mamba30
07.09.07, 16:08
postanowiłam. Jak wiecie jestem (a na chwilę obecną byłam) macochą
weekendową prawie 3 lata. Pasierbica na chwile obecna lat 8 i 4 m-
ce. Na początku w każdy weekend u nas. Mała, złośliwa dziewczynka,
skutecznie zmanipulowana przez mamusię. Chciałam dobrze, starałam
się 2 lata, zagryzałam zęby w każdy weekend, tłumaczyłam sobie "to
tylko dziecko, to minie itp. itd.". Guzik, nic nie mijało, zawsze
było tak samo, jeśli nie gorzej. Exiara po tym, jak M zamieszkał ze
mną, zapragneła powrotu. Nie wiem, czy jak twierdziła z wielkiej
nagle od nowa odkrytej miłości, czy może dlatego, że jak sama
rzekła "kochanek był pomyłka", a może dlatego, że straciła opiekuna
do dziecka. Mój M jak wracał z pracy, to zawsze się zajmował córką,
spędzał z nią weekendy, a ex się spotykała w tym czasie z
kochankiem. Zresztą nie ważne, ważne jest to, że za wszelką cenę
chciała M z powrotem i nie dość, że obrzucała mnie najgorszym
mięchem, to nastawiła totalnie negatywnie dziecko.
Ja jestem ogólnie cierpliwa osobą, musi wiele wody upłynąć, zanim
się do kogoś zniechęcę. Więc tak trwałam w swoim męczeństwie.
Dzieciak jak przyjeżdżał, to na siłę, na wyraźną prośbę M mówił
cześć, tak samo było z odjazdem. Cały weekend mnie olewała,
nadeptywała złośliwie na nogi, skakała kolanami na brzuch, że niby
niechcący... Z premedytacją zasłaniała TV jak oglądałam, kilka próśb
z mojej strony skutkowało na 30 sek. Zachowywała się jak
księżniczka, ciągle krytykowała to moją kuchnię, to cos innego.
Pierwsze jej wizyty u nas spała z tatą, ja poszłam na niewygodną
sofę do salonu, uważałam, że tak się łatwiej zaaklimatyzuje, bądź co
bądź to było moje mieszkanie, dla niej całkiem obce. Traktowałam ja
zawsze tak, jak swojego syna, po równo. Za jej przewinienia mój
zbierał bury, bo przecież nie będę stresowała nie swojego dziecka.
Tu jej ojciec dał totalnej doopy - zamiast wychowywać hodował. Wiele
na ten temat rozmawialiśmy z mizernym skutkiem w tamtym okresie. On
chciał jej wynagrodzić brak ojca w codziennym życiu oraz bał sie, że
jak zacznie z exią na ten temat rozmawiać, zakaże jej buntowania
małej, to tamta ograniczy bądź zabroni kontaktów.
Duzo by opisywać charakter młodej - zdaję sobie oczywiście sprawę,
że rodzice OBYDWOJE pokpili sprawę - ale młoda to mało sympatyczne
dziecko. Do tego potworna egoistka, której nie szło wytłumaczyć, że
jak do nas przyjeżdża, to korzysta ze wszystkich rzeczy w domu, w
tym z komputera mojego syna i z jego zabawek, kredek, słowem
wszystkiego. Ona ze swojej strony nie dała mu wziąć głupiego
pompona, którego ze sobą przywiozła, o innych rzeczach nie wspomnę.
Przez cały weekend poza przytykami słyszałam od niej tylko jedno
zdanie skierowane bezpośrednio do mnie - za każdym razem z samego
rana (ja wstawałam przed M, zreszta młoda nigdy nie dała pospać,
szła spać o 20, a o 6 rano była już na nogach) "daj mi jeść, jestem
głodna". Dawałam, oczywiście słowa dziękuję nie uświadczyłam nigdy.
Mogłabym pisać i pisać o bardziej drastycznych przykładach, ale to
bez sensu. Po jakimś czasie wrócili rodzice exiary i przestało ją
interesować pozbywanie się dziecka na weekendy, zaczęły się schody z
kontaktami. Nigdy, ale to nigdy nie mogłam zaplanować żadnego
weekendu, bo ex albo dała młodą, albo nie. Albo pozwoliła odwiedzić
M, albo nie. On wydzwaniał od poniedziałku, a ona go zwodziła aż do
soboty, żeby w końcu powiedzieć NIE. Bywało tez tak, że nagle
przytomniała i w sobotę o 12 M jechał po młodą, albo do młodej. Ile
razy musiałam odwołać wizyty u kogoś, bądź wizyty u nas, to tylko ja
wiem. Powiedziałam, że mam dość. W imię czego mam znosić takie
traktowanie przez obce mi tak naprawdę dziecko, przez dziecko,
któremu serce pokjazałam na dłoni i nie zrażając się 2 lata
próbowałam ocieplić stosunki... Ile razy mam jeszcze znosić jazdy
exi (poza tymi z dzieckiem była masa innych). Wyartykuowałam, że
wolę, żeby M spotykał sie z młodą poza naszym domem. Wakacje i tak
były rozstrzelone, bo ona wyjeżdżała przez wiekszość czasu. My
urlopu w tym roku nie mieliśmy, więc M nie był z nia na wakacjach.
Raz co prawda była u na weekend, ale znowu miałam stres, wyszło tak
po awanturze z ex, M miał dość, że przez 3 kolejne weekendy ona
kłamała, zwodziła go, nie chciała dopuścić do jakiegokolwiek
spotkania,. Dodam, że M był z młodą na weekend u swoich rodziców,
przynajmniej mieli czas tylko dla siebie...
Jutro miał jechać po młodą i pojechać do rodziców. Okazało się, że
rodzice są na wycieczce, więc zadzwonił do mnie, czy ma przywieźć
małą do nas. Odmówiłam, pojedzie ją odwiedzić rano, spędzą kilka
godzin... Dlatego jest mi źle, przykro mi za mojego M. Tak, wiem,
jestem wredna, podła, zła, brak mi zapewne empatii i w ogóle....
Pewnie uznacie to za próbę wytłumaczenia się, może i tak jest, ale
czy ja nie mam prawa do spokoju w swoim własnym domu? Przezyłam
koszmarne lata pełne przemocy z exem, teraz potrzebuje po prostu
spokoju.
żADKO TU COKOLWIEK O SOBIE PISZĘ, ALE MUSIAŁAM.