? Stanąć na progu i powiedzieć "jestem"? Przecież
                    jego ojciec jest do nich zapraszany, ona jeździ do nich. Nie chce nas, to
                    przecież nie będziemy wchodzić oknem. A co do tego chłopaka, nie takiego
                    chłopaka zresztą, bo facet ma trzydziechę, to chyba skoro taki wykształcony i
                    wie, jak zachować się w stosunku do swoich rodziców, to widać nas ma za nic. I
                    masz rację właśnie mam takie odczucia, ze ten cyrk ze ślubem, to taka szopka.
                    Poza tym z tymi pieniędzmi bogatego narzeczonego, też jest coś na rzeczy. Facet
                    z wyglądu jest koszmarny. Niestety to nie tylko moja opinia, żeby nie było, ze
                    jestem wredna. Wygląda dokładnie tak, jak faceci, którzy jej się nigdy nie
                    podobali. Mniejsza z tym. Kiedy była u nas we wakacje, a on u tej swojej
                    rodzinki, córka dostała smsa. Po chwili mówi, że facet leży w szpitalu. I cisza.
                    Czekałam co będzie dalej. Po godzinie pytam, czy nie zadzwoni do niego, bo w
                    końcu nie wie co się dziej. Dostałam odpowiedź: ma telefon, to jak chce może sam
                    zadzwonić. Byłam w szoku. Teraz mają kupować dom i młodsza córka powiedziała, ze
                    facet się jej żalił, jak to będzie kiedy wezmą kredyt, bo ONA jest
                    przyzwyczajona do życia w luksusie, a będą musieli trochę spasować. Jeszcze
                    tylko na marginesie. Mój mąż nie był biedny zawsze, dopiero się stał, kiedy ex
                    puściła go w trąbę z jej długami. Więc dzieci nie były wychowywane w biedzie.
                    Później, kiedy ja zaczęłam je wychowywać, to po pierwsze kupiłam mieszkanie,
                    żeby dzieci miały odpowiednie warunki i robiłam wszystko, żeby nie czuły się
                    gorsze od innych. Myślę, że niejedno dziecko z bogatego domu nie miało tak, jak
                    miały one. Właściwie największa bieda dopadła nas,kiedy one wyjechały. Więc
                    tłumaczenie wszystkiego biedą odpada. W ogóle zgadzam się ze wszystkim co
                    napisałaś. I dziękuję, bo chyba najbardziej mnie gryzie to, ze ja zawsze muszę
                    stawać na wysokości zadania, A ja chyba zasłużyłam na odrobinę szacunku.
                    • erillzw Re: Mam problem i proszę o radę. 18.11.09, 09:25
                      tamaryszek04 napisała:

                      > A co do tego chłopaka, nie takiego
                      > chłopaka zresztą, bo facet ma trzydziechę, to chyba skoro taki
                      wykształcony i
                      > wie, jak zachować się w stosunku do swoich rodziców, to widać nas
                      ma za nic.

                      Wiesz co, ale nie wiemy co ta dziewczyna mu mowi o was. Moze
                      przedstawila sytuacje odwrotnie i on pelen zrozumienia, akceptuje
                      to, ze ona nie chce znac swoich rodziców, ani poznawac jego z nimi.

                      > Kiedy była u nas we wakacje, a on u tej swojej
                      > rodzinki, córka dostała smsa. Po chwili mówi, że facet leży w
                      szpitalu. I cisza
                      > .
                      > Czekałam co będzie dalej. Po godzinie pytam, czy nie zadzwoni do
                      niego, bo w
                      > końcu nie wie co się dziej. Dostałam odpowiedź: ma telefon, to jak
                      chce może sa
                      > m
                      > zadzwonić. Byłam w szoku.

                      tez jestem w szoku.
                      Zeby byc tak wyzbytym empatii... Niestety obawiam sie, ze mimo
                      Twojego orgomnego zaangazowania, pokladow milosci i oddania w niej
                      wiecej jest wzorcow od biologicznej matki.. sad

                      >Teraz mają kupować dom i młodsza córka powiedziała, z
                      > e
                      > facet się jej żalił, jak to będzie kiedy wezmą kredyt, bo ONA jest
                      > przyzwyczajona do życia w luksusie, a będą musieli trochę
                      spasować.


                      jak to mawia moja mama, z tej maki chleba nie będzie.

                      > A ja chyba zasłużyłam na odrobinę szacunku.

                      Nie na odrobine, tylko na pełen szacunek, miłosc i wdzięcznosc.
                      • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 18.11.09, 11:47
                        erillzw napisała:

                        >
                        > Wiesz co, ale nie wiemy co ta dziewczyna mu mowi o was. Moze
                        > przedstawila sytuacje odwrotnie i on pelen zrozumienia, akceptuje
                        > to, ze ona nie chce znac swoich rodziców, ani poznawac jego z nimi.
                        Zdajemy sobie z tego sprawę. Tylko, że chłop już trochę stary na to, żeby nie
                        mieć rozumu. Bo gdybyśmy byli tacy źli, to po co ona w takim wypadku miałaby nas
                        odwiedzać we wakacje? Poza tym on był na przykład przy tym, kiedy rozmawiałam z
                        nią na skypie i łaskawie przeszedł mi w gaciach przed monitorem i nic. A ona
                        przecież rozmawiała ze mną, żartowała, więc chyba nie wyglądało to na rozmowę ze
                        zła macochą. Ale co ja tam wiem. Wyżaliłam się i jest mi lżej. Dzięki kochana.
            • edw-ina Re: Mam problem i proszę o radę. 14.11.09, 15:27
              Bardzo żałuję, że nie znałam twojej historii wcześniej. Jasno widzę,
              jak niepotrzebnie wielką wagę przykładałam do spraw, które nawet nie
              oscylowały wokół wielkości.
              Odnośnie twojej pasierbicy mogę powiedzieć tylko jedno - czasami
              wiek nie oznacza dojrzałośi. Zrobiłaś wszystko lub niemal wszystko
              co mogłaś. Ale ona musi wewnętrznie dorosnąć, by to sobie
              uświadomić. Uświadamianie jej na siłę niczego nie da. W którejś
              chwili ona wróci. Tak mi się przynajmniej wydaje
              • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 14.11.09, 16:58
                Nie wiem od czego zacząć. Tak, córka ma teraz 24 lata. Mogłabym uznać, że jest
                niedorosła, ale nie potrafię. Przez te 13 lat dała nam tak popalić, że nie mam
                już serca jej bronić, bo uważam, ze jest zwykłą egoistką. Czy ona ma kompleksy,
                być może, bo biedę mieliśmy, ale staraliśmy się, żeby dzieci tego nie odczuwały.
                Zwłaszcza ona, nawet za granicę ją wysłaliśmy. Tylko, ze ona zawsze bardzo
                zadzierała nosa, jakby była lepsza od reszty rodzeństwa. pomiatała zwłaszcza o
                rok młodszą siostrą. Swoim zachowaniem niestety bardzo przypomina matkę, która
                nigdy nie widziała swojej winy. Na pewno ma jakieś problemy, choć wydaje mi się,
                ze tłumaczenie wszystkiego urazami z dzieciństwa, nie jest w porządku. Zanim
                dzieci zamieszkały z nami, wychowywała je do spółki z mężem jego matka. Całe
                życie wchodziła tej właśnie wnusi w d...jakby inne dzieci nie istniały. Moja
                teściowa dała mi też nieźle popalić, ale dziś to 74 letnia kobieta, do której
                dawno minął mi żal. Może dla mnie nie była słodka, ale wnuki kochała. A kiedy
                córka do nas przyjechała w ostatnie wakacje, to poszła do babci tylko raz, po
                to, żeby na nią nakrzyczeć. Ogólnie, zachowywała się jak księżna, która
                wszystkich dookoła pouczała. I właśnie co do szczerej rozmowy w realu.
                Rozmawiałam z nią, szczerze powiedziałam, co mi leży na sercu. Pokiwała głową,
                tak, tak i-nic. Pisać, też pisałam. Wiele razy. Czasami nie odzywała się po
                kilka miesięcy. Ja nie chcę jej "nawracać". Dość się również natłumaczyłam.
                Płakałam całe miesiące, krzyczałam, moje małżeństwo zawisło na włosku. Wreszcie
                się wypaliłam. Ja nie chcę już czekać. Wściekam się właśnie na samą myśl, że być
                może kiedyś ona dostanie kopa w tyłek od życia i wtedy przyjdzie. Jestem
                świadomą matką, wiem, że dzieci popełniają błędy. Reszta z mojej gromadki też
                nie raz nam dała w kość. Ale nie tak, jak ona. Jej młodsza siostra, jak
                narozrabiała, to klęczałam przed nią i prosiłam, zęby się opamiętała.
                Wiedziałam, ze warto. Dałam tym dzieciom całą siebie. Stawiałam czoła naprawdę
                trudnym sytuacjom, bo nawet ich ojciec, choć jak pisałam, jest dobrym
                człowiekiem, też nieźle mi dokopał. Czasami miałam wrażenie, że jestem samotną
                matką. Naprawdę, dziś czuję się okropnie. I chyba już nie chcę dalej rozumieć,
                usprawiedliwiać, tłumaczyć. Kiedy miała naście lat, to tak robiłam. Dziś wydaje
                mi się, że jest już trochę za stara, żeby tak wszystko usprawiedliwiać. Nawet
                dzieci, które zostały w domu czują się przez nią bardzo zranione. Bo zapomniała
                o nich, bo zachowała się w trakcie ostatniej wizyty skandalicznie. czy moje
                życie jest mniej warte od jej życia? Czy można komuś robić krzywdę i być zawsze
                usprawiedliwionym? Ja jestem naprawdę przerażona, ze mogła mi tak zmrozić serce.
                Nigdy tak ze mną nie było. Kiedy jej matka chciała, zawsze ją ugościłam i
                rozmawiała spokojnie. Mam poprawne stosunki z byłym mężem. Moje dzieci chodzą do
                jego dzieci, a jego obecna żona uważa mnie za najlepszą przyjaciółkę. Nie jestem
                więc chyba złym człowiekiem? Ale jej już strawić nie potrafię. I nie wyobrażam
                sobie tego ślubu.Jedno, co mnie cieszy, to to, że znalazłam to forum i mogę
                pożalić się kobietom, które znają trudy macochowania z autopsji. Dzięki
                dziewczyny smile
                • chalsia Re: Mam problem i proszę o radę. 15.11.09, 01:15
                  > I nie wyobrażam
                  > sobie tego ślubu.

                  ale w czym problem, by przyjąc zaproszenie na ślub i być na nim, złozyć życzenia
                  szczęścia na nowej drodze życia? No w czym do jasnej ciasnej, bo nie rozumiem.
                  Jakby niezbyt lubiana koleżanka z pracy Cię zaprosiła, to też byś miała problem?
                  • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 15.11.09, 11:35
                    Problem jest w tym, że po pierwsze nie wyobrażam sobie, jak mam się niby
                    zachować w stosunku do niej i jej chłopaka. Są razem od lat, ona jeździ do jego
                    rodziny, znają się, a nas nawet nie przedstawiała, więc kiedy mam niby go
                    poznać? Na ślubie? Kiedy ewidentnie widać, ze chłopak ma nas w d...Po drugie,
                    ignoruje nas, nie interesuje się nikim, własne rodzeństwo potraktował, jak..brak
                    słów. Brata nazwała złodziejem, siostrę, ech, szkoda gadać. Mieszka za granicą,
                    kilka kroków od własnego ojca i nawet nie raczy się odezwać. Więc po co my na
                    tym jej ślubie? Żeby ładnie wyglądało? Że niby nic się nie stało? Ona wie, jaką
                    mamy sytuację materialną i chce sobie zrobić wielkie weselisko. Jej sprawa, ale
                    ja co mam zrobić? Zapożyczyć się, żeby dobrze wypaść w oczach jej nowej rodziny?
                    Czy jechać jak ubodzy krewni? Dałam jej dom, miłość i wszystko co mogłam,
                    dostałam kopa w tyłek i mam nadal się poświęcać? W imię czego? Sam wyjazd naszej
                    rodziny na ten cholerny ślub, to dla nas majątek. Poza tym, ignoruje nas od lat,
                    o ojcu powiedziała, ze jest zerem, a teraz, bo ona chce, to my posłuszne
                    baranki, natychmiast na start? Mam wrażenie, że mamy być tylko statystami,
                    którzy mają dobrze wyglądać w teatrze. Chyba nagle zrozumiałam, co powinnam zrobić.
                    • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 15.11.09, 12:54
                      Gdyby to był ślub w naszej miejscowości, albo chociaż blisko, to nie byłoby
                      problemu. Wzięłabym kwiaty i do widzenia. Ale ten ślub będzie bardzo daleko od
                      nas i naprawdę sam dojazd byłby dla nas finansowym problemem. Musiałabym jeszcze
                      zmusić do jazdy dzieci, nota bene już nie takie dzieci, tylko całkiem dorosłe
                      oprócz jednego wyjątku nastolatki, które nawet słyszeć o tym nie chcą. Sama więc
                      pomyśl, jak córka musiała dać wszystkim w kość. Świadomość, że ja muszę ruszyć
                      tyłek a pan hrabia nie uważał za stosowne nawet nam się przedstawić, też nie
                      jest dla mnie miłe. Poza tym, nie wiem z jakiej to racji ja mam zawsze stawać
                      na wysokości zadania, a dziewczyna może pozwolić sobie na każde świństwo w
                      stosunku do nas. Nie opisałam przecież nawet ułamka tego co nam zrobiła i jak
                      nas potraktowała. Skoro jesteśmy dla niej zerem...A na marginesie, te moje
                      dylematy są takimi trochę wirtualnymi, bo jak na razie, żadnego zaproszenia nie
                      dostaliśmy. może wcale nie dostaniemy?
                      • chalsia Re: Mam problem i proszę o radę. 15.11.09, 23:08
                        > nas potraktowała. Skoro jesteśmy dla niej zerem...A na marginesie, te moje
                        > dylematy są takimi trochę wirtualnymi, bo jak na razie, żadnego zaproszenia nie
                        > dostaliśmy. może wcale nie dostaniemy?

                        to po kiego grzyba sobie głowę trujesz i nerwy psujesz. Jak dostaniesz
                        zaproszenie, to się będziesz zastanawiać.
                        A jak dla mnie to jest prosta piłka - droga córko, życzymy Ci wszystkiego
                        najlepszego na nowej drodze życia, jednak jak swietnie wiesz nasza sytuacja
                        finansowa nie pozwala nam na przyjazd na ślub.

                        PS. nie ma potrzeby ciągać pozostałych dzieci, tym bardziej jeśli nie chcą.
                        • 333a13 Re: Mam problem i proszę o radę. 16.11.09, 09:30
                          Naprawdę Cię podziwiam, bo wiem że nigdy nie byłoby mnie stać na
                          takie poświęcenia... Nie bronię córek, ale tak sobie myślę że ich
                          młodość i niefrasobliwość oraz kompleksy w dużej mierze przyczyniły
                          się do obecnej sytuacji. Myślę, że tak jak sugerowały dziewczyny
                          powinnać napisać do nich list i opisać to, co nam tutaj
                          powiedziałaś. A na końcu tego listu mogłabyś dodać, że nie masz
                          zamiaru wchodzić z butami w ich życie, ale jak kiedyś będą miały
                          potrzebę i chęć to drzwi mają zawsze otwarte.
                          Nie widzę też powodu dla którego miałabyś do nich wydzwaniać i
                          zmuszać do jakichkolwiek kontaktów... Dziewczyny są dorosłe,
                          pogubiły się w wielkim świecie i jak przyjdzie czas to zrozumieją
                          swoje postępowanie. Ślubem bym się też nie przejmowała, skoro one
                          nie przejęły się Wami i tak naprawdę nie wzięły najbliższej rodziny
                          pod uwagę. Więc liścik z życzeniami, który zasugerowała
                          poprzedniczka byłby jak najbardziej na miejscu. Zamiast kochającej
                          rodziny wybrały kasę, więc to już raczej nie Wasz problem...
                          Z tego co piszesz Wasza sytuacja się powoli stabilizuje, mąż ma
                          pracę, a może i Wasza rodzina niedługo do niego dołączy, więc żyj
                          dniem dzisiejszym, ciesz się z dzieciaków które masz i staraj nie
                          roztrząsać Twojej krzywdy... Co się stało to się nie odstanie...
                          Jesteś dobrym, szlachetnym człowiekiem, więc wybacz dziewczynom i
                          żyj dalej swoim życiem. Czasem żyjąc w danej rzeczywistości człowiek
                          przyjmuje na siebie pewne role, z których później przy zmianie
                          sytuacji trudno mu wyjść... Np. żona alkoholika całe życie poniżana
                          i krzywdzona, gdy on przestaje pić i się zmienia dalej szuka dziury
                          w całym i nie potrafi się wyzbyć roli "ofiary i pokrzywdzonej". Oby
                          podobny mechanizm nie miał miejsca w Twoim przypadku, gdy
                          poświęcając całe życie dzieciakom w dodatku "pasierbom" stają się
                          one sensem Twojego życia... Na tym forum było już kilka macoch
                          przeżywających rozczarowanie swoimi pasierbami, które wychowywały...
                          Życzę Tobie i Twojej rodzinie wszystkiego co najlepsze
                          • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 16.11.09, 20:30
                            Jakoś mi lżej, kiedy mogłam się wygadać. I właściwie sama sobie teraz zadaję
                            pytanie: w czym problem? Chyba właśnie w tym, że ja już nie chcę wybaczać. Aż
                            mnie razi, że we mnie mogą być takie uczucia. Nigdy do nikogo nie miałam takiej
                            urazy. Ja się nawet gniewać nie za bardzo potrafię, choć jestem nerwusem.
                            Problem w tym, że jedna z dziewczyn narozrabiała, ale to dobry człowiek i warto
                            było przeczekać jej szaleństwa. Ale ta druga niestety coraz bardziej przypomina
                            swoją matkę. A jej matka mieszkając dwie ulice dalej, już od dwunastu lat nie
                            skontaktowała się ze swoimi dziećmi. Mija je czasami na ulicy i nic! I właśnie
                            taką osobą zaczyna robić się córka. Fajnie jeszcze, że wiele radości daje mi
                            wychowywanie dwójki młodszych dzieci męża. Co wcale nie oznacza bezproblemowo smile
                        • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 16.11.09, 20:20
                          chalsia napisała:

                          > > nas potraktowała. Skoro jesteśmy dla niej zerem...A na marginesie, te moj
                          > e
                          > > dylematy są takimi trochę wirtualnymi, bo jak na razie, żadnego zaproszen
                          > ia nie
                          > > dostaliśmy. może wcale nie dostaniemy?
                          >
                          > to po kiego grzyba sobie głowę trujesz i nerwy psujesz. Jak dostaniesz
                          > zaproszenie, to się będziesz zastanawiać.
                          > A jak dla mnie to jest prosta piłka - droga córko, życzymy Ci wszystkiego
                          > najlepszego na nowej drodze życia, jednak jak swietnie wiesz nasza sytuacja
                          > finansowa nie pozwala nam na przyjazd na ślub.
                          >
                          > PS. nie ma potrzeby ciągać pozostałych dzieci, tym bardziej jeśli nie chcą.
                          Jak ja lubię takie konkretne osoby. O liście z życzeniami nie pomyślałam!
                          Wielkie dzięki smile Jednak spojrzenie na cudze kłopoty z boku dają najciekawsze
                          rozwiązania.
                      • nangaparbat3 Re: Mam problem i proszę o radę. 16.11.09, 19:58
                        Własnie chcialam spytac o to zaproszenie. Na Twoim miejscu, gdybym je dostala,
                        wyslalabym jakies bardzo uprzejme i cieple, bez cienia zlosliwosci, ale bez
                        nadmiaru goracych uczuc, zyczenia, i prezent. Z przeprosinami, ze nie mogę
                        osobiscie - ale bez wyjasnień, dlaczego nie mogę.
                        I już.
                        Pytanie tylko, co na to Twoj maż - bo najlepiej, zeby to bylo od was wszystkich.
                        Nie jestem macocha, wiec zastanawiajac sie nad odpowiedzia podstawilam jak
                        najbardziej rodzoną corkę - i tak mi wyszlo.
                        Gdyby zaproszenie bylo polaczone ze szczerymi przeprosinami - zyczenia bylyby
                        odpowiednio cieplejsze, plus list.
                        Ale nie pchalabym sie tam, na pewno.
                        Czytajac Twoje posty myślalam najpierw o naszych czasach, kiedy najwyzszą
                        wartosc ma pieniądz - tak po prostu jest. Ale potem przypomniala mi sie
                        Balladyna, ktora wyparla sie wlasnej matki (chyba ja nawet skazala na tortury
                        czy śmierc) - wiec problem znany od wiekow.
                        Ty niczego sobie nie wyrzucaj, nie żaluj. Przeciwnie - mozesz byc z siebie
                        dumna. A dzieci bywają "marnotrawne" - nie piersze, nie ostatnie. jak juz ktos
                        pisal - urazy z dziecinstwa maja nad ludźmi niebywala moc. Dziewczyna zachowuje
                        sie okropnie i "zamrozenie", o ktorym piszesz, wydaje mi sie zupelnie naturalną
                        reakcją. Zwlaszcza ze ona nie jest sama, nie masz nad nią wladzy, w żaden sposob
                        jej nie krzywdzisz. Pamietaj, ze to nie Ty jestes przyczyna jej zachowania - cos
                        się wydarzylo wcześniej (juz siostra o rok mlodsza potrafi nieźle czlowieka
                        zaburzyc).
                        Moim zdaniem masz pelne prawo nie jechac na ten ślub, nawet jesli zostaniesz
                        zaproszona, i w żaden sposób nie powinnaś czuc sie winna.
                        • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 16.11.09, 20:43
                          Nigdy nie wyróżniałam dzieci "moje, twoje", jak napisałam wręcz dwójka
                          najstarszych dzieci męża była dla mnie wyjątkowa, chyba z powodu różnicy wieku,
                          bardzo chciałam osłodzić im życie, po tym, czego doświadczyły. Wydaje m się
                          jednak, że tłumaczenie wszystkiego wiekiem, dzieciństwem, to trochę przesada.
                          Ona zawsze była cwana i interesowna. Właśnie ze względu na to, ze chciałam ją
                          traktować jak własną córkę, wybaczałam. Dużo złego zrobiła w wychowaniu moja
                          teściowa, która głaskała ją po głowie zawsze wtedy, gdy młoda coś narozrabiała.
                          Dziewczyna nauczyła się, ze wszystko jej się wybacza. mój mąż też nie przyczynił
                          się do wychowania dzieci. Kiedy leżał w szpitalu, a zdarzało się, że nie było
                          wiadomo, czy w ogóle przeżyje, córki nawet go nie odwiedziły.Mówiłam mu, ze źle
                          robi, bo w ten sposób uczy dzieci braku szacunku i odpowiedzialności za siebie.
                          I, ze może przyjść dzień, że nie będą uważały za stosowne zaprosić go do domu.
                          No cóż, raczej nie mam satysfakcji, że moje słowa się sprawdziły. Co do życzeń,
                          to już napisałam, że to świetny pomysł. Natomiast nie zamierzam wysyłać
                          jakiegokolwiek prezentu. Ja nigdy nic nie dostałam. O jej, ale człowiek się zmienia.
    • luna67 Re: Mam problem i proszę o radę. 18.11.09, 01:49
      Tamara,

      jest to smutne, ale niestety prawdziwe, ze nawet w "normalnych" rodzinach dzieci
      wstydza sie "biedoty" swoich rodzicow jak nos wystawia ponad nie osiagalna przez
      nich wczesniej "norme"sad

      Wspolczuje, wyrazy szacunku za poswiecenie przynajmniej od nas....

      Czytajac twoj post czytalam tylko o tobie, ze ty to, ty tamto, a gdzie byl twoj
      maz? Byl chory..., rozumie, moglbyc przykuty do lozka, ok., ale nie odebralo mu
      napewno mowy!

      Sorry Tama, ale ja przeszlam bardzo ciezka chorobe (rak), co mi nie
      przeszkadzalo na moje dziecki sie wydrzec nawet w szpitalu pod kroplowka, jak
      sie nie tak zachowywaly przyprowadzone na codzienne (ale nie przymuszonesmile
      "widzenia", az lekarz nieraz przylatywal po mojej "rozdarce", bo myslal, ze juz
      umieram....

      • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 18.11.09, 12:19
        luna67 napisała:

        > Tamara,
        >
        > jest to smutne, ale niestety prawdziwe, ze nawet w "normalnych" rodzinach dziec
        > i
        > wstydza sie "biedoty" swoich rodzicow jak nos wystawia ponad nie osiagalna prze
        > z
        > nich wczesniej "norme"sad
        >
        > Wspolczuje, wyrazy szacunku za poswiecenie przynajmniej od nas....
        >
        > Czytajac twoj post czytalam tylko o tobie, ze ty to, ty tamto, a gdzie byl twoj
        > maz? Byl chory..., rozumie, moglbyc przykuty do lozka, ok., ale nie odebralo m
        > u
        > napewno mowy!
        >
        > Sorry Tama, ale ja przeszlam bardzo ciezka chorobe (rak), co mi nie
        > przeszkadzalo na moje dziecki sie wydrzec nawet w szpitalu pod kroplowka, jak
        > sie nie tak zachowywaly przyprowadzone na codzienne (ale nie przymuszonesmile
        > "widzenia", az lekarz nieraz przylatywal po mojej "rozdarce", bo myslal, ze juz
        > umieram....
        >
        Współczuję choróbska. Tak, masz całkowitą rację Luno. Wina mojego męża jest
        bezsporna. Jest dobrym człowiekiem i to nie ulega wątpliwości, ale tez okropnie
        bierny. Trochę to wynik jego wcześniejszego życia, bo i matkę miał apodyktyczną
        i żonę, ale jakoś nie miał obiekcji pakować mnie w to wszystko. Pamiętam, jak
        tuż przed tym kiedy razem zamieszkaliśmy, raz jeden miałam wątpliwości. I
        dotyczyły one właśnie dwóch starszych córek. Co będzie jeśli będzie właśnie tak,
        jak się stało. Przekonywał mnie, że on nad wszystkim czuwa. A było zupełnie
        odwrotnie. Nigdy nie zwrócił im na nic uwagi, a kiedy się domagałam
        przeprowadzał jakieś okropne konfrontacje, idiotyczne dysputy. On chorował, ale
        ja tyrałam. Też zdrowie mi szwankowało. Kręgosłup odmawiał mi posłuszeństwa.
        Kiedyś rozchorowałam się tak, że potrzebowałam pomocy przy chodzeniu, żeby
        wejść na schody samodzielnie to już całkiem byłam bez szans. A przy zaostrzeniu
        choroby w ogóle nie wstawałam z łóżka. Przejście do toalety zabierało mi pól
        godziny i to szłam na kolanach. On był w pracy, one zamykały moje drzwi i żeby
        cokolwiek dostać musiałam długo krzyczeć i prosić. Kłóciliśmy się o to, on niby
        widział problem, ale konkretnego stanowiska nie zajął. Tak było ze wszystkim.
        Też napisałam wcześniej, że czułam się jak samotna matka, nawet mu wypomniałam,
        że chyba łatwiej byłoby mi wychowywać dzieci samej, bo on działał na nie
        destrukcyjnie. Los się zemścił. I tu paradoks, znów chyba bardziej na mnie, bo
        ja wszystko przeżywam za pięciu, mąż umie wyłączyć się z myślenia. Chodziłam
        nawet na terapię grupową, bo już wymiękałam. Dowiedziałam się, że on żyje w
        całkowitym uzależnieniu od mojej osoby, całkowicie przerzucił na mnie obowiązki
        i odpowiedzialność. Nie radzę sobie z tym wszystkim. Niby silna, bo dźwigam to
        wszystko, ale tylko ja wiem, jak zżarło mnie to od środka. Najgorsze jest to, że
        mnie można tak szybko zmiękczyć. Jedno słowo, gest i ja już bym wszystko
        zrobiła. A później mam żal do siebie. Chciałabym jakoś to ogarnąć. Zdaję sobie
        sprawę, że gdybym napisała wszystko, co mnie spotkało ze strony męża i dzieci,
        to wyszłabym na idiotkę, że dałam się tak wciągnąć. Jeszcze jak byłam mała, moim
        marzeniem było zaadoptować jakieś dzieci, dać im dom i miłość. Po części to
        marzenie się spełniło. Nie tak jednak miało być.
        • chalsia Re: Mam problem i proszę o radę. 18.11.09, 18:01
          > i odpowiedzialność. Nie radzę sobie z tym wszystkim. Niby silna, bo dźwigam to
          > wszystko, ale tylko ja wiem, jak zżarło mnie to od środka. Najgorsze jest to, ż
          > e
          > mnie można tak szybko zmiękczyć. Jedno słowo, gest i ja już bym wszystko
          > zrobiła. A później mam żal do siebie. Chciałabym jakoś to ogarnąć.

          idż na indywidualną psychoterapię, bo masz IMHO problem ze stawianiem granic,
          konsekwencją a także nalezy przepracować tę chęc robienia dobrze innym za
          wszelką cenę (w tym - swoim kosztem).
          • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 20.11.09, 21:35
            chalsia napisała:


            > idż na indywidualną psychoterapię, bo masz IMHO problem ze stawianiem granic,
            > konsekwencją a także nalezy przepracować tę chęc robienia dobrze innym za
            > wszelką cenę (w tym - swoim kosztem).
            Na terapii już byłam. Jestem nieuleczalna. Myślę, że gdybym miała inny
            charakter, to pewnie bym nie zdecydowała się nigdy na dodatkową czwórkę z chorym
            ojcem w komplecie, więc po coś mnie los(?), Bóg(?) tym obdarzył. Granice to ja
            potrafię stawiać z konsekwencją trochę gorzej. Ale problem tkwi raczej w
            niemożności pogodzenia się z wyrachowaniem innych. Poza tym dzisiaj jednak
            ponownie zapisałam się na terapię. Bez tego to już sama widzę, że nie ujadę.
    • rybkka24 Re: Mam problem i proszę o radę. 18.11.09, 17:46
      przeprasazam że to napiszę, zbyt duży egoizm i myślenie o sobie nie
      sprawdzają się i mszczą w ktorymś momencie życia ale bycie ZA dobrym
      branie na siebie WSZYSTKIEGO i zapomonanie całkowite o sobie też się
      zwraca negatywnie.
      złoty środek jest najlepszy....

      teraz już mineły te czasy że byłas wszystkim w swojej rodzinie i
      robiełas wszystko za wszystkich(m.in.przejęłaś wychowanie dzieci
      męża od niego samego)

      teraz chyba najwyżsy czas zająć sie sobą i popatrzeć troche na
      siebie co??
      • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 20.11.09, 21:43
        rybkka24 napisała:

        > teraz chyba najwyżsy czas zająć sie sobą i popatrzeć troche na
        > siebie co??
        No niestety jeszcze nie. Pasierb ma 17 lat i koźlą chorobę, moja najmłodsza
        córka 15 i jest załamana wyjazdem ojca(ojczyma). Źle to znosi. Zostały jeszcze
        dwie średnie, co prawda z nimi jest najmniej problemów, ale też są bardzo
        wrażliwe. Tak więc zostałam jakby samotną matką. Tydzień temu naprawiłam rurę
        pod wanną, bo woda leciała, nauczyłam się naprawiać komputer od podszewki. Sama
        się już śmieję, że facet to właściwie po co? No chyba tylko, żeby milej było smile
        Kręci mnie ten mój M niemożliwie i w tym jego siła niestety smile
    • agaunia35 Re: Mam problem i proszę o radę. 21.11.09, 13:19
      Witam. Moim problemem nie jest jak na razie pięcioletnia córka
      mojego męża, tylko jej matka i dziadkowie. Oczerniają mnie na każdym
      kroku. Zrobili ze mnie kurwę i alkoholiczkę. Ojciec ex mnie śledzi,
      nachodzi moich rodziców. Dziecku wmawiają, że chcę je otruć. Robią
      wszystko aby mała mnie nie lubiła i nie chciała nas odwiedzać. A
      dziecko ostatnio gdy byłyśmy same powiedziało mi, że by chciało z
      nami mieszkać. Uwielbia naszego synka, chociaż nie było łatwo. Długo
      się do niego przekonywała. Najpierw nawet nie chciała na niego
      patrzeć. Teraz w kółko powtarza, jaki to on słodziutki i sliczniutki
      i nie odstępuje go na krok.
      Czasami mam już tego wszystkiego dość. Zastanawiałam się nawet nad
      tym, żeby zabrać dziecko i się wyprowadzić. Ale doszłam do wniosku,
      że im tylko o to chodzi. Chcą, aby mój mąż za karę (że się rozwiódł)
      został sam. Całe szczęście to mądry człowiek i nie wierzy w ani
      jedno ich słowo. Brakuje już mi sił. Coraz bardziej nienawidzę dni
      kiedy mała będzie u nas, bo zastanawiam się co nowego wymyślą. Jak
      mam się bronić??? Jak z nimi walczyć???
      • tamaryszek04 Re: Mam problem i proszę o radę. 21.11.09, 14:05
        Mnie na początku związku nękała w podobny sposób teściowa. Było to o tyle
        dziwne, że to była matka mojego męża więc powinno jej zależeć na szczęściu syna.
        Tymczasem ona stanęła w szeregu z ex, która nagle się uaktywniał, gdy
        zamieszkaliśmy razem. Prędzej jej nie przeszkadzało, ze spotykam się z jej
        byłym. Myślę, że ex miała ciągle nadzieję, że pomimo rozwodu i jej licznych
        zdrad, mąż jednak do niej wróci. Teściowa pewnie sądziła, ze będę wyrodną
        macochą. Ex szybko spasowała, bo pewnie nie miała czasu nękać nas dalej. W końcu
        tylu różnych chętnych mężczyzn dookoła. Teściowa jeszcze długie lata nie
        odpuszczała, choć zawsze zapraszałam ją na wszystkie święta, uroczystości,
        kupowałam leki itd. Dopiero czas zrobił swoje. No i starość. Pewnie się
        zorientowała, ze oprócz mnie nikt jej nie pozostał. U Ciebie sytuacja jest dużo
        gorsza, bo to ex i jej rodzice Cię nękają. Oczywiście Twój mąż powinien
        porozmawiać z ex, że niszczy przede wszystkim dziecko. Myślę jednak, ze to na
        niewiele się zda. Bo jeśli ktoś tak postępuje, to znaczy, że jest chory z
        nienawiści. Tutaj może zadziałać przede wszystkim czas i ewentualnie, jak sobie
        kobieta znajdzie kogoś, kto zajmie ją bardziej, niż konflikty z byłym. Co do
        teściów, to może rozważ zgłoszenie tego na policję?
        • agaunia35 Re: Mam problem i proszę o radę. 21.11.09, 18:57
          Dzięki wielkie. Policja to dobry pomysł, jeśli to śledzenie mnie
          się nie skończy, to tak zrobię. A co do rozmowy z ex to nie ma
          szans. Ale może rzeczywiście czas wszystko zmieni. Mam taką
          nadzieję. Tylko jak długo można wytrzymać? Pozdrawiam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka