elwee
22.05.07, 12:56
Dwa miesiące temu padła nam przekładnia kierownicza, myslałam, że to koniec
świata - wydatek, kłopot i nerwy.... Wczoraj natomiast wychodzę grzecznie z
pracy, wyciagam klucze z torby, wsiadam do autka, zrzucam bieg i po włożeniu
klucza do stacyjki - odpalam. Niby normalna kolej rzeczy, ale auto nie rusza.
Rozrusznik kręci, ale nic... Czynność powtarzam - nic. Trzeci raz już z
bijącym sercem - nic.
Wykonałam telefon "konsulatcyjny" do mojego narzeczonego,on stwierdził,po
objawach (przy trzecim razie zaświeciła się kontrolka "code" i jeszcze jedna
nieznana mi)- "immobilizer". Dojeżdża do mnie,na wszelki wypadek i dla spokoju
sumienia używamy drugiego klucza ( może coś z tym nie tak?) - nic. Po
obejrzeniu auta zostawiliśmy je na parkingu i pojechaliśmy do domu sięgnąć
rady mądrzejszych. Wykonalismy telefony m.in. do ASO - nowa kontrolka (czy
stacyjka już sama nie wiem) immobilizera do naszej alfy - 2.500zł...Znowu więc
telefony z głupią nadzieją, że to może jednak nie to :((
Moje kochanie samo wróciło do alficzki i przyjechał - o zgrozo!- juz do domu
wozem. Okazało sie, że w jakiś sposób oszukał system i odpalił mimo
uszkodzonego immobilizera.
Pojechaliśmy jeżdżącą alfą(!!!) do ASO i zamówiliśmy coś takiego jak książka
awaryjnych kodów. Nasłuchaliśmy się o wydatkach, wymianach, ciekawostkach itd..
Ale dlaczego piszę... Bo najgorsze jest to, że samochód nie powinien odpalać z
taką usterką, a on jeżdzi...
I zrozum tą alfę, przecież to pARanoja :)))
musiałam się wygadać....