natasza39
04.06.05, 09:38
Tak mnie zainspirował wczoraj nasz szymon do założenia tego wątku.
Otóż chodzi o tego "garba"...
Tzn konkretnie o to czy rozwodnik, ewentualnie któś kto jest po "przejściach"
ma tego "garba" w zwiazku z "przejściami", czy też po prostu nie wyszło mu
kiedyś i teraz tez sie mu pieprzy, bo juz po prostu taki jest i tyle!
Kiedys poznałam faceta, który był po rozwodzie. To nie on sie rozwiódł z
żona, tylko żona z nim. Ot po prostu historia stara jak świat, zona
pielegniarka pracująca w szpitalu kręciła z lekarzem już przed ślubem. Lekarz
zonaty i dzieciaty,starszy, ale zawsze "pan doktor", a nie zwykły kierowca.
Tak, tak niektóre tak mają, ma to dla nich duże znaczenie. I tak to sobie
facet i wszyscy znajomi tłumaczyli.
Koniec końcem owa żona, jak sie później okazało, dorobiła mu dwójkę dzieci z
owym panem doktorem. Przy drugim dzieciaku kierowcy cos się tam nie zgadzało
z miesiacami (był za granicą, jak zona zaszła), sprawa się rypła, kobita
udowodniła badaniami DNA, że oba chłopaki nie jego, a musiała mu udowadniać,
bo kierowca chciał mieć nad starszym opiekę, bo myslał, że jego jest.
Koniec końcem rozwiódł się, pielęgniarka żyje teraz z owym lekarzem, a
kierowca pojechał do Stanów.
Ot klasyczna historia, wydawałoby się, że klasyczny przykład faceta, który
został "wycyckany".
Poznałam go w przełomowych w swoim zyciu chwilach. Kiedy było mi bardzo
ciężko. Moje małżeństwo już praktycznie nie istniało, choć nie wniosłam
jeszcze pozwu o rozwód. Zreszta kiedyś napiszę i o tym, bo ja rozumiem, że
pomimo, iż już nic nie ma nie biega sie od razu do sądu...
Ale do rzeczy.
Otóż, był mi on bardzo potrzebny wtedy. Po kilkunastu latach bycia "krową"
wreszcie byłam dla kogoś kobietą. Uwielbiana, obsypywana prezentami. No po
prostu bajka. Nawet do usa chciałam z nim wyjechać!
I nagle ni z gruchy ni z pietruchy koniec. Bez żadnego wyjaśnienia z jego
strony. Tak zwyczajnie z dnia na dzień. Boże jak ja to przezywałam.
Teraz sie z tego śmieję po prostu. Odszedł wtedy gdy najbardziej go
potrzebowałam. Kiedy moje sprawy się same rozwiązały, bo nieoczekiwanie
zostałam wdową, kiedy wylądowałam w szpitalu po cięzkiej chorobie, byłam sama.
I wtedy, wstyd sie przyznać, wylądowałam u wróźki.
Jakos tak człowiek szuka pocieszenia w takich chwilach, gdzie się tylko da.
No w każdym bądź razie utkwiła mi jedna wypowiedź owej wróźki o nim.
Powiedziała: "Nie pakuj się w związek z facetem, którego jakaś baba już
zostawiła, bo widocznie on sie do niczego nie nadaje"
Wtedy mi to jakos wystarczyło, żeby się w końcu pozbierać, ale dziś, jak już
znam jego dalsze losy. JAk z opowieści jego rodzonej siostry dowiedziałam się
o nim newsów, jak przeanalizowałam sobie wszystkie jego wypowiedzi, wiem, że
on był pokrzywiony, bo taki był po prostu od urodzenia. Miał pokręcony
charakter.
To nie żona zrobiła z niego nieczułego palanta. On był palantem, tylko ja
przez pryzmat hormonów miłości nie umiałam popatrzeć na niego obiektywnie.
I nawet tą żonę zaczęłam rozumieć. Nie pochwalam oczywiście metod jakimi się
kierowała, ale zrozumiałam.
Sama sie zresztą nauczyłam przez to doświadczenie, nie wierzyć tak do końca
facetowi. Nie wierzyć we wszystkie jego opowieści.
Bardzo cenię za to mojego obecnego chłopa, bo on nie opowiada mi o tym jak
było. Czasem mu się wyrwie, ale nigdy nie robi z siebie męczennika.
I ja oceniam go na podstawie tego jaki jest, nie usprawiedliwiam jego
niektórych zachowań, tym, że coś tam przeżył.
Myślę że tak trzeba.
Ale się cholercia rozpisałam...
Nie wiem czy wyraziłam to o co mi chodziło, ale