Dodaj do ulubionych

chciałam się przywitać

31.05.05, 13:17
podziękować za przyjęcie i...poszukać wsparcia...

Poznaliśmy się kilka lat temu. On starszy ode mnie o 10 lat, żonaty, jedno
dziecko. wiedziałam od początku, że szaleje na punkcie dziecka i że nie za
bardzo układa mu się z żoną. wszyscy na około to wiedzieli...

Po jakimś czasie zaczęliśmy się spotykać. Zakochaliśmy się w sobie, choć ja
bardzo się przed tym broniłam...cóż, serce nie sługa. Było pięknie. wspólne
wyjazdy, naręcza kwiatów, niespodzianki, obietnice...

Oboje mamy trudne charaktery, ale zawsze, po każdej kłótni wiedzieliśmy, że
nic nie stanie na naszej drodze. ja wiedziałam, że to jest właśnie ten
mężczyzna...On mówił, że to na mnie czekał całe życie...

Po raz drugi zaczął starac się o rozwód (kiedyś, jeszcze zanim się poznaliśmy
też były próby)...okazało się, że jego żona wcale nie chce dać mu rozwodu
(pomimo wcześniejszych ustaleń), że robi mu awantury przy dziecku, które
płacze...cierpi...ciągnęło się to wszystko od sprawy do sprawy...

aż w końcu zaczęły milknąc telefony od niego, smsy, których wysyłał
tysiące... Mówił wprawdzie, że wciąż mnie kocha, że tęskni, że jest wszystko
w porządku...ale oboje wiedzieliśmy, że nic nie jest w porządku...

Prosiłam o spotkania, dzwoniłam, nie spałam po nocach. Przeżywałam koszmar.
On mnie zbywał, wyłączał jak dzwoniłam, nie odpisywał na smsy...trwało to
kilka miesięcy.

Po jakimś czasie wyjechał z nimi na wakacje, na kilka dni (taki spontaniczny
wyjazd...). Przestało wszystko istnieć...

Po kilku miesiącach zaczęłam odżywać. Oczywiście wciąż myślałam o nim, a
każdego napotkanego mężczyznę porównywałam do niego...miłość była silniejsza.
zaczęłam umawiać się z ludźmi...z innymi mężczyznami...Na złość jemu...

Odezwał się...zaczął prosić, żebym napisała co u mnie słychac...że strasznie
za mną tęskni, że myśli, że życ nie może beze mnie. że przez te kilka
miesięcy uświadomił sobie, że ja jestem dla niego najważniejsza...Spotkaliśmy
się, uczucia odżyły...

Było pięknie, cudownie. Niestety powiedziałam mu o tym, że w między czasie
ktoś był...na krótko, na chwilę...Teraz wiem, że nie mówi się takich rzeczy...

Minął jakiś czas. Rozwiódł się. Mieszka sam.
A my...? oddalamy się od siebie. Zamiast lepiej jest coraz gorzej. Ciągłe
kłótnie, pretensje...ja przestałam mu ufać. Boję się, że znowu odejdzie...tak
jak wtedy...On też nie ma zaufania do mnie... Coraz częściej słyszę, że ma
dość moich wiecznych pretensji, mojego wymyślania, nieuzasadnionych uwag...

Nadal twierdzi, że kocha mnie bardzo, ale nie jet pewny...bo męczy go moje
zachowanie...

Boże, co robić? ja go tak bardzo kocham, że nie potrafię żyć bez niego...

Czytam was od dawna, w waszych problemach znajduje swoje, szukam
odpowiedzi... od kilku dni znowu się oddalamy, w ogóle nie widujemy. Wiem, i
on też to wie, że gdybyśmy byli blisko siebie, nie byłoby takich sytuacji...

Czytałam, teraz postanowiłam napisać. NIe radzę sobie sama. nie wiem co
robić. Wiem, że nie poradzicie mi, bo nie znacie ani mnie, ani jego. Opisałam
tylko kawałek tej historii...na całą potrzebowałabym czasu do wieczora...

Pozdrawiam was serdecznie.




Obserwuj wątek
    • wipsania Re: chciałam się przywitać 31.05.05, 13:46
      Witaj.
      Takie pytanie mi się masunęło po przeczytaniu - czy wy w ogóle kiedykolwiek
      mieszkaliście razem? Nie chodzi mi o wyjazd, gdzie oboje jesteście na "obcym"
      terytorium, ale o wspólne zamieszkanie na kilka tygodni, miesięcy....
      Spróbujcie dać sobie szansę, porozmawiać o próbie zamieszkania razem. Może
      będzie wóz albo przewóz?
      • natasza39 Re: chciałam się przywitać 31.05.05, 14:08
        Wipsania ma rację.
        Jak na mój gust wasz zwiazek to było cos nierealnego. Typowa ucieczka faceta od
        codziennych problemów, domu, żony w ramiona młodszej kochanki.
        Wyrywałas go z szarosci w kolorowy świat, gdzie była rozrywka, taniec, wspólne
        wyjazdy. Gdzie mógł byc rycerzem na białym koniu obsypujacym cie kwiatami.
        Czy przez te lata kiedy go znasz, widziałaś go chorego? Podawałaś mu lekarstwa,
        kiedy miał wzdęcie? Czekałas na niego z obiadem, gdy wracał po pracy zmęczony?

        A czy on kupował ci podpaski, czekał pod drzwiami dentysty gdy wyrywałas zęba?

        Tak, miłosć jest wtedy prawdziwa, gdy rodzi się w takich zwyczajnych i
        przyziemnych czynnościach.

        Oczywiscie na pytania nie musisz odpowiadać, ale sama sobie je zadaj.

        Aby wiedzieć czy to to musisz z facetem zamieszkać i beczkę sledzi czasem
        słonych zjeść.
        Wtedy dopiero możesz odpowiedzieć sobie samej czy chcesz z nim być.
        Czy chcesz być z nim i jego problemamai które będzie miał teraz.
        Z jego dzieckiem które zapewne bedzie chciał widywac.

        To juz nie będą wyjazdy na wspólne wojaże, kwiaty przy każdym spotkaniu i
        piękne chwile we dwoje na wspólnych wypadach do knajp.
        Jeśli go mocniej pokochasz przy talerzu pomidorowej przez siebie ugotowanej w
        kapciach przy stole nakrytym ceratą i z uczuciem upierzesz jego skarpetki, a
        potem uprasujesz mu koszule to jest miłosć.
        A jesli nie to był tylko romans i tak to wspominaj....
    • ania_rosa Re: chciałam się przywitać 31.05.05, 14:07
      Hej
      Mogłabym napisać moralizatorsko, ale chyba tego nie potrzebujesz.
      Powiem Ci więc tak- nie miej poczucia winy z faktu, że "ktoś w międzyczasie
      był". Po pierwsze nie wiedziałaś, czy pan i władca jednak zdecyduje się na
      powrót. Lata lecą i nie można wieczność czekac na zonatego męzczyznę. Wielu z
      nich zresztą nigdy nie wraca, a kochanki się starzeją przepuszczając okazje na
      ułożenie sobie zycia. Ty zrobiłaś inaczej i miałaś do tego pełne prawo. Po
      drugie- hipokryzją jest wysuwanie pretensji, że ktoś nie zaczekał, jeśli samemu
      się w tym czasie próbowało ratowac małżeństwo. Mniemam, że celibatu tam nie
      było, więc jak można żądać od drugiej strony wstrzemięźliwości? Spójrz na to
      rozsądnie i nie rób sobie niepotrzebnych wyrzutów.
      A kolejna rzecz- wybacz, jeśli jednak trąci moralizowaniem, ale nie odbieraj
      tego personalnie, tylko ogólnie- nie da się budowac na gruzach i cudzej
      krzywdzie. Kiedy budujemy dom, to oczyszczamy plac budowy, prawda? To nie
      oznacza, że nie da się ułozyć życia po rozwodzie. To oznacza, że trzeba bardzo
      dokładnie uprzątnąć teren. Wliczam w to rozwiązanie małżeństw, uczciwe
      postawienie sprawy przed małżonkiem i nowym partnerem, jasny układ. Bez
      niedopowiedzeń i niejasności, które potrafią rozwalić fundamenty. Najpierw
      rozliczamy się z sobą, potem z małzonkiem, a na końcu przedstawiamy resumee
      nowemu partnerowi. Inaczej obie strony będą mieć prawo do słusznych pretensji.

      Twój M. zdecydował się na związek z Tobą będąc w innym związku. Gdyby miał
      absolutną jasność "zony nie kocham, nic z tego nie będzie; moja nowa partnerka
      jest kobietą mojego zycia" to obyłoby się bez urlopów i zrywania kontaktu z
      Tobą. Jednak były i urlopy, i zerwany kontakt. Widac więc stąd, że facet miał
      wiele wątpliwości i sam się pogubił. Czy masz pewnośc, że już się odnalazł?
      Popatrz, w jaki sposób się rozstał z zoną (ja tego oczywiście nie wiem- Ty tak)-
      czy zrobił to uczciwie, czy pozałatwiał z nią wszystkie sprawy, czy zachował się
      jak mężczyzna i człowiek, czy raczej przyjmował postawę bierną i wycofaną? To są
      wazne pytania.
      Jesli myslisz o tym człowieku powaznie- niech będzie tego wart. Zdobądź
      przynajmniej podstawy do pewności, że czegoś go już ta lekcja nauczyła i
      powtórki z rozrywki nie będzie.
      Na razie mam wrażenie- na podstawie Twojego postu- że osiągnęliście wymarzone
      status quo, ale wcale nie przysporzyło Wam to szczęścia. Czegoś tu brakuje. MOże
      brakuje zasad? Może leży własnie ten stary gruz? MOże facet wciąż nie jest
      pewien, czy dobrze zrobił? Ty mu tej pewności nie dasz, on sam musi ją w sobie
      znaleźć.
      Jestem przeciwna rozbijaniu małżeństw, ale nie z powodów moralnych (choć to
      też), ale głownie dlatego, bo rodzi to bardzo cięzkie konsekwencje. Własnie
      takie, że ludzie wychodzą z takich doświadczeń poobijani. Że żona cierpi- to
      jasne. Ale kochanka? Najpierw inwestuje w coś, co nie daje gwarancji. Potem musi
      czekać i nie wie, czy się doczeka. A co z prawem do miłości, do dzieci, do
      wspólnego domu? Jesli nigdy to nie nastąpi? Na końcu zaś może się zdarzyć, że
      otrzymuje mężczyznę, który niczego nie jest już pewien. Zamiast doceniać nowy
      układ, walczyc o niego, budowac go od nowa- taki męzczyzna często nie ma już
      sił. I nie wie, jak się w tym odnaleźć. Natomiast kochanka ma wreszcie to, o co
      walczyła, ale okazuje się, że medal ma dwie strony, a ta druga jest ciemna i
      gorzka.
      Dlatego łatwiej najpierw coś zakończyć, a potem zacząć od nowa. Jeśli zycie
      potoczy sie inaczej, to trzeba wrócić do początku chocby przez bolesne rozmowy i
      próbować pewne sprawy ponaprawiać. Pogadaj z facetem- jak on sobie to wyobraża?
      Czy czuje się szczęsliwy? Czego oczekuje od zycia i od Ciebie? Co zamierza
      dalej? Jak się czuje w nowej sytuacji? Jakie ma plany?
      Nie przegraj życia.
      Pewne sprawy trzeba oddzielić grubą kreską, inaczej nie da się zyć. I nie da się
      tego zrobić inaczej, niz poprzez bardzo szczerą rozmowę. Najpierw analiza i
      wiwisekcja, ale potem gruba krecha i nie wracamy już do przeszłości, nie gdybamy
      i nie analizujemy. Pomagaj mu, na ile Jesteś w stanie, ale jeśli poczujesz, że
      Cię to przerasta- to nie walcz za Niceę. Wszystko ma swoją cenę i wartośc.

      Pozdrawiam
      Rosa
      • nefretiri Re: chciałam się przywitać 31.05.05, 14:30
        tak myślałam, że przeczytam właśnie takie opinie...
        dziękujęsad

        zawsze twierdził, że mieszkają razem tylko dla dobra dziecka (wiem, wiem,
        wytarty frazes...). Z żoną nie łączyło go nic oprócz dziecka. spali osobno. od
        dawna. podobno przez ten czas kiedy się nie spotykaliśmy, nic sie nie zmieniło.
        nie próbował naprawiac małżenstwa. wyjeżdżał tylko z dzieckiem. Nie mam powodów
        by w to nie wierzyc...

        To nie było tak, ze było mnóstwo wyjazdów, kwiaty i same radości.
        Było wiele takich sytuacji, w których sprawdził się jako opiekun i przyjaciel.
        Był kiedy naprawde go potrzebowałam...

        Gdybym miała dość siły na to żeby odejsc, zrobiłabym to.
        Wiem, że nie buduje się własnego szczęścia na cudzym nieszczęściu...Wiem to i
        może właśnie teraz za to odpowiadam i cierpię...

        • ania_rosa Re: chciałam się przywitać 31.05.05, 14:36
          Zawsze zostaje Wam rozmowa. I zgadzam się z Wipsanią, że warto rzucić się na
          głęboką wodę: wspólne mieszkanie i codzienność. Wtedy Będziesz wiedziała, czy to
          miłośc, czy tylko piękny romans- jak napisała Natasza.

          Rosa
        • bet66 Nefretiri 31.05.05, 15:57
          masz tendencje do idealizowania tego związku.....to Ci niestety nie pomoże w
          rozwiązaniu sprawy.
          Podstawowy błąd kobiet- kochanek... polega na tym, ze idealizują swoje
          związki , a związki małżeńskie swego lubego mocno krytykują.
          • jayin Re: Nefretiri 31.05.05, 16:26
            bet66 napisała:

            > Podstawowy błąd kobiet- kochanek... polega na tym, ze idealizują swoje
            > związki , a związki małżeńskie swego lubego mocno krytykują.

            Nie tylko kochanek. To w ogóle domena kobiet.

            Nefretiri - piszę to z autopsji, bo miałam sytuację dość podobną do twojej (w kwestii ogólnej, jednak bez żony i małżeństwa). Bardzo długo idealizowałam właśnie ten związek. Do dziś czasami mi się to jeszcze zdarza, stety-niestety suspicious Chociaż na zdrowy rozsądek rzecz biorąc, to robiłam błąd - powinnam była bardziej realistycznie spojrzec na wszystko - ale... Czasami ślepota i potrzeba idealizacji jest za duża. Ot i wszystko.

            Dystans potrzebny jest zdrowy.
            Do wszystkiego.
      • bet66 Ania-rosa 31.05.05, 15:54
        napisałaś prawdę, gorzką prawdę, którą mało kto jest gowów przyjąć.pozdrawiam.
        • nefretiri Re: Ania-rosa 31.05.05, 19:43
          zgadzam się z Anią. dużo prawdy...

          dziękuję wam dziewczyny.

          Przeczytałam raz jeszcze to, co napisalam. Mało tego...niestety nie da się
          napisać o wszystkim i o wszystkich sytuacjach. Dlatego też, wasze opinie są
          takie...ostre (nie wiem, czy to dobre określenie).

          NIe idealizuję tego związku. Wiem, że ma wady. Wiem jak jest. Wiem jak wygląda
          codzienność.

          Analizuję od kilku dni...
          Powodów jest wiele...ślepa miłość do dziecka (on nie potrafi powiedzieć nie, w
          związku z tym z wielu planów wiele razy rezygnowaliśmy, bo dziecko...), kłopoty
          finansowe (myślę, że jest to główny powód, niestety) i nasze charaktery (moja
          własna mama często mi mówi, że trudno ze mną wytrzymać...).

          Jak się rozstał z żoną? Jako tako. tzn. za porozumieniem, ona zabrała
          praktycznie wszystko - dał jej wolną rękę, alimenty płaci wyższe niż zasądzono,
          ma bardzo dobry kontakt z córką...

          Nie wiem co będzie i jak będzie. Przeraża mnie to...
        • milcha1 Re: Ania-rosa 31.05.05, 19:45
          za mało dystansu, to prawda. Mężczyzna nie czekał na ciebie całe życie, bo
          jednak w międzyczasie ożenił się, założył rodzinę i na pewno nie z myślą, że
          opuści ją gdy tylko pojawi się "ta" kobieta.
          Facet dźwiga cały bagaż doświadczeń. Może chce teraz poczuć się wolnym od
          pewnych obowiązków, zobowiązań. Pobyć trochę sam, nie wskakiwać od razu w
          następny związaek. To jest czas kiedy może zrobić coś dla siebie, wsłuchać się
          w swoje potrzeby, zastanowić się być może czy chce z tobą być. Uważam, że facet
          potrzebuje czasu.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka